Wyszukaj

29 listopada 2015

Podsumowanie: Slayer



Witam w kolejnym podsumowaniu. No przyznam tego jeszcze nie było. Po raz pierwszy pracowałem nad dwoma podsumowaniami na raz! Niby ciekawe doświadczenie, wolę jednak pracować nad omówieniem jednego wykonawcy. Paru z was czekało na zakończenie tej kapeli, toteż takowe wam dostarczamy. Tak samo jak i wy, my również cieszymy się z tego faktu. Przed wami: Slayer.

Gdy po raz pierwszy usłyszałem Slayera, grupa zrobiła na mnie bardzo pozytywne wrażenie. Poznałem ją za pośrednictwem mojego wujka, który pożyczył mi płytę z nieoficjalną kompilacją numerów Slayera. Pierwsze albumy jakie poznałem tej grupy to Diabolus In Musica i Reign In Blood. Commando poznał tą grupę za pośrednictwem swojego ojca, pierwsze płyty jakie przesłuchał to Seasons In The Abyss i Reign In Blood.


Grupa: Slayer

Działalność: od 1981

Gatunki: Thrash metal, Speed metal, Groove metal

Lata największej popularności: 1986-1991

Tematyka tekstów: Morderstwa, satanizm, wojna, cierpienie, seks, sadyzm, seryjni mordercy

Najlepszy skład (zdjęcie z około 1989 roku):

* Kerry King - gitara prowadząca, gitara rytmiczna (od 1981)
* Tom Araya - wokal, gitara basowa (od 1981)
* Jeff Hanneman - gitara prowadząca, gitara rytmiczna (1981-2013)
* Dave Lombardo - perkusja (1981-1992, 2002-2013)

Ilość wydanych albumów: 11 LP


1. Show No Mercy


Data wydania: 3.12.1983

Gatunek: Speed metal, Thrash metal

Recenzja napisana przez: Adi666

Slayer rozpoczął działalność z przypierdem. Po napisaniu materiału demo, grupa zaczęła wybierać riffy na debiut. Rozpoczęła się również współpraca z nowo utworzonym studiem Metal Blade Records; nie dość, że Show No Mercy było pierwszym krążkiem wydanym przez wyżej wymienione studio, to jeszcze przyniosło całkiem spory dochód ze sprzedaży. Grupa podobnie jak Metallica, przyczyniła się do stworzenia thrash metalu; był to drugi zespół spośród wielkiej czwórki grający w tym stylu. Z powodu ciężaru i piekielnego klimatu w stylu Venom, Slayer'owi zarzucano satanizm. Ostatecznie Show No Mercy okazał się jednym z najlżejszych krążków w dyskografii tej grupy, nikt nie wiedział, że Slayer szykuje jeszcze cięższy materiał.

Najlepsze utwory (Adi666): Fight Till Death, Aggressive Perfector, Black Magic, Tormentor, Show No Mercy

Najlepsze utwory (240Michał): Black Magic, Die By The Sword, The Antichrist

Ogólna ocena (Adi666): 8,5/10
Ogólna ocena (240Michał): 6,5/10


2. Hell Awaits



Data wydania: 15.08.1985

Gatunek: Thrash metal

Recenzja napisana przez: Adi666

Jak już mówiłem, Slayer stawał się coraz cięższy. Rok po wydaniu Show No Mercy, panowie prezentują swoje możliwości na EP-ce Haunting The Chapel. W tym samym stylu został nagrany drugi album studyjny Slayera. Płyta jest wyraźnie cięższa od poprzedniczki. Słychać, że chłopaki nie mają zamiaru więcej tworzyć czegoś co brzmi jak Venom, a próbują pisać własny materiał; Hell Awaits zostało bardzo dobrze skomponowane, czuć tu świetny, piekielny klimat. Niestety, w porównaniu do poprzedniczki znacząco zepsuły się teksty, co wydaje się być chwilowym spadkiem z formy. Pomimo wyraźnej zmiany na lepsze, druga płyta Slayera była mniej rozchwytywana. Jako największą wadę mógłbym tutaj uznać odpychającą jakość wersji bez remasteringu.


Najlepsze utwory (Adi666): Hell Awaits, Kill Again, Praise Of Death, Necrophiliac, Chemical Warfare

Najlepsze utwory (240Michał): Praise Of Death, Hell Awaits, Chemical Warfare


Ogólna ocena (Adi666): 8,5/10
Ogólna ocena (240Michał): 7/10


3. Reign In Blood


Data wydania: 7.10.1986

Gatunek: Thrash metal

Recenzja napisana przez: Adi666

Po wydaniu Hell Awaits, Slayer prezentuje swój ukryty potencjał. Reign In Blood uznawane jest nie tylko za jeden z najcięższych krążków thrashmetalowych, ale i za jeden z najlepszych. Płyta pomimo ogromnej dawki agresji została profesjonalnie wykonana; Jeff Hanneman napisał najlepsze riffy w swojej karierze, Dave Lombardo zagrał najlepiej jak umiał (bijąc przy tym rekord prędkości napierdalania), Tom wydarł gardło solidnie... z pozoru płyta bardzo prymitywna, ale warto się w nią wczuć. Wielu ludzi uważa Reign In Blood za płytę przecenioną, nie ma jednak sensu im wierzyć. Znajdziecie tu świetne riffy, solówki, partie wokalne i perkusyjne. Raj dla kogoś, kto lubi słuchać dzieł o jakości diamentu.

Najlepsze utwory (Adi666): Wszystkie

Najlepsze utwory (240Michał): Angel Of Death, Jesus Saves, Raining Blood


Ogólna ocena: 10/10 (jednogłośnie)

4. South Of Heaven



Data wydania: 5.07.1988

Gatunek: Thrash metal

Recenzja napisana przez: Adi666


W 1988 roku Slayer po raz pierwszy spotkał się z poważną krytyką. Po wydaniu South Of Heaven rozczarowani fani zirytowani byli brakiem napierdalania w stylu Reign In Blood. Moim zdaniem mieszanie Slayera z błotem było bez sensu, gdyż South Of Heaven zostało wykonane naprawdę porządnie. Oczywiście krytycy z czasem zapomnieli o tym jak rzucali gównem w tą grupę, po czym uznali South Of Heaven za jedno z najważniejszych dokonań Slayera. Chłopaki tworząc lżejszy i bardziej progresywny album chcieli udowodnić, że po prostu dojrzewają. Gitary są nastrojone na niższe tony, głos Toma jest spokojniejszy... pomimo tego, że płyta została wydana dwa lata po słynnym Reign In Blood, znacząco się od niej różni. Krążek został wykonany równie profesjonalnie jak poprzednik, nie miałbym powodów do czepialstwa gdyby nie lipny cover Judas Priest znajdujący się na płycie.

Najlepsze utwory (Adi666): Behind The Crooked Cross, Mandatory Suicide, Read Between The Lies, Cleanse The Soul

Najlepsze utwory (240Michał): South Of Heaven, Silent Scream, Ghosts Of War, Spill The Blood


Ogólna ocena (Adi666): 9,75/10
Ogólna ocena (240Michał): 9/10


5. Seasons In The Abyss


Data wydania: 9.10.1990

Gatunek: Thrash metal, Heavy metal

Recenzja napisana przez: 240Michał, remake: Adi666, 240Michał

Chłopakom ze Slayera powoli daje się we znaki nadmiar popularności i dojrzałość, toteż wraz z kolejnym wydawnictwem grupa odchodzi od stylu stworzonego w czasach Reign In Blood. Z czym to się wiąże? Oczywiście, że z krytyką kurwa, a z czym innym? Fani najpierw pomiatają Slayerem, by po 10 latach uznać Seasons In The Abyss za wielkiego klasyka. Co tu dużo mówić, piąta płyta panów z Huntington Park w sposób uzasadniony uzyskała ogromną popularność, słucha się jej z przyjemnością i radością. Gdyby Slayer rozpadł się po odejściu Dave'a Lombardo, z pewnością Seasons In The Abyss byłoby mieszane z błotem do dziś, dziękujmy tej kapeli za Diabolus In Musica i Repentless. Choć na piątej płycie Slayera dużo jest elementów heavymetalowych, fani thrashu również znajdą swoich faworytów (np. War Ensemble, Hallowed Point). Tom Araya był jeszcze spokojniejszy niż za czasów South Of Heaven, samo brzmienie nic się nie zmieniło, zdecydowanie najbardziej zauważalną zmianą z pewnością była świetna jakość nagrań.

Najlepsze utwory (240Michał): Dead Skin Mask, Hallowed Point, Skeletons Of Society, Seasons In The Abyss

Najlepsze utwory (Adi666): War Ensemble, Dead Skin Mask, Hallowed Point, Skeletons Of Society, Seasons In The Abyss

Ogólna ocena: 9,5/10 (jednogłośnie)




Data wydania: 27.09.1994

Gatunek: Thrash metal

Recenzja napisana przez: Adi666

W roku 1992 odchodzi ze Slayera perkusista Dave Lombardo. Bębniarz (w rzeczywistości skłócony z pozostałymi członkami grupy) tłumaczył się, iż musi poukładać własne życie. Od tego momentu czasy świetności niegdyś wielkiego thrashmetalowego bandu się kończą, do grupy zostaje zatrudniony były bębniarz formacji Forbidden, Paul Bostaph. Pomimo tego, że jest to pierwsza płyta bez Lombardo, jest to jeden z moich ulubionych krążków Slayera. Nie jest to już album tak agresywny jak Reign In Blood, dominuje tutaj ponury klimat i ciężar. Nowy bębniarz na swoim miejscu spisuje się znakomicie, świetnie współpracuje z pozostałymi członkami grupy. Niektórzy mogą być zawiedzeni głosem Toma, który brzmi jakby był przesterowany. Innych może zirytować to, że chłopaki wyraźnie kroczą w stronę groove metalu. W moim mniemaniu podczas przesłuchiwania Divine Intervention nie ma sensu wybrzydzać, jest to kawał solidnej roboty ze strony Slayera.

Najlepsze utwory (Adi666): Killing Fields, Sex. Murder. Art, Circle Of Beliefs, SS-3, Mind Control

Najlepsze utwory (240Michał): Sex. Murder. Art, Serenity In Murder, Circle Of Beliefs, SS-3, Mind Control

Ogólna ocena (Adi666): 9,25/0
Ogólna ocena (240Michał): 9/10




Data wydania: 9.07.1998

Gatunek: Groove metal, Thrash metal

Recenzja napisana przez: 240Michał

Slayer po wydaniu punkowej płyty kompilacyjnej Undisputed Attitude zmienia nieco swój styl. Wprawdzie skład jest nadal ten sam, choć grupa przeżywa pewien kryzys. Dotychczasowo grany przez Slayera thrash przestaje być gatunkiem godnym uwagi, coraz więcej tego typu kapel idzie w kierunku nurtu zapoczątkowanego przez Panterę i Exhordera. Diabolus In Musica ze względu na dominację groove metalu uważany jest za najgorszą płytę Slayera, jest to ciężka i powolna dawka muzyki dla fanów kapel typu Machine Head. Thrashmetalowcy z Huntington Park zawsze wkładali serce w tworzenie muzyki, z tego powodu Diabolus In Musica nie jest tak złe jak opisują to fani Slayera. Fani tej kapeli zwykle wybrzydzają, dlatego przy wybieraniu płyty do słuchania nie powinno się ich słuchać.

Najlepsze utwory (240Michał): Bitter Peace, Stain Of Mind, Point, Wicked

Najlepsze utwory (Adi666): Bitter Peace, Stain Of Mind, Scrum, Wicked, Point

Ogólna ocena (240Michał): 7,5/10
Ogólna ocena (Adi666): 7,25/10




Data wydania: 11.09.2001

Gatunek: Thrash metal, Groove metal

Recenzja napisana przez: 240Michał

Ze względu na niską popularność poprzednika, Slayer powoli zaczyna wracać do korzeni. Panowie po raz kolejny nagrywają płytę thrashową, była jednak inspirowana groovemetalem w którym pojęcie miał Paul Bostaph. Ostatecznie wielu fanów polubiło tą płytę ze względu na typową dla Slayera agresję. Naszym zdaniem choć płyta kontynuowała thrashową młóćkę w stylu albumów wydanych przed Diabolus In Musica, to jednak Slayerowi czegoś zabrakło. Choć było całkiem sporo momentów, gdy słuchacz mógł pomachać głową, to jednak niektóre utwory na płycie były warte co najmniej jednego przesłuchania. Z tego powodu uznaliśmy tą płytę za największe (do czasów Repentless) niepowodzenie Slayera. God Hates Us All ma jednak całkiem sporą zaletę: pomimo 14 lat na karku album w ogóle się nie zestarzał, z pewnością ósmy krążek Slayera przebija pod względem nowoczesności wiele płyt wydanych w latach 2008-2015.

Najlepsze utwory (240Michał): God Send Death, Here Comes The Pain, Scarstruck, Payback

Najlepsze utwory (Adi666): Disciple, Bloodline, Warzone, Scarstruck, Payback

Ogólna ocena (240Michał): 7,5/10
Ogólna ocena (Adi666): 7/10




Data wydania: 4.08.2006

Gatunek: Thrash metal

Recenzja napisana przez: 240Michał

W roku 2002 Slayer dokonuje zmian w składzie. Z powodu kontuzji odchodzi Paul Bostaph, Kerry King zaprasza byłego bębniarza do współpracy. Lombardo jest z tego powodu zadowolony, co owocuje w przypadku Slayera powrót do popularności. W 2006 roku panowie z Huntington Park wydają płytę przypominającą wydawnictwa z lat 1986-1991. Muzyka jest bardzo agresywna i kontrowersyjna, w tekstach zawarta jest tematyka antyreligijna, satanistyczna i wojenna. Tom Araya po raz kolejny jest w świetnej formie wokalnej, Kerry i Jeff przypominają sobie czasy, gdy pisali najlepsze riffy. Poza tym, grafikę namalował artysta Larry Carroll. Wszystko to wkładamy do jednego gara, mieszamy i wylewamy na foremkę. Pieczemy w temperaturze 666 stopni i mamy idealne ciasto ze Slayera. Kto wie, może Christ Illusion zostało stworzone ze względu na 20-lecie wydania Reign In Blood? Choć dziewiąty krążek w dorobku Slayera jest godnym wydatku wydawnictwem, to jednak nie równa się z płytami tej grupy z lat 80-tych.

Najlepsze utwory (240Michał): Skeleton Christ, Jihad, Consfearacy, Cult, Final Six, Black Serenade

Najlepsze utwory (Adi666): Flesh Storm, Catalyst, Jihad, Consfearacy, Cult, Black Serenade

Ogólna ocena (240Michał): 9,5/10
Ogólna ocena (Adi666): 9,25/10




Data wydania: 3.11.2009

Gatunek: Thrash metal

Recenzja napisana przez: 240Michał, remake: Adi666, 240Michał

World Painted Blood jest drugim krążkiem Slayera stworzonym w oryginalnym składzie w XXI wieku. Jest to najprawdopodobniej drugi, najlepszy okres tej kapeli. Choć wyraźnie widać, że chłopakom powoli zaczyna doskwierać starość (z grupy najlepiej trzymają się Dave Lombardo i Tom Araya), World Painted Blood jest kolejnym, godnym uwagi kamieniem milowym Slayera. Co dziwne, World Painted Blood nie zostało pogryzione i wyplute przez krytyków, nawet pomimo kilku lżejszych numerów (czytaj: numetalowych) na płycie. Pomimo, że płyta jest zdecydowanie ponadprzeciętna, najwięcej uroku dają jej świetne single sprawdzające się na koncertach. Nie jest to wprawdzie najlepsza płyta Slayera, ma w sobie jednak mnóstwo cech charakterystycznych tej grupy. World Painted Blood godzi ze sobą krytyków i fanów chłopaków z Huntington Park.

Najlepsze utwory (240Michał): World Painted Blood, Playing With Dolls, Public Display Of Dismemberment, Hate Worldwide

Najlepsze utwory (Adi666): World Painted Blood, Snuff, Hate Worldwide, Playing With Dolls, Atrocity Vendor

Ogólna ocena (240Michał): 8/10
Ogólna ocena (Adi666): 8,75/10




Data wydania: 11.09.2015

Gatunek: Thrash metal, Groove metal

Recenzja napisana przez: 240Michał

Jak kurwa zwykle, wielu fanów Slayera było nastawionych do grupy sceptycznie. Tym razem powodem do skreślenia Repentless było odejście Dave'a Lombardo i śmierć Jeffa Hannemana. Według fanów, najlepiej by było gdyby Slayer się rozpadł. Czy słusznie? Hannemana zastąpił Gary Holt znany ze współpracą z formacją Exodus, Lombardo z kolei został zamieniony na Paula Bostapha. Z tego powodu warto było dać szansę chłopakom z Huntington Park. Niestety, najnowsze dziecko Slayera jest zwykłą klapą. Większość utworów zdecydował się napisać Kerry King, założyciel Slayera nie miał zamiaru dać nowemu nabytkowi szansy na popisanie się. Sam Jeff Hanneman przed śmiercią też się nie wykazał, napisał najprawdopodobniej najsłabszy utwór w swojej karierze Piano Wire. Gdy wszyscy liczyli na soczysty wpierdol muzyczny znany z ostatnich dwóch płyt, chłopaki po raz kolejny stosują groovemetalowe granie przypominające na tej płycie odgrzewany kotlet. Oczywiście wiecie, że lubię groove metal, nie mam jednak zamiaru słuchać go w Slayerze. Ta grupa po prostu nie potrafi go dobrze zagrać i tyle.

Najlepsze utwory: Repentless, Take Control, You Against You, Implode (jednogłośnie)

Ogólna ocena: 5/10 (jednogłośnie)


Podsumowując, nie da się zaprzeczyć, że Slayer jest kapelą kultową. Jest to jedna z pierwszych grup, która wprowadziła do muzyki thrash metal, wpłynęła ona również na rozwój tego gatunku. Płyty wydane przez tą grupę w latach 1986-1990 wyznaczyły standardy thrashu, toteż za takie dokonania warto chłopaków z Huntington Park darzyć szacunkiem. Zwróćcie uwagę na to, że poza Repentless Slayer nie ma żadnych złych albumów, w każdą zostało włożone serce i ciężka praca; to czy warto ich przesłuchać czy nie, najbardziej zależałoby od popularności, do 2015 roku nie dało się wybierać płyt do posłuchania na podstawie pozytywnej oceny. Choć szeregi Slayera nie są zasilane przez Jeffa Hannemana i Dave'a Lombardo, a ich ostatnia płyta okazała się klęską, to jednak w nowym składzie muszę im życzyć powodzenia. Paul Bostaph to sprawdzony bębniarz, a Gary Holt to szanowany w świecie metalu gitarzysta. Fajnie by było, gdyby panowie następnym razem stworzyli we czwórkę bardziej agresywną i dopracowaną płytę.

Albumy które musi znać prawdziwy fan (od najważniejszego): Reign In Blood, Seasons In The Abyss, South Of Heaven, Christ Illusion, Divine Intervention, World Painted Blood, Hell Awaits, Show No Mercy

28 listopada 2015

Recenzja: Rage Against The Machine - Rage Against The Machine


Witam w kolejnej recenzji. Kto pamięta Rage Against The Machine? Debiut tych amerykańskich twórców rapmetalowych jest znany nie tylko z tajemniczej okładki i przeboju Killing In The Name będącej częścią soundtrack'u z gry GTA: San Andreas, była to także jedna z najważniejszych płyt łączących heavy metal, rap i hardcore. Rage Against The Machine zostało również zapamiętane za sprawą zgranego heavymetalowego składu i charyzmatycznego, rapowego wokalisty Zacka de la Rochy. Jeżeli tak jak mi nie przeszkadza wam hardcore na blogu który recenzuje przede wszystkim metal, to zapraszam do czytania. Przed wami: Rage Against The Machine - Rage Against The Machine.

RATM jest pierwszym albumem studyjnym amerykańskiej grupy rapmetalowej Rage Against The Machine. Został wydany 3 października 1992 roku nakładem Epic Records. Ponieważ na wstępie powiedziałem już dość sporo faktów dotyczących debiutu rapmetalowców z Los Angeles, dodam tylko, że płyta uzyskała mnóstwo wyróżnień w ciągu 20 lat. W 2011 roku album znalazł się na 365 miejscu w rankingu 500 najlepszych albumów wszech czasów, płyta została wymieniona w książce 1001 albumów, których musisz posłuchać przed śmiercią. Debiut Rage Against The Machine był obiektem westchnień krytyków, przez wiele lat był kreowany jako płyta idealna. To oznacza, że z tą płytą nie ma żartów.

Zdjęcie które zdobi okładkę debiut RATM zostało zrobione przez dziennikarza Malcolma W. Browne'a. Przedstawia ona buddyjskiego mnicha Thicka Quanga Durc'a płonącego przed budynkiem ambasady Kambodży w Sajgonie. Mężczyzna ukazany na fotografii protestował przeciwko ustawie zakazującej praktykowanie buddyzmu i wprowadzającej katolicyzm jako państwową wiarę Wietnamu. Przed śmiercią wyśpiewał modlitwę do Buddy i skierował swoje ostatnie słowa do prezydenta Ngo Dinh Diema. Choć nie lubię okładek z prawdziwymi zdjęciami, dla tego przypadku muszę zrobić wyjątek - grafika jest naprawdę świetna, prezentuje się tajemniczo ze względu na stoicki spokój postaci na niej ukazanej. Budzi jednocześnie współczucie ze względu na śmierć człowieka, który musiał poświęcić się dla dobra swojej religii.

Wybrane oceny z różnych serwisów:

- 10/10 - Teraz Rock
- 10/10 - Rockmetal.pl
- 10/10 - Sputnik Music
- 9,5/10 - Ultimate Guitar


Lista utworów:

1. Bombtrack
2. Killing In The Name
3. Take The Power Back
4. Settle For Nothing
5. Bullet In The Head
6. Know Your Enemy
7. Wake Up
8. Fistful Of Steel
9. Township Rebellion
10. Freedom


Bez wątpienia debiut Rage Against The Machine jest jednym z najbardziej nietypowych krążków na naszym blogu. Nie mówię tu o totalnym odlocie w stylu Anal Cunt, jest to po prostu połączenie rapu i metalu. Chłopaki z RATM połączyli rytmikę, energię i technikę rapu z ciężkością metalu, co daje naprawdę dobry efekt. Z tego powodu panowie z Los Angeles uderzają ze sporą siłą; nie zdziwiłbym się, gdyby ktoś nazwał RATM zespołem komercyjnym, ewentualnie postawił pod jedną ścianą z grupami numetalowymi. Tak się dziwnie składa, że nu metal to inna bajka, powstał z fuzji grunge'u, funku, rocka alternatywnego, metalu i hip hopu; rap metal jest z kolei połączeniem heavy metalu i rapu, tak więc różnica między gatunkami jest spora (w szczególności w ciężkości). Nie zdziwiłbym się, gdyby Rage Against The Machine stworzyło tą płytę wyłącznie w celach eksperymentalnych, gdyż jakby się nad tym dokładniej zastanowić, na przełomie lat 80-tych i 90-tych połączenie tych dwóch gatunków muzycznych było abstrakcyjne. Album naprawdę mi się spodobał, debiut RATM jest bardzo charakterystyczny i różnorodny, przez co problemu z jego rozpoznaniem z pewnością nie będziemy mieli. Czasem usłyszymy coś w ciekawym klimacie, innym razem ciężki numer do pomachania głową, raz też trafi się coś na rozluźnienie... to tak jakby w sklepie AGD kupić pralkę z funkcją suszarki, opalarki i kuchenki mikrofalowej. Jedynym zarzutem kierowanym w stronę rapmetalowców może być końcówka albumu; dwa ostatnie numery odbiegają poziomem od pozostałych. Choć to połączenie w teorii jest naprawdę dziwne, to w praktyce jest to naprawdę zajebista sprawa. Panowie rozkręcają się już od pierwszych sekund: album rozpoczyna się od całkiem niezłego, wpadającego w ucho numeru Bombtrack. Dopiero później grupa pokazuje na co ją stać: dostajemy prawdopodobnie najlepszy utwór z płyty: Killing In The Name. Kawałek ten wpada w ucho, jest agresywny ale i ciężki, choć typowo metalowego brzmienia w nim nie uświadczymy. Jest to również sztandarowy numer tej kapeli. W dalszej kolejności mamy coś nieco lżejszego, dla odprężenia. Rytmiczny, rasowy numer łączący rockowe brzmienie z rapem: Take The Power Back. Później w moich głośnikach pojawia się prawdopodobnie jeden z bardziej klimatycznych kawałków na albumie: Settle For Nothing. Pod piątką dostajemy kolejny bardzo znany numer tej kapeli: Bullet In The Head. Po raz pierwszy w utworze RATM dominują cechy rapu. Chłopaki przyspieszają nieco tempo przy szóstce; w głośnikach leci bardzo dobry kawałek muzyki o tytule Know Your Enemy. Wake Up przypomina trochę budową i stylem dwa pierwsze numery, choć w połowie ma pewien zwrot akcji. Jest to kolejny, całkiem ciekawy utwór. Pod numerem ósmym znajduje się wpadający w ucho kawałek w większości posiadający cechy rapu: Fistful Of Steel. Patrząc na tytuł spodziewałem się bardziej metalowego numeru, nie ma sensu jednak narzekać. Po tym utworze płyta się psuje. Pod dziewiątką znajduje się moim zdaniem najgorszy numer, Township Rebellion. Choć utwór jest różnorodny (miejscami nawet nieźle skomponowany), to jednak pierwsza jego połowa mnie irytuje. Album kończy bardzo przeciętny utwór jak na ten album, Freedom.

Tematyka tekstów nie jest zbyt skomplikowana. Płyta przypomina trochę album koncepcyjny, w większości RATM zniechęca ludzi do środków masowego przekazu, tym samym zachęca ich do buntu przeciwko władzy. Poza tym, RATM pisze o ludzkim nieszczęściu, wojnach, a także opowiada o swoim przekazie. Budowa tekstów jest bardzo typowa dla rapu, mnóstwo jest tutaj wyrazów potocznych i rymów. Tego typu teksty mogę zaakceptować jedynie w przypadku rap metalu, w żadnym innym gatunku ciężkich brzmień się to nie sprawdza. Na Bombtrack chłopaki z RATM przedstawiają nam ogólny zarys albumu. Zack de la Rocha opowiada nam o tym, co zamierza przekazać słuchaczom w tekstach. W utworze jest również mowa o tym, że nie należy się poddawać pomimo przeciwności losu, należy dopinać swego. Killing In The Name opowiada historię poległych żołnierzy, którzy zostali odznaczeni pośmiertnie medalami. Według RATM, śmierć wybieliła złe uczynki tych, którzy za życia popełniali ciężkie grzechy. W Take The Power Back Zack de la Rocha opowiada o pozytywnym przekazie, jaki RATM ma zamiar nieść w swojej muzyce. Wokalista po raz kolejny nakłania do walki z przeszkodami. Settle For Nothing opowiada historię człowieka, który popełnił samobójstwo w więziennej celi. Mężczyzna najprawdopodobniej pod wpływem narastającej wściekłości zamordował całą swoją rodzinę, po czym odetchnął z ulgą za kratkami. Bullet In The Head jest krytyką brutalności policji. Grupa porównuje gliniarzy do faszystów. W Know Your EnemyWake UpFistful Of Steel i Freedom grupa krytykuje środki masowego przekazu, które przedstawiają fałszywą sytuację w kraju. Podmiot liryczny ma zamiar otworzyć ludziom oczy, chciałby, aby obywatele poznali prawdę o rządzących. Township Rebellion przedstawia historię ludzi, którzy niezadowoleni z sytuacji w kraju postanowili wszcząć bunt. W utworze grupa krytykuje władzę, która wolałaby powybijać wszystkich buntowników, niżeli poprawić jakość życia w kraju.

Podsumowując, debiut Rage Against The Machine to bardzo dobry album. Wielu uważa ten krążek za kultowy, jak dla mnie album ma parę błędów w sobie. Choć przez długi czas płyta trzymała słuchacza w ciekawości i była dobrze skomponowana, to jednak przy dwa ostatnie numery nie zrobiły na mnie żadnego wrażenia. Teksty zostały dobrze napisane, jednak ich tematyka nie zrobiła na mnie tak dobrego wrażenia jak się spodziewałem. Lubię jak grupy krytykują władzę, po Rage Against The Machine spodziewałem się jednak pójścia znacznie dalej. Myślałem, że chłopaki będą pisali o ludziach rzucających się Mołotowami, ewentualnie o znanych postaciach poległych w zamachach, czy chociażby o wybuchu konfliktu okołoziemskiego. Nie wliczając tych wad, gorąco polecam tą płytę. Spodoba się zarówno fanom metalu, jak i rapu.

Zalety:
- Bardzo dobre kompozycje
- Bardzo dobre teksty
- Okładka
- Przekaz
- Ciężkość albumu
- Wpadające w ucho riffy
- Różnorodność
- Klimat lat 90-tych
- Album zapada w pamięć

Wady:
- Dwa ostatnie utwory

Okładka: 10/10
Teksty: 8,25/10
Kompozycje: 9,5/10

Ogólna ocena: 9,25/10

22 listopada 2015

Recenzja: Amorphis - Under the Red Cloud


Witam w nowej recenzji! Jak się zapewne przyzwyczailiście, przez ostatni czas bardzo rzadko dodawałem wpisy. Powód jest prosty - gdy mam wenę na pisanie, to akurat nie ma czasu, a gdy jest czas, to nie mam siły, żeby się za to zabrać. Na szczęście bloga razem ze mną prowadzi Adi666, który wciąż dodaje dużo recenzji i dba o to, aby nie było nudno. Pora, żebym jednak wreszcie ja dodał coś od siebie; przed wami Amorphis - Under the Red Cloud.

Under the Red Cloud jest jak dotąd najnowszym albumem grupy Amorphis. To dosyć świeży materiał - wydany został 4 września tego roku nakładem wytwórni Nuclear Blast. Zespół ma już na koncie dość dużo krążków; Under the Red Cloud jest ich dwunastym. Całkiem niedawno postanowiłem zagłębić się w dyskografię Amorphis i muszę powiedzieć, że było warto. Po przesłuchaniu dwóch pierwszych albumów uznałem, że to naprawdę bardzo dobra grupa. Na dalszych wydawnictwach Amorphis wyraźne są zmiany stylu - każdy krążek prezentuje zawsze coś nowego. Tak też właśnie jest w przypadku najnowszej płyty, jednak czy wypada to dobrze?

Okładka została wykonana w surrealistycznym stylu; możemy na niej dostrzec różne fantazyjne wzory. Wprawdzie zwykle lubiłem tego typu grafiki, jednak ta nie wygląda zbyt zachęcająco. Kolorystyka niekoniecznie mi odpowiada, wydaje się, że czegoś tu brakuje. Z początku pomyślałem, że to wygląda jak jakiś turecki dywan. Na szczęście wielkiej tragedii nie ma, można powiedzieć, że okładka jest po prostu średnia. 

Wybrane oceny z Metal Archives:

- 10/10 - mjollnir
- 9,5/10 - ddbdrago
- 2/10 - Blackmetalman666
- 9,5/10 - kluseba

Niestety nie udało mi się znaleźć playlisty z albumem na YouTube.

Lista utworów:

1. Under the Red Cloud
2. The Four Wise Ones
3. Bad Blood
4. The Skull
5. Death of a King
6. Sacrifice
7. Dark Path
8. Enemy at the Gates
9. Tree of Ages
10. White Night
11. Come the Spring
12. Winter's Sleep

Album zrobił na mnie bardzo dobre wrażenie. Kompozycje kojarzą się trochę z In Flames i Soilwork; widać, że styl Amorphis się bardzo zmienił od czasów The Karelian Isthmus. Obecnie muzyka tego zespołu nie ma w sobie prawie nic z ciężkiego doom metalu, który grali dwadzieścia lat temu - Under the Red Cloud podchodzi pod melodic death metal. Widać, że grupa zapożyczyła kilka motywów od innych szwedzkich zespołów, obracających się w podobnych obszarach metalu, jednak nie można nazwać tego bezczelnym zżynaniem - kompozycje brzmią całkiem oryginalnie i ciekawie. Dodatkową zaletą płyty jest umiejętne połączenie melodyjności z agresją i ciężarem. Wprawdzie Under the Red Cloud nie jest drugim Tales From the Thousand Lakes, jednak dość przyjemnie się tego słucha, album wciąga. Zatrzymałem się przy nim na dłuższy czas. Już pierwszy utwór - tytułowy Under the Red Cloud - zapowiada się dość interesująco; nastrojowe intro, wciągająca kompozycja. Następny, The Four Wise Ones to już nieco cięższy kawałek, w którym mimo to nie brakuje melodyjnych elementów. Zaraz po nim dostajemy Bad Blood, zdecydowanie najlepszy utwór na płycie. Kolejny kawałek (The Skull) jest spadkiem z poziomu, jednak tylko na chwilę - grupa po chwili powraca z bardzo dobrym Death of a King. Następnym utworem jest Sacrifice, jeden z bardziej lajtowych utworów na płycie; zbyt dużo ostrości i agresji tu nie uświadczymy. Mimo to i tak dobrze się tego słucha. Po nim słyszymy blackmetalowy Dark Path, świetny utwór niemal dorównujący Bad Blood. Grupie się należą oklaski za umiejętne wykorzystanie pianina w tym kawałku. Enemy at the Gates jest niestety spadkiem z poziomu, nawet nieco gorszym od The Skull, ale po chwili Amorphis ratuje swój honor i daje nam Tree of Ages, czyli przyjemny melodyjny utwór. Ostatnim kawałkiem z wersji podstawowej jest White Night, został dosyć dobrze wykonany. Bonusami są Come the Spring i Winter's Sleep - również całkiem niezłe utwory. Pod względem kompozycji album prezentuje się nieźle, miejscami zdarzyły się tylko minimalne spadki z poziomu.

Jeżeli chodzi o teksty, Amorphis również wypada dobrze. Ich tematyka jest różnorodna, muzycy unikają pisania w kółko o tym samym (o czym zapomina większość wykonawców). Niektóre teksty dotyczą postaci historycznych lub odwołują się do opowieści i wierzeń ludowych - Under the Red Cloud opowiada historię indiańskiego wodza Czerwonej Chmury, The Four Wise Ones odwołuje się do fińskiej mitologii Kalevala (widać tu nawiązania do czasów Tales From the Thousand Lakes), w Sacrifice jest mowa o ofiarach składanych bogom w dawnych czasach, a w The Skull został przedstawiony wyznawca pewnego mitycznego bóstwa. Część tekstów skłania do refleksji - Death of a King i Dark Path zdają się być metaforami traktującymi o szybkości przemijania ludzkiego życia, Bad Blood i Enemy at the Gates mówią o wewnętrznej walce człowieka ze swoimi słabościami i czarnymi myślami. Ostatnie teksty na płycie - Tree of Ages, White Night, Come the Spring i Winter's Sleep wydają mi się totalnie bezsensowne, ale bardzo możliwe, że tutaj też są nawiązania do mitologii fińskiej, o których nie mam pojęcia. Cóż, tak czy inaczej, pod względem tekstowym album prezentuje się dość nieźle. 

Podsumowując, Under the Red Cloud jest bardzo dobrym albumem. Nie jest to drugie Tales From the Thousand Lakes, jednak dość przyjemnie się tego słucha. Dużą zaletą jest umiejętne połączenie melodyjności z ciężarem i agresją. Kompozycje zostały dobrze dopracowane, tylko miejscami zdarzały się spadki poziomu. Teksty również są niegłupie, część z nich skłania do refleksji, inne obracają się wokół oryginalnych tematów jak na muzykę metalową - mitologia czy też historia. Tylko niektóre wydawały się bezsensowne. Album Under the Red Cloud był dla mnie naprawdę bardzo dobrą odskocznią po słuchaniu non-stop thrashu, deathu i innych szatanów. Bardzo prawdopodobne, że za jakiś czas pojawi się recenzja kolejnego albumu Amorphis - może być to np. Tales From the Thousand Lakes.

Zalety:
- łączenie melodyjności z ciężarem i agresją
- bardzo dobre, różnorodne kompozycje
- całkiem niezłe, ciekawe teksty
- oryginalność
- mimo ponad dwudziestu lat działalności Amorphis, ich muzyka nadal stoi na wysokim poziomie

Wady:
- średnia okładka
- zdarzały się miejscami spadki poziomu zarówno w przypadku tekstów jak i kompozycji

Okładka: 6/10
Teksty: 7/10
Kompozycje: 9/10

Ocena ogólna: 8/10

21 listopada 2015

Konfrontacja: The Mist - Phantasmagoria vs Kreator - Terrible Certainty


Witam w kolejnej konfrontacji. Zapewne niektórzy z was nie mogą się doczekać recenzji Chakal vs Destruction. Jakiś czas temu pomyślałem sobie, że w sumie mógłbym tą obietnicę za niedługo zrealizować, tak więc oczekujcie! Ponieważ uznałem, że przyszedł czas na kolejną recenzję Kreatora, postanowiłem również zrecenzować jeden z ostatnich polubionych przeze mnie albumów kapeli The Mist będących jedną z grup spod bandery Vladimira Korga. Czy The Mist jest w stanie konkurować z jedną z najważniejszych europejskich grup thrashmetalowych? Za chwilę się przekonacie. Przed wami: The Mist - Phantasmagoria vs Kreator - Terrible Certainty.


The Mist - Phantasmagoria


Phantasmagoria jest pierwszym albumem studyjnym brazylijskiej grupy thrashmetalowej The Mist. Został wydany w 1989 roku nakładem Cogumelo Records. The Mist zostało utworzone w 1986 przez byłego gitarzystę Sepultury, Jairo Guedza. W 1989 roku zaprosił do współpracy wokalistę formacji Chakal, Vladimira Korga, basistę Marcelo Diaza, gitarzystę Reinaldo Bedrana i bębniarza Christiano Salies. W skompletowanym składzie chłopaki zaczęli nagrywać swój debiut. Grupa nawet pomimo obecności dwóch znanych osób powiązanych z thrashem nie odniosła sukcesu, toteż ich pierwszy krążek przeszedł bez większego echa.

Grafika została stworzona przez Michaela Whelana i Dana Seagrave'a. Jest to przeróbka obrazu pt. "Lovecraft's Nightmare A" (pierwszej części oryginalnego obrazu zdobiącego okładkę Cause Of Death Obituary). Grafika przedstawia tytułową fantasmagorię. Jest to obraz surrealistyczny przedstawiający najprawdopodobniej sen. Na obrazie widzimy zjawę stojącą przed nawiedzonym zamczyskiem. Jesteśmy również w stanie dostrzec rozpadający się mur pod wpływem jakiejś niewyjaśnionej siły. Grafika prezentuje się całkiem nieźle, ukazuje nam mroczny, magiczny klimat panujący na albumie. Zdecydowanie lepiej prezentuje się od oryginalnej wersji grafiki:


Wybrane oceny z różnych serwisów:

- 9/10 - Metal Archives
- 7,5/10 - Spirit Of Metal


Lista utworów:

1. Flying Saucers In The Sky
2. Smiles, Tears And Chaos
3. A Step Into The Dark
4. The Enemy
5. Hate
6. Barbed Wire Land (At War)
7. Phantasmagoria
8. Lightning In The Dark
9. Like A Bad Song
10. Faces Of Glass


Płyta jest całkiem niezła, jest to kolejny zespół którego nie powinni sobie odmówić kolekcjonerzy kapel thrashowych. Myślę, że album powinien spodobać się fanom zespołu Chakal ze względu na miejscami podobne, agresywne brzmienie. Fani Sepultury na pewno też by się zainteresowali Phantasmagorią ze względu na obecność gitarzysty Jairo Guedza. Wbrew pozorom, Phantasmagoria nie jest krążkiem na jeden odsłuch - pamiętam, że w płytę wciągnąłem się dość szybko, toteż da się tego słuchać. Charakterystyczny surowy klimat głównego zespołu Vladimira Korga nie występuje w The Mist, tutaj mamy do czynienia z czystością i mrokiem. Płyta została dobrze skomponowana, riffy na niej wpadały w ucho. W niektórych utworach znajdują się ciekawie stworzone intra umilające odsłuch. Technicznie jest to płyta thrashowa, tak więc kompozycji w stylu Death się nie spodziewajmy. Wśród wad można wymienić jakość oryginalnego wydania płyty, remasteru dość trudno się doszukać. Grupa ułatwia jednak życie fanom płyt winylowych - jakość brzmienia płyty odtwarzanej z gramofonu jest dużo lepsza od tej z oryginalnego CD. Choć płyta jest całkiem spoko, to miejscami wydaje się być lekko niedopracowana. Sieczkę rozpoczyna świetna, thrashowa petarda: Flying Saucers In The Sky. Przy dwójce chłopaki nieco zwalniają tempo: rozpoczyna się kontynuacja poprzedniego numeru o tytule Smiles, Tears And Chaos. Kolejnym, bardzo dobrym kawałkiem jest wpadające w ucho A Step Into The Dark. W moim przypadku płytę trochę zepsuł utwór The Enemy w którym nie ma nic ciekawego (choć nie wątpię w to, że ktoś mógłby się nim zainteresować). W dalszej kolejności panowie sieją spustoszenie dwoma, szybkimi numerami będącymi ciekawymi rozwiązaniami na koncerty: Hate i Barbed Wire Land (At War). W dalszej części albumu chłopaki zwalniają tempo. Pod numerem siódmym dostajemy ciężki, choć przyjemny dla ucha numer tytułowy Phantasmagoria. Po tym utworze słyszymy intstrumentalne intro do dziewiątki, Lightning In The Dark; później jest dość stabilny numer o tytule Like A Bad Song. Wszystko w nim jest w porządku, problemem jest jednak outro które mogliby zagrać dłużej (lub zostawić na ostatni utwór). Na zakończenie chłopaki z The Mist serwują nam średni numer Faces Of Glass. Zdecydowanie bardziej satysfakcjonujące byłoby zakończenie płyty na numerze dziewiątym, a dychę dać jako bonus.

Teksty na płycie spodobały mi się. Tematyka utworów The Mist znacząco się różni od tego, co chcą powiedzieć inne grupy. Teksty najczęściej dotyczą tematyki społecznej, depresji, wojen oraz korupcji. Nie dość, że ta tematyka trafia do mnie, to jeszcze sposób ich pisania wydaje się być ciekawy. Pomimo dość poważnej tematyki tekstów, Vladimir Korg posługuje się dość swobodnym językiem (można nawet rzec potocznym), najwidoczniej chciałby on, aby jego przekaz był w 100% rozumiany. Niestety, nie wszystkie teksty dostępne są w internecie. Flying Saucers In The Sky zostało zainspirowane filmami science fiction. Grupa chce nam udowodnić, że we wszechświecie istnieją kosmici. Dodatkowo chce nas ostrzec przed ich atakiem na Ziemię. W Smiles, Tears And Chaos grupa opowiada o sile muzyki, która zmienia ludzi. Jako przykład Vladimir Korg podaje osobę, która wyszła z depresji przy pomocy słuchania ulubionych piosenek. W A Step Into The Dark podmiotem lirycznym jest "skoczek" pragnący popełnić samobójstwo. Mężczyzna stracił wiarę w siebie i w ludzkość, po czym postanowił skoczyć z wieżowca. Osobie mówiącej towarzyszą na dole policjanci i straż pożarna próbujące negocjować. W The Enemy Vladimir Korg tłumaczy słuchaczom skąd się biorą strach i niepewność. Oznajmia on fanom, że to uczucie można przezwyciężyć, trzeba tylko znaleźć w sobie siłę. Hate jest jednym z gorszych tekstów na płycie. W utworze mowa jest o człowieku, który oszalał z powodu nienawiści. Pozostałych tekstów nie udało mi się znaleźć w internecie; najprawdopodobniej osoba wrzucająca teksty do internetu zapomniała dodać części z drugiej połowy płyty. Domyślam się jednak, że teksty pozostałych utworów są równie dobre jak te które przed chwilą omówiłem.

Podsumowując, Phantasmagoria to bardzo dobry krążek. Muzyka stworzona przez chłopaków z The Mist zrobiła na mnie pozytywne wrażenie, panowie włożyli dużo serca w tworzenie ciekawego albumu. Kompozycji słuchało się z przyjemnością; wrażenie zrobiły na mnie wpadające w ucho riffy i klimat. Poza tym, płyta jest wciągająca. Muzyka The Mist ciekawie kontrastuje z głównym zespołem Vladimira Korga, Chakalem. Równie dobre wrażenie zrobiły na mnie teksty, które zostały napisane dobrym, czytelnym językiem, a także posiadały ważną dla naszego społeczeństwa tematykę. Wśród wad mógłbym wymienić jakość utworów z oryginalnego wydania CD, oraz wykonanie kilku utworów w porównaniu do reszty płyty. Tak czy siak, warto polecić tą płytę kolekcjonerom i miłośnikom thrashu. Phantasmagoria powinna się również spodobać fanom Chakala i Sepultury.

Zalety:
- Bardzo dobre kompozycje
- Bardzo dobrze napisane teksty
- Wpadające w ucho riffy
- Klimat
- Ciekawe brzmienie
- Muzyka jest wciągająca
- Album zapada w pamięć

Wady:
- Kiepska jakość nagrań oryginału
- Trudny dostęp do wersji zremasterowanej
- Zdarzały się utwory gorsze na płycie


Okładka: 9,25/10
Teksty: 9,25/10
Kompozycje: 9/10

Ogólna ocena: 9/10


Kreator - Terrible Certainty


Terrible Certainty jest trzecim albumem studyjnym niemieckiej grupy thrashmetalowej Kreator. Został wydany 22 września 1987 roku nakładem Noise Records. Kreator po pierwszych dwóch agresywnych krążkach kojarzących się ze Slayerem nieco zmienia swój styl. Nowa płyta ma być lżejsza, nowocześniejsza... ogólnie mówiąc, Kreator chce wnieść do muzyki trochę własnych elementów. Gdy Terrible Certainty zostaje wydane, zyskuje podobną popularność jak poprzednie płyty, choć na krótko. Ostatecznie krążek nie odniósł takich wyników sprzedaży jak Pleasure To Kill. Wkrótce sukces tej płyty mają przyćmić Extreme Aggression i Coma Of Souls.

Na okładce przedstawiona jest maskotka grupy, Violent Mind. Postać ta wyraźnie jest ukazana jako władca absolutny, król świata. Maskotka Kreatora stoi przy moście, na którym są postawione pomniki dawnych władców, ukazani są oni jako postacie nieliczące się w historii. Grafika została wykonana w podniosłym stylu, ciekawie się prezentuje.


Wybrane oceny z Metal Archives:

- 8/10 - StainedClass95
- 9,75/10 - Metal_Thrasher90
- 9,5/10 - Seducerofsouls85
- 9,25/10 - CHRISTI_NS_ANITY8


Lista utworów:

1. Blind Faith
2. Storming With Menace
3. Terrible Certainty
4. As The World Burns
5. Toxic Trace
6. No Escape
7. One Of Us
8. Behind The Mirror
9. Impossible To Cure
10. Lambs To The Slaughter
11. Gangland


Trzecia płyta Kreatora jest wyraźną odmianą w porównaniu do poprzedniczek. Słychać, że chłopaki z Kreatora zaczynają dojrzewać tworząc mniej agresywny krążek, panowie próbują jednocześnie stworzyć coś bardziej oryginalnego. Nie jest to surowe Endless Pain, ani poważny muzyczny wpierdol w postaci Pleasure To Kill, jest to płyta skierowana jeszcze bardziej w stronę thrashu. Terrible Certainty jest zdecydowanie gorsze od poprzednika, gdyby nie Renewal i Cause For Conflict, album byłby najprawdopodobniej najsłabszy spośród krążków tej grupy. Największą zaletą tego albumu są niektóre riffy, choć nie sądzę że jest to jakieś wielkie wyróżnienie. Niestety jest to spadek poziomu w porównaniu do poprzedniego krążka, album jest niczym rollercoaster. Pomimo, że płyta zapowiada zmiany na lepsze, to i tak jest to jedno z gorszych wydawnictw Kreatora; cechuje ją niepokojąca przeciętność. Chłopaki z Kreatora nie wiedzą jeszcze jak utrzymać słuchacza w zainteresowaniu, większość utworów nudzi się po dwóch/trzech przesłuchaniach. Album przypomina mi trochę wczesną wersję Coma Of Souls, mało ma wspólnego ze swoim następcą, Extreme Aggression. Niektórym może to być nawet krążek warty jednego przesłuchania. Aby tego uniknąć, polecałbym w pierwszej kolejności zapoznać się z Terrible Certainty, dopiero potem słuchać pozostałych krążków Kreatora. Na początku grupa wita nas przyjemnym, typowo thrashowym numerem: Blind Faith. Przy dwójce Kreator zaczyna mocniej się rozkręcać; w głośnikach lecą dwa wpadające w ucho utwory będącymi ciekawymi rozwiązaniami na koncerty: Storming With Menace i Terrible Certainty. Przy czwórce Kreator nieco spada z poziomu prezentując bardzo przeciętny numer: As The World Burns. Chłopaki wracają do formy przy Toxic Trace; jest to kolejna, thrashowa młóćka wykonana z sercem. No i niestety, po tym chłopaki popadają w przeciętność: lecą No Escape i One Of Us. W przypadku Behind The Mirror do odsłuchania utworu zachęca jeszcze dobre intro w stylu Coma Of Souls, choć w dalszej części jest tylko gorzej. Na koniec dostajemy trzy, dobre bonusy: Impossible To Cure, Lambs To The Slaughter będące coverem Raven i Gangland grupy Tygers Of Pan Tang.

Na płycie znajdują się przyzwoite teksty. Mille Petrozza udowadnia, że potrafi się zainspirować. Przekaz jest jak najbardziej pozytywny. W tekstach na tym albumie najczęściej mowa jest o ludzkiej nierówności i głupocie, konfliktach wojennych i końcu świata. Blind Faith jest historią prześladowania chrześcijan w Starożytnym Rzymie. W utworze zostały opisane brutalne egzekucje wiernych i pokazy na arenie z lwami. Storming With Menace jest o żołnierzach, którzy w trakcie szkolenia uczeni są brutalności i bezwzględności wobec wrogów. Terrible Certainty jest o końcu świata spowodowanym przez epidemię śmiercionośnej choroby. W utworze został opisany strach człowieka przed wyginięciem. As The World Burns jest o końcu świata spowodowanym przez wybuch konfliktu obejmującego całą planetę. Toxic Trace opowiada historię świata zniszczonego przez odpady radioaktywne. No Escape skierowane jest do człowieka, który spędził młodość w poprawczaku. Trafił tam z powodu dokonywania gwałtu na młodych dziewczynach. One Of Us opowiada historię dwóch osób, które honorowo pojedynkują się ze sobą przy użyciu pistoletów. Osoba mówiąca rozmawia z przeciwnikiem przed rozpoczęciem pojedynku. Behind The Mirror jest skierowane do człowieka chorego na depresję, który próbował rozpocząć nowe życie uciekając od przeszłości. Adresat niegdyś ślepo wierząc, że uda mu się pozbyć dawnego życia dowiaduje się, że to co się dzieje obecnie jest jeszcze gorsze od przeszłości. Impossible To Cure i Gangland są skierowane do osoby, która wpadła w złe towarzystwo. Podmiot liryczny stara się uświadomić nieszczęśnikowi, że popełnił błąd. Ostatecznie kierowane słowa nic nie znaczą. Lambs To The Slaughter jest o ludziach, którzy trafili do więzienia za niewinność. W więzieniu stracili zmysły, przyzwyczaili się do odsiadki.

Podsumowując, Terrible Certainty jest średnim albumem. W porównaniu do poprzednika, płyta wypada dużo gorzej. Choć najbardziej rzucającymi się w uszy cechami są przeciętność i niedopracowanie, to jednak da się znaleźć w niej zalety. Przede wszystkim pierwszy kontakt z tym albumem jest najlepszy; nie dość, że usłyszymy całkiem przyzwoite riffy w części utworów, to jeszcze płyta nieźle wciągnie... dopóki nie poznamy pozostałych albumów. Jest to jak najbardziej przeciętna, thrashowa płyta; polecam jak najbardziej osobom niezapoznanym z Kreatorem i kolekcjonerom, ci którzy poznali Pleasure To Kill z pewnością będą mieli trudności w zapoznaniu się z Terrible Certainty. Choć jest to jedno z gorszych dzieł Kreatora, mógłbym zaliczyć je jako swoje guilty pleasure.

Zalety:
- Bardzo dobre teksty
- Wpadające w ucho riffy
- Przekaz
- Płyta jest wciągająca
- Bardzo dobre bonusy

Wady:
- Niedopracowane kompozycje
- Spadek poziomu w porównaniu do poprzedniego albumu
- Przeciętność


Okładka: 7,5/10
Teksty: 9/10
Kompozycje: 6,5/10

Ogólna ocena: 6,5/10


Konfrontację wygrywa album: Phantasmagoria. Debiut brazylijskiej grupy The Mist znacząco przebił trzecią płytę Kreatora. W przeciwieństwie do Terrible Certainty, Phantasmagoria miała lepsze kompozycje i okładkę, teksty zostały stworzone na podobnym poziomie.

13 listopada 2015

Recenzja: Havok - Point Of No Return


Witam w kolejnej recenzji. Prędzej czy później musiałem się dorwać do tej EP-ki Havoka. Czemu nie zdecydowałem się o niej opowiedzieć przy okazji Time Is Up? Podobnie jak w przypadku albumów Obsessed By Cruelty i In The Sign Of Evil Sodomu, między dwoma płytami widać znaczną różnicę. Oba nagrania znacząco różnią się między sobą stylem i brzmieniem, nawet pomimo tego, że dzieli je tylko rok czasu. Za chwilę dam wam znać, czy warto się z tym dziełem zapoznać, pomimo tego że jest to Extended Play. Przed wami: Havok - Point Of No Return.

Point Of No Return jest drugim EP amerykańskiej grupy thrashmetalowej Havok. Został wydany 22 maja 2012 roku nakładem Candlelight Records. Płyta ta pojawiła się rok po wydaniu Time Is Up, ostatecznie utwory z niej nie pojawiły się na wersji bonusowej wcześniej wydanego longplay'a (prócz jednego). Album jest jedną z tych płyt, która dzieli fanów kapeli. Jedni uważali, że drugie EP Havoka jest świetne, inni uznali to za nieporozumienie.

Okładka drugiego Extended Play Havoka budzi moje skojarzenia z The Sound Of Perseverance Death'u, oraz The End Complete i Frozen In Time Obituary. Wyżej przedstawione kapele dość często na swoich okładkach prezentowały krajobrazy. Na Point Of No Return przedstawiony jest obraz krainy przypominającej miejsce nie z tego świata. Widzimy kamienne góry z czerwonej skały, pomarańczowe niebo, rozpadliny, a także przewrócony drogowskaz z tytułem albumu. Patrząc na grafiki albumów Extended Play mam wrażenie, że do tego typu wydawnictw nie trzeba dawać zbyt rozbudowanych okładek. Havok poszedł w trochę inną stronę, obraz tej płyty wygląda jakby zdobił longplay'a. Niby nie jest to złe, aczkolwiek nie byłbym zdziwiony, gdyby słuchacz spodziewał się płyty rozbudowanej i długiej.

Wybrane oceny z Metal Archives:

- 6,5/10 - Brainded Binky
- 8/10 - hells_unicorn
- 8/10 - Roswell47
- 5,5/10 - VilliThorne


Lista utworów:

1. Point Of No Return
2. From The Cradle To The Grave
3. Arise
4. Postmortem/Raining Blood


Za chiny nie rozumiem Havoka. Tak samo jak w przypadku In The Sign Of Evil po tej płycie spodziewałbym się świetnego kandydata na trzeci album studyjny. Point Of No Return znacząco różni się stylem i brzmieniem od drugiego albumu studyjnego tej kapeli. Gdyby nie to, że Point Of No Return jest EP-ką, najprawdopodobniej przebijałby pozostałe płyty tego wykonawcy. Trochę byłem zirytowany tym, że Havok postanowił zmienić swoje brzmienie na następnym albumie grupy, Unnatural Selection; liczyłem na to, że chłopaki zagrają podobnie jak tutaj. Zarówno trzecia płyta Havoka jak i Point Of No Return mają pewną wspólną cechę: dojrzałość i rasowe brzmienie. Album cechuje ciekawy klimat i bardzo dobre kompozycje, płyty słucha się z przyjemnością. Mamy tu dwa świetnie zagrane numery: tytułowe Point Of No Return oraz From The Cradle To The Grave; pod trójką znajduje się zajebiście zagrany cover Sepultury, Arise. Czwórka pojawiła się na wersji bonusowej Time Is Up: Postmortem/Raining Blood będące coverem Slayer'a. Oczywiście jak możecie się domyśleć, dużą wadą tej płyty jest jej długość.

Jeżeli zapoznaliście się z pozostałymi recenzjami Havoka na naszym blogu, to zapewne wiecie jaką mamy opinię na ich temat. Chłopaki z Davidem Sanchezem na froncie wiedzą o czym mają pisać i jak mają to robić, grupa wkłada dużo trudu w przekazanie ważnej wiadomości światu. W większości teksty na tym albumie opierają się na temat marnej egzystencji człowieka na ziemi, oraz wyzysku ludzi słabszych. W utworze Point Of No Return grupa wzywa ludzkość do zaprzestania korzystania z dóbr ziemi przed ich wyczerpaniem. Chłopaki z Havoka przypominają, że tego typu praktyki mogą doprowadzić do końca świata. W utworze From The Cradle To The Grave grupa oddaje hołd gladiatorom walczącym na arenach Starożytnego Rzymu. Arise jest o złu i okropieństwach wojny. Postmortem opowiada historię człowieka, który obudził się w grobie. Został on pochowany żywcem z powodu pomyłki. Raining Blood jest o człowieku, który trafił do czyśćca. Podmiot liryczny uważa, że został potraktowany przez boga niesprawiedliwie, co spowodowało u niego żądzę zemsty.

Podsumowując, Point Of No Return to bardzo dobra EP-ka. Grupa wydała album z dużym potencjałem na longplay pisząc bardzo dobre kompozycje z rasowym, thrashowym brzmieniem i klimatem. W porównaniu do pozostałych płyt tego wykonawcy, Point Of No Return dużo łatwiej zapada w pamięć za sprawą ciekawych riffów. Teksty napisane przez grupę z Davidem Sanchezem na froncie również zrobiły pozytywne wrażenie. Niektórym Point Of No Return może być płytą wartą jednego przesłuchania, warto jednak docenić tą kapelę za starania i serce włożone w wykonanie krążka. Dziwi mnie fakt, że nikt nie zapytał chłopaków z Havoka dlaczego nie zdecydowali się wydać longplay'a zawierającego te utwory.

Zalety:
- Bardzo dobre kompozycje
- Dobrze napisane teksty
- Okładka
- Przekaz
- Bardzo dobre riffy
- Rasowość i dojrzałość
- Klimat
- Album zapada w pamięć

Wady:
- Ilość utworów

Okładka: 8/10
Teksty: 9/10
Kompozycje: 7,5/10

Ogólna ocena: 7,5/10

9 listopada 2015

Konfrontacja: Machine Head - Supercharger vs Virgin Snatch - In The Name Of Blood


Witam w kolejnej konfrontacji. Jak już kiedyś mówiłem, konfrontacje robione przez nas są ostatnio poddawane selekcji. Obecnie nie zestawiamy ze sobą zespołów, które na pierwszy rzut oka mogą być podobne, a w rzeczywistości znacząco się różnią między sobą. W tym przypadku jest raczej odwrotna sytuacja od tej przedstawionej przeze mnie - obie kapele na początku nie mają ze sobą nic wspólnego, dopiero gdy się im przyjrzymy wydają się być godnymi rywalami. Wykorzystałem do tej konfrontacji niedokończoną recenzję zespołu Machine Head, którą początkowo planowałem na lipiec 2014. Z odsieczą przychodzi mi zespół Virgin Snatch będący dość podobną kapelą do wcześniej wspomnianej formacji groovemetalowej z ameryki. Jak ta konfrontacja się potoczy? Zobaczcie sami. Przed wami: Machine Head - Supercharger vs Virgin Snatch - In The Name Of Blood.


Machine Head - Supercharger


Supercharger jest czwartym albumem studyjnym amerykańskiej grupy groovemetalowej Machine Head. Został wydany 2 października 2001 roku nakładem Roadrunner Records. Po nawet udanej próbie bycia nowoczesnym, Machine Head szuka swojego stylu. Chłopaki eksperymentują z brzmieniem, starają się połączyć nu metal znany nam z The Burning Red z groovemetalem granym ostatnio przez Machine Head w połowie lat 90-tych. Album nie odniósł tak dużego sukcesu jak poprzednik, krążek sprzedał się w nakładzie 45 tysięcy egzemplarzy na terenie USA.

Album zdobią dwie okładki. Na obu zostało przedstawione coś odmiennego od tytułowego Supercharger'a (pompy powietrza, sprężarki). W ich przypadku nie ma różnicy która jest lepsza, gdyż są do siebie bardzo podobne. Na obu widzimy coś, co przypomina generator prądu na którym powstało spięcie. Patrząc na nią można się domyśleć, że lider grupy nie przywiązywał uwagi do przekazu jaki mogłaby kryć okładka. Prawdopodobnie lider Machine Head uważał, że grafika nie musi zawierać jakiegoś istotnego przekazu, ważne że po prostu zdobi płytę. Nie licząc pewnych wyjątków (np. Burn My Eyes i The Burning Red), okładki tych groovemetalowców zawsze miały jakiś przekaz, tutaj mamy zwykłą ozdobę.


Wybrane oceny z Metal Archives:

- 4,5/10 - darkreif
- 0,75/10 - UltraBoris
- 4,5/10 - Tymell
- 3,75/10 - gasmask_colostomy


Lista utworów:

1. Intro (Declaration)
2. Bulldozer
3. White-Knuckle Blackout!
4. Crashing Around You
5. Kick You When You're Down
6. Only The Names
7. All In Your Head
8. American High
9. Brown Acid
10. Nausea
11. Blank Generation
12. Trephination
13. Deafening Silence
14. Supercharger
15. Hole In The Sky
16. Ten Fold


Pomimo wielu negatywnych recenzji i kiepskich wyników sprzedaży, płyta nie jest tak zła jak ją opisują. Jest to jeden z najgorszych krążków Machine Head, mógłbym to nazwać jako swoje guilty pleasure; zdecydowanie bardziej wolę to od przereklamowanego The Burning Red. Płyta nie miała żadnego potencjału na coś wielkiego, można spokojnie ją porównać do dzieł Ektomorfa, który został skazany na bycie zespołem trzymającym się z dala od legend. Jest to po prostu album mający odpowiadać trendom, chłopaki z Machine Head nawet nie chcieli stworzyć czegoś oryginalnego. Jak już mówiłem nie jest to zły krążek, aczkolwiek nie jest tak profesjonalny jak każda następna pozycja tej grupy. Płyta ma jednak zalety: Machine Head ma wyjątkowo dużo energii, muzyka wpada w ucho; płytę dodatkowo cechuje klimat bliski temu do Through The Ashes Of Empires. W takim razie warto zapoznawać się z tą płytą? Osoby znające Machine Head (z wyjątkiem tej płyty) nic nie tracą, ci co słuchali tej grupy od początku do końca wiedzą, czego mogli się spodziewać na następnej płycie. Zdecydowanie warto się zapoznać z tym albumem. Na początku witani jesteśmy przez dziwaczne intro nazwane Declaration. Później dostajemy trzy, bardzo dobre numery: Bulldozer, White-Knuckle Blackout! i singiel o tytule Crashing Around You. W dalszej kolejności dostajemy jeden z ostrzejszych numerów na płycie: Kick You When You're Down. W następnej kolejności dostajemy całkiem niezłą balladę zapowiadającą swoim stylem Through The Ashes Of Empires: Only The Names. Po tym utworze dostajemy średni utwór z dobrym refrenem: All In Your Head. W dalszej kolejności jest mój faworyt: American High; lubię ten utwór za energię i klimat. Dalej jest nudne intro Brown Acid, po czym dostajemy energiczny numer o tytule Nausea. Później dostajemy ponury, choć szybko nudzący się kawałek nazwany Blank Generation. Pod koniec wersji bez bonusów jest seria bardzo dobrych kawałków: szybkie, energetyzujące Threpination, świetna ballada Deafening Silence i podsumowujące płytę Supercharger. Dwa ostatnie numery to bonusy. Na początku dostajemy Hole In The Sky Black Sabbath przerobione na industrial; później słyszymy energiczne Ten Fold. Szczerze powiedziawszy wolałbym, żeby to ballada Deafening Silence była na końcu.

Teksty są lepsze w porównaniu do poprzednika. Jak już mówiłem wcześniej, Machine Head stworzyło album nowoczesny, toteż styl pisania został zmieniony. Rob Flynn napisał większość tekstów w języku potocznym, co dla mnie jest sporą wadą. Nie żebym uchodził za sztywniaka, ale do groove metalu po prostu taki styl nie pasuje! Jeżeli już Rob Flynn wymyśla utwory na poważne tematy, to niech pisze swoim językiem, a nie próbuje udawać młodzież, lub pisze byle gówno w stylu Limp Bizkit! Dla odmiany przekaz był całkiem dobry, nie miałem się zbytnio do czego czepiać. W większości Rob Flynn śpiewa o spełnianiu marzeń, dążeniu do celu po trupach i o cierpieniu. Raz na jakiś czas pojawia się tekst o tematyce wojennej, choć na tym albumie jest to raczej rzadkość. W Bulldozer Rob Flynn namawia fanów do pozbywania się ograniczeń w celu lepszego życia. White-Knuckle Blackout! poświęcone jest hormonowi walki - adrenalinie. Wokalista wychwala jego działanie, opowiada o jego pozytywnym wpływie na organizm. W Crashing Around You podmiotem lirycznym jest fałszywy przyjaciel pewnej osoby. Osoba mówiąca opowiada o tym, jak czerpie radość z cierpienia innych. Dość podobny przekaz do poprzedniego numeru mają Kick You When You're Down i Blank Generation. Mowa jest tu o ludziach z niższych sfer gnębionych przez tych "lepszych". Rob Flynn namawia ofiary uprzedzeń do nie poddawania się, pomimo ciężkiej sytuacji. Only The Names jest numerem poświęconym osobom uzależnionym od narkotyków. Podmiotem lirycznym jest nałóg, który doprowadził zwyczajną osobę na dno. Celem wokalisty było zachęcenie osób uzależnionych do walki z nałogiem. W All In Your Head wokalista kieruje swoje słowa do osoby przegranej po walce. Podmiot liryczny namawia ją, aby nie przejmowała się docinkami innych i spróbowała walczyć dalej. W American High Rob Flynn opowiada fanom o swoim dzieciństwie. Był to czas, gdy był nierozumiany przez innych, denerwowało go to, że nikt nie pozwalał mu na spełnianie marzeń. Nausea i Ten Fold skierowane są do osoby, która dla własnych zachcianek zdradziła swoich przyjaciół. Po jakimś czasie adresat żałował swojej decyzji z powodu popadnięcia w życiowe kłopoty. W Trephination po raz kolejny wokalista nawiązuje do swojego dzieciństwa. Rob Flynn opowiada o tym, jak w wieku pięciu lat był molestowany, mówi o utraconej niewinności. W Deafening Silence podmiotem lirycznym jest człowiek chory na depresję. Użala się on nad swoim losem, nawet pomimo tego, że najbliższa mu osoba chce mu pomóc. Supercharger wydaje się parodiować przekaz albumów Fear Factory. W utworze Machine Head wychwala swoją muzykę ponad wszystko, porównuje jej siłę do prądu elektrycznego. Grupa dziękuje fanom za motywację do działania. W Hole In The Sky jest mowa o pozytywnych aspektach życia po życiu. Podmiot liryczny jest zadowolony z tego, że wszystkie jego problemy zniknęły na zawsze z powodu śmierci.

Podsumowując, pomimo bycia najsłabszym albumem Machine Head, Supercharger daje się słuchać. Nie jest to zły krążek, aczkolwiek dla fanów tej kapeli poziom płyty jest zatrważająco niski. Kompozycje napisane przez grupę były trochę niedopracowane, choć dało się ich słuchać. Na korzyść tej płyty działa żywiołowość, energia, przebojowość i ciekawy klimat. Dla odmiany, teksty były najgorszą zmorą tej płyty. W czasie gdy przekaz był pozytywny, potoczny i prymitywny język psuł przyjemność ze słuchania tego, co Rob chce nam powiedzieć. Takie gadanie zostawmy chłopakom z ulicy produkującym muzykę dla czarnuchów. Nie polecam albumu osobom oczekującym od Supercharger'a poziomu The Blackening lub Through The Ashes Of Empires. Dla większości jest to płyta na jeden raz, choć w moim odtwarzaczu krążek wylądował całkiem sporo razy.

Zalety:
- Przekaz
- Żywiołowość i energia
- Przebojowość
- Riffy wpadające w ucho
- Klimat
- Nowoczesne brzmienie

Wady:
- Brak różnorodności
- Kiepskie intra
- Budowa tekstów


Okładka: 7,5/10
Teksty: 6/10
Kompozycje: 7/10

Ogólna ocena: 6,5/10



Virgin Snatch - In The Name Of Blood



In The Name Of Blood jest trzecim albumem studyjnym polskiej grupy thrashmetalowej Virgin Snatch. Został wydany 20 listopada 2006 roku nakładem Mystic Production. Płyta powstała rok po stworzeniu Art Of Lying. Po jej wydaniu z kapeli odchodzi basista Tomasz Pukacki (tak, ten z Acid Drinkers) występujący z grupą od 2003 roku. Panowie sprawdzają następców Titusa, gdy w końcu trafiają na Piotra Wącisza grającego z Virgin Snatch z przerwami do dziś. Płyta została nagrana w białostockim studiu Hertz.

Okładka została stworzona przez artystę o pseudonimie Seth. Trudno określić co jest przedstawione na grafice; na pierwszym planie widzimy zamaskowanego faceta w koszuli i krawacie. W tle przedstawiona jest jakaś hala, w której widzimy dwóch gości przypominających wyżej przedstawionego mężczyznę. Nie za bardzo wiem o co chodzi w tej grafice, widać że kryje się za nią jakiś przekaz. Widać, że osoba w centrum ma zaplamioną krwią koszulę; możliwe, że panowie z Virgin Snatch odwołują się do iluminatów, ewentualnie władzy która eliminuje niewygodnych jej ludzi? Nie zdziwiłbym się, gdyby właśnie o to chodziło panom z Virgin Snatch. Tak czy siak design okładki mi się nie podoba, grafika jest nieczytelna i dość słabo narysowana. Panowie z Virgin Snatch na pewno nie szukali kogoś, kto stworzyłby im okładkę po taniości. Polecałbym wynająć artystę, który stworzyłby coś ładniejszego i bardziej czytelnego.


Wybrane oceny z różnych serwisów:

- 9,25/10 - Metal Archives
- 8/10 - Teraz Rock
- 9/10 - Rockmetal.pl
- 10/10 - Brutalland
- 9/10 - Metalhammer


Lista utworów:

1. State Of Fear
2. Purge My Stain!
3. Bred To Kill
4. IV - Vote Of No Confidence
5. In The Name Of Blood
6. Omniscientia
7. Diminished Responsibility
8. You Know Where
9. Devoted Royality


Czym by było Machine Head, gdyby grało thrash/death metal? Nie zdziwiłbym się, gdyby kapela Roba Flynna wyglądała właśnie tak. Początkowo myślałem, że Virgin Snatch powstało jako coverband groovemetalowców z ameryki, ostatecznie na wiki znalazłem notkę mówiącą, że Virgin Snatch starało się pozbyć przydomku "polski Testament". Nie wiem ile jest w niej prawdy, wiem tylko tyle, że obecnie nasi rodacy brzmią jak kapela Roba Flynna. Nie jest to jednak wada, każda grupa metalowa ma jakieś inspiracje. Pomimo niezbyt wielu lat na karku, chłopaki potrafią pisać muzykę. Trochę jak w przypadku panów z Machine Head, muzyka Virgin Snatch cechuje się brutalnością i pięknem. Choć nie mają wielkiej popularności, tworzą dość profesjonalne dzieło. Bardzo lubię gitary na tym albumie, nastrojone na niskie tony nadają muzyce klimatu; warto również wsłuchać się w rasowe solówki i riffy. Agresywna perkusja również zrobiła na mnie dobre wrażenie, Jacek Nowak najprawdopodobniej uczył się od najlepszych w swoim fachu. Pomimo typowo thrashowego stylu gry możemy usłyszeć deathmetalowe growle. Trochę jak Burton C. Bell z Fear Factory w pierwszych latach tej formacji Łukasz Zieliński pokazuje, że potrafi połączyć ciężki wokal z czystym śpiewem. Jakieś wady? Panowie z Virgin Snatch pomimo całkiem sporej ilości dobrych numerów czasem stworzą coś bardziej nudnawego. W paru miejscach dokuczył mi kiepski miks (w szczególności w You Know Where, gdzie wokal był znacznie głośniejszy od gitary). Pomimo tych wad, płytę Virgin Snatch można określić jako ponadprzeciętną. Na początku nasi rodacy dają nam solidną porcję mięcha do opierdolenia: w głośnikach leci typowo thrashowe State Of Fear. W dalszej części leci kolejny niezły numer o tytule Purge My Stain!. Przy trójce dostajemy numer zdecydowanie bardziej w stylu Machine Head; jest to za razem mój faworyt i pierwszy utwór tej formacji jaki poznałem: Bred To Kill. W dalszej kolejności jest już nieco gorszy, aczkolwiek dalej niezły kawałek IV - Vote Of No Confidence. Pod piątką znajduje się prawdopodobnie najlepszy numer na płycie, tytułowy In The Name Of Blood. Chłopaki po raz kolejny przyspieszają granie na Omniscientia. Po tak dużej porcji dobrych numerów dostajemy słabszy numer: Diminished Responsibility. Później jest dobra, choć kiepsko zmiksowana ballada You Know Where, natomiast płytę kończy w kiepskim stylu nudny utwór Devoted Royality.

Teksty zostały dobrze napisane. Do ich budowy i tematyki nie ma co się czepiać. Płyta wydaje się być albumem koncepcyjnym, większość tekstów dotyczy chorej polityki, skorumpowanej władzy, a nawet sytuacji w naszym kraju! Virgin Snatch w wielu utworach krytykuje ludzkość za prowadzenie wojen, niezgranie się w sprawie wyboru władz kraju, oraz samych rządzących za oszukiwanie innych. W State Of FearPurge My Stain!Omniscientia i Diminished Responsibility wypowiada się człowiek chcący walczyć z rządem pomimo strachu. Oznajmia on władzy, że kraj w którym żyje nie da się łatwo oszukać. Bred To Kill skierowane jest do dyktatora, który tworzy kraj wojskowy. Podmiot liryczny chciałby mu powiedzieć, że to nie na tym życie polega. IV - Vote Of No Confidence i Devoted Loyality skierowane są do polskich władz. Osobę mówiącą denerwuje sytuacja w naszym kraju, irytuje ją brak możliwości zmian i zagłosowanie na kogoś wiarygodnego z powodu brak zgrania narodu. Podmiot liryczny wytyka władzom dążenie do upadku kraju. W In The Name Of Blood osoba mówiąca krytykuje ludzkość za usilne dążenie do władzy, chęci prowadzenia wojen i posiadania bogactwa. You Know Where dla odmiany jest utworem, w którym podmiot liryczny przeżywa śmierć bliskiej osoby. Postać ta jest tak przerażona stratą, że kieruje słowa nienawiści do boga, który przyjmuje zmarłych nie chcąc ich później oddać. 

Podsumowując, In The Name Of Blood jest bardzo dobrą płytą. Album został wykonany z sercem, Virgin Snatch udowodniło, że potrafi grać równie dobrze jak profesjonaliści. Pomimo pewnych wad, płyta jest ponadprzeciętna. Kompozycje zostały wykonane z sercem, pomimo niezbyt dużego doświadczenia panowie z Virgin Snatch udowodnili, że są przyszłością polskiego thrashu. Świetne wrażenie zrobiły na mnie gitary, nie tylko dobrze brzmią, ale grają porządne riffy i ciekawe solówki. Płyta ma w sobie nie tylko brutalność, ale i piękno. Przekaz i styl pisania tekstów również wywarły na mnie pozytywne wrażenie, z pewnością ludziom powinien spodobać się fakt, że chłopaki z Virgin Snatch poświęcają niektóre numery sytuacji w Polsce! Polecam album fanom nie tylko fanom Machine Head, ale i osobom lubiącym muzykę będącą na pograniczu thrash i death metalu.


Zalety:
- Bardzo dobre kompozycje
- Dobrze napisane teksty
- Przekaz
- Bardzo dobre brzmienie gitar
- Połączenie brutalności i piękna
- Wokal Łukasza Zielińskiego
- Album zapada w pamięć

Wady:
- Lekka monotonia w niektórych momentach
- Okładka
- Pod koniec album zaczął się psuć

Okładka: 5,5/10
Teksty: 9,75/10
Kompozycje: 8,25/10

Ogólna ocena: 8,5/10


Konfrontację wygrywa album: In The Name Of Blood. Płyta Virgin Snatch została wykonana znacznie bardziej profesjonalnie od dzieła Machine Head. W czasie gdy In The Name Of Blood przewyższało Supercharger'a jakością wykonania tekstów i kompozycji, album grupy z Robem Flynn'em na czele miał lepszą okładkę.

Obserwuj nas!