Wyszukaj

16 lipca 2015

Konfrontacja: Death - Spiritual Healing vs Morbid Angel - Altars Of Madness


Witam w kolejnym remake'u. Z tego wpisu jestem zadowolony tylko częściowo. Nie chodzi już o to, że przyznaję rację ludziom niezadowolonym z werdyktu owej konfrontacji, niedawno uświadomiłem sobie, że trochę źle do wyżej wspomnianych albumów podszedłem. Nie dość, że źle je dobrałem, to jeszcze oceniłem lepiej jedną z gorszych płyt Chucka Schuldinera wyżej od najlepszego dzieła Morbid Angel niezbyt dobrze to uzasadniając. Mam nadzieję, że dzisiaj odkupię swoje winy. Przed wami pierwszy połowiczny remake: Death - Spiritual Healing vs Morbid Angel - Altars Of Madness.


Death - Spiritual Healing


Spiritual Healing jest trzecim albumem studyjnym amerykańskiej grupy deathmetalowej Death. Został wydany 16 lutego 1990 roku nakładem Combat Records. Po wydaniu Leprosy standardowo w składzie grupy dochodzi do zmian. W roku 1988 zostaje zatrudniony na stałe basista Terry Butler, rok później dołącza do składu dołącza jeszcze nikomu nieznany gitarzysta James Murphy. Album nie został tak ciepło przyjęty jak Leprosy i Scream Bloody Gore, z czasem jednak Spiritual Healing zostało bardziej docenione przez fanów. W 2012 roku Relapse Records wydało edycję zremasterowaną albumu zawierającą wersje demo utworów z albumu Human.

Grafika do albumu Spiritual Healing została stworzona przez Eda Repkę, znanego twórcę okładek współpracującego z Death w latach 1987-1990. Znany jest również z pracą z Possessed, Massacre oraz Megadeth. Na grafice widzimy biznesmena, który wmówił naiwnym ludziom, że za ich pieniądze uda się cudem uratować chorego człowieka. Tłum ludzi na drugi planie z radością patrzy w niebo w oczekiwaniu na cud, tymczasem biznesmen szydzi z biedaka na wózku. Chuck podsuwając ten pomysł Edowi Repce chciał, aby okładka ukazywała naiwność, obojętność i ludzką niewiedzę na temat krzywdy, która dzieje się drugiemu człowiekowi. Na grafikę bardzo przyjemnie się patrzy, niesamowite wrażenie robią postacie i ich emocje.

Wybrane oceny z Metal Archives:

- 7,75/10 - MacMoney
- 9/10 - morbert
- 10/10 - draconiondevil
- 9,25/10 - grain_silo
- 9,25/10 - hells_unicorn


Lista utworów:

1. Living Monstrosity
2. Altering The Future
3. Defensive Personalities
4. Within The Mind
5. Spiritual Healing
6. Low Life
7. Genetic Reconstruction
8. Killing Spree

Spiritual Healing jest jednym z gorszych albumów grupy. Szczerze to przyznaję, zawsze perfekcyjny Chuck Schuldiner tym razem popełnił gdzieś błąd. Możliwe że nowy styl grupy się nie sprawdził, ewentualnie produkcja nie poszła tak jak powinna. Tak czy siak, Death spada z poziomu w porównaniu do Leprosy. Owszem, niektóre elementy spieprzone wcześniej zostały poprawione: perkusja lepiej brzmi, gitary są ciężkie jak ciężarówka przewożąca węgiel, utwory są długie i bardzo dobrze skomponowane, a solówki przyjemne. Ponury klimat albumu jest jedną z największych zalet tego dzieła, przez co album daje się łatwo zapamiętać. Z czasem zauważyłem, że Spiritual Healing ma parę cech Cause Of Death Obituary: przesterowany, niski wokal Chucka Schuldinera, ociężałość, brak szybszych numerów i charakterystycznie brzmiąca gitara prowadząca. Jest to dosyć specyficzny album, chociaż nie tak wciągający jak Leprosy. Tak więc tu rodzi się pytanie, czy jest to zły krążek? Wręcz przeciwnie - Spiritual Healing jest bardzo dobre, chociaż nie dorównuje pozostałym dziełom tej grupy. Do mnie album przemówił dosyć późno. Od razu na początku Death zaczyna zdecydowanym numerem: Living Monstrosity. Od dwójki Death zaczyna się rozkręcać: słyszymy ciężkiego potwora o nazwie Altering The Future. Po jakimś czasie chłopaki sieją zniszczenie przy pomocy szybkiego ponuraka o nazwie Defensive Personalities. Czwórka jest ociężałym numerem granym przez pewien czas w tempie breakdown'u: Within The Mind. Przy piątce Death wprawia nasze uszy w orgazm, prezentując kolejny świetny numer Spiritual Healing. Następnie słyszymy dwa ostatnie dobre numery na płycie: Low Life i Genetic Reconstruction. Ostatni utwór na albumie to Killing Spree.

Standardowo teksty Chucka Schuldinera były bardzo dobre. Frontman Death potrafi w bardzo dobry sposób poruszać tematy społeczne. Podobnie jak na Leprosy, Chuck skupia się głównie na tematyce wyzysku jednego człowieka przez drugiego: W utworze Spiritual Healing wokalista porusza temat prowadzenia wojen na tle religijnych. Schuldiner uważa, iż bóg kocha wszystkich ludzi niezależnie od tego jakiego są wyznania. W Defensive Personalities mowa jest o mężczyźnie chorym na schizofrenię. W utworze opisywane są jego uczucia, oraz powód bycia schizofrenikiem. Altering The Future jest o umieraniu jako sposobie na ucieczkę od życia w brutalnym świecie. Living Monstrosity jest o dziecku urodzonym z wadami genetycznymi przez kobietę zażywającą narkotyki w trakcie ciąży. W Within The Mind Chuck zachęca fanów do uczenia się na własnych błędach, przy okazji podając nam zasady jakimi człowiek powinien kierować się w życiu. Low Life skierowane jest do osoby, która w swoim życiu lubi wykorzystywać ludzi próbując się do nich dopasować. W Genetic Reconstruction Chuck Schuldiner krytykuje nadchodzącą technologię, która w przyszłości może doprowadzić do tego, że genetycy będą mogli manipulować genami jak chcą (np. ustalać wygląd dziecka, jego zachowanie eliminując przy tym naturalny proces rodzenia dzieci). Killing Spree jest o pewnym mężczyźnie, który zaczął zabijać bliskich mu ludzi, by rozładować złość jaką w sobie przez długi czas gnieździł.

Podsumowując, Spiritual Healing jest bardzo dobrym albumem. Wprawdzie jest to bez wątpienia jedno z gorszych dzieł kapeli pod dowództwem Chucka Schuldinera. Kompozycje były całkiem ok: album z pewnością przyciągnie słuchacza charakterystycznym klimatem, brutalnymi riffami oraz składem (Terry Butler na basie i James Murphy na gitarze). Do tekstów pisanych przez Schuldinera standardowo nie miałem nic do zarzucenia, są bardzo dobrze napisane, a także dotyczą ważnych społecznych kwestii. Album zdecydowanie zasługuje na uwagę, nawet pomimo tego że w porównaniu do Leprosy jest to zdecydowany spadek poziomu.

Zalety:
- Bardzo dobre kompozycje
- Bardzo dobre teksty i ich przekaz
- Wokal
- Charakterystyczny klimat
- Okładka
- Bardzo dobre riffy i solówki
- Skład

Wady:
- Album nie jest tak dobry jak poprzednie


Okładka: 10/10
Teksty: 10/10
Kompozycje: 9/10

Ogólna ocena: 9,25/10


Morbid Angel - Altars Of Madness


Altars Of Madness jest pierwszym albumem studyjnym amerykańskiej grupy deathmetalowej Morbid Angel. Został wydany 12 maja 1989 roku nakładem Earache Records. Morbid Angel powstało w 1983 pod nazwą Heretic z inicjatywy gitarzysty Treya Azagthotha. Wkrótce do grupy dołączyli Mike Browning (perkusista) oraz Dallas Ward (basista i wokalista). Do czasu rozpoczęcia pracy nad Altars Of Madness skład wielokrotnie się zmieniał. Zanim uformował się ostateczny skład Morbid Angel, przez kapelę przewinęło się jeszcze 6 osób (w tym trzech wokalistów, dwóch basistów i jeden perkusista). Altars Of Madness zostało nagrane w składzie: David Vincent (wokal i bas), Trey Azagthoth (gitara), Pete Sandoval (perkusja) i Richard Brunelle (gitara). Wśród albumów Morbid Angel, Altars Of Madness pozostaje ich najważniejszym dokonaniem. Obecnie krążek należy do klasyków death metalu.

Okładka została stworzona przez Dana Seagrave. Jak wynika z opisu obrazu na stronie artysty, na okładce przedstawione są dusze uwięzione w kamiennym dysku. Przypuszczam, że owy dysk płynie po wodzie. Sam Dan Seagrave wspomina ten obraz jako swoje pierwsze doświadczenie w rysowaniu okładki do deathmetalowego albumu. Szczerze doceniam trud włożony w stworzenie okładki, aczkolwiek nie jestem fanem tego typu obrazów.

Wybrane oceny z Metal Archives:

- 10/10 - NamelessRites
- 7,5/10 - beardovdoom
- 9,75/10 - autothrall
- 9,5/10 - Napero
- 9/10 - CHRISTI_NS_ANITY



Lista utworów:

1. Immortal Rites
2. Suffocation
3. Visions From The Dark Side
4. Maze Of Torment
5. Lord Of All Fevers And Plague
6. Chapel Of Ghouls
7. Bleed For The Devil
8. Damnation
9. Blasphemy
10. Evil Spells

Zapewne wielu współczesnych fanów zarówno Morbid Angel jak i death metalu rozpoczynało swoją przygodę od Altars Of Madness. Co się dziwić, jest to doceniony album w świecie muzyki metalowej, nie bez przyczyny zresztą. Altars Of Madness przypominało mi trochę twórczość Deicide i Cannibal Corpse; za czasów pierwszego podejścia do Spiritual Healing i Altars Of Madness (data remake'u: 10 marzec 2016) miałem wrażenie, że death metal przełomu lat 80-tych i 90-tych to prymitywne granie, ostatecznie jednak przekonałem się do tego recenzując kilka innych tego typu pozycji. Na albumie dominuje mroczna atmosfera, muzyka jest agresywna i brutalna; bardzo lubię te cechy w muzyce metalowej. Nie przepadam zbytnio za albumami które są jedynie napierdalaninami bez serca, czasem wolę usłyszeć pośród chaosu i monotonii jakiś utwór instrumentalny, ewentualnie jakiś numer z wpadającym ucho riffem. Do blastbeat'owych wpierdoli nic nie mam, świetnie się ich słucha w połączeniu z dobrymi gitarami. Właściwie po co ja to mówię, Altars Of Madness nie jest wyłącznie graniem wykonanym na pół gwizdka. Altars Of Madness spełniło w tym przypadku moje oczekiwania, nawet polubiłem tą płytę. Od czasu do czasu zapodam ją sobie, ciesząc się świetnie brzmiącymi gitarami z wah-wahem, dobrymi riffami (które na początku nazwałem "średniawymi" <facepalm>) i blastami napierdalającymi w ich tle. Muzyka zagrana przez Morbid Angel z pewnością była inspirowana Slayerem i Possessed, dla mnie jednak nie jest to powód do krytyki. Oj no nie obrażajcie się na mnie, każdy ma prawo zmienić zdanie ;) A jednak bez wad się nie obyło; album w pewnym momencie zaczął się psuć, pod koniec chłopakom z Florydy prawdopodobnie zabrakło pomysłów na tworzenie muzyki. Morbid Angel od razu na początku daje serię świetnych numerów: Immortal Rites budujące klimat zwolnieniem z keyboard'ami, jest też szybkie Suffocation i Visions From The Dark Side przypominające bardzo twórczość Possessed. Maze Of Torment wita nas świetnym intrem w stylu Hell Awaits Slayera, z czasem utwór wcale nie wypada gorzej. Lords Of All Fevers And Plague tak samo jak Visions From The Dark Side skojarzyło mi się mocno z Possessed. Chapel Of Ghouls wypada najlepiej obok Immortal Rites i Suffocation, numer został napisany na równie wysokim poziomie jak wyżej wspomniana dwójka. No i niestety, od tej pory Altars Of Madness się psuje. Muzyka zaczyna zwyczajnie nudzić, chłopaki wkładają wyraźnie mniej serca w tworzenie utworów. Pod numerem siódmym znajduje się prymitywna napierdalanina o tytule Bleed For The Devil. Brzmi to trochę jak Slayer na kilku Redbullach. Przy Damnation zespół ponownie nieco zwalnia; muzyka nie jest jednak równie interesująca jak w przypadku pierwszej szóstki. Ostatecznie słychać jednak przebłyski wydanego 4 lata później Covenant. Blasphemy praktycznie niczym nie różni się od niedawno wspomnianego Bleed For The Devil. Jest to nudny jak flaki z olejem, naelektryzowany napierdalacz. O dziwo, pod sam koniec Morbid Angel wraca do bardzo dobrego poziomu pierwszych sześciu utworów; w głośnikach leci bardzo dobry kawałek Evil Spells.

Teksty Morbid Angel niezbyt przypadły mi do gustu. Wprawdzie zostały one dobrze napisane, jednak za mało jest w nich różnorodności. Wydaje mi się, że Altars Of Madness jest albumem koncepcyjnym, na którym wszystkie utwory są na temat satanizmu. Nie żebym się czepiał do tej tematyki, ale według mnie jest tego trochę za dużo. Chapel Of Ghouls jest o ghulach, które wyszły z czeluści piekieł aby niszczyć kościoły. Immortal Rites jest o czarnej mszy mającej dać nieśmiertelność osobom odprawiającym ją. Ludzie biorący w niej udział przygotowują się na nadchodzący koniec świata. Utwór Lord Of All Fevers And Plague jest poświęcony demonowi Pazuzu. Damnation jest o przeprowadzeniu ataku demonicznych sił na chrześcijaństwo.

Podsumowując, Altars Of Madness to bardzo dobra płyta. Początkowo debiut Morbid Angel nie przypadł mi do gustu, nie zdziwiłbym się, gdybym recenzując Ołtarze Szaleństwa wcześniej, miał na nie wyjebane. Jak mogłem być tak głuchy, że nie potrafiłem ocenić tej płyty jak należy? Większość utworów zostało wykonanych na przyzwoitym poziomie, pomiędzy szybkimi napierdalaninami znajdziemy mnóstwo świetnych riffów, zwolnień, sekwencji. Na korzyść albumu wychodzi także klimat i agresja na poziomie ekspert. Teksty zostały dobrze napisane, irytował mnie jednak jednolity przekaz chłopaków z Morbid Angel. Recenzując Covenant byłem zadowolony z podniosłości warstwy lirycznej, tutaj po prostu coś nie pykło. Polecam album fanom twórczości Deicide, im ten krążek powinien przypaść do gustu.

Zalety:
- Bardzo dobre kompozycje
- Klimat
- Świetne brzmienie
- Przyzwoite riffy
- Bardzo dobry skład zespołu
- Agresja i brutalność

Wady:
- Dało się znaleźć gorsze utwory na płycie
- Czasem płyta robiła się zbyt chaotyczna
- Teksty stworzone bez polotu

Okładka: 7,5/10
Teksty: 6,5/10
Kompozycje: 9/10

Ogólna ocena: 8,75/10


Dzisiejszą konfrontację wygrywa album: Spiritual Healing. Choć debiut Morbid Angel siedział trzeciej płycie Death na ogonie, zespół Chucka wygrał to starcie prezentując lepszą okładkę i teksty. Oba zespoły napisały kompozycje na równie dobrym poziomie.

4 komentarze:

  1. Czyli regres grupy Death w postaci słabo wyprodukowanego thrashowego popierdywania, jakim jest "Spiritual Healing", okazuje się być lepszy i o wiele ciekawszy od esencjonalnej płyty, która już w 1989 r. wyznaczyła standardy dla śmierć metalu? Ciekawe... Gdyby nie utwór tytułowy, no i może "Low Life", 3. płyta Schuldinera zostałaby zmielona w trybach czasu i skazana na damnatio memoriae. Zresztą, śmiem twierdzić, podobnego zdania był sam Chuck, który zrozumiał, że tak dalej już po prostu się nie da i wypieprzył po jej nagraniu tych wszystkich Andrewsów, Butlerów, Murphych - czyli 3/4 składu, redefiniował styl, obrał nowy kierunek, ku któremu miał zmierzać zespół i zaczął tworzyć albumy, takie jak "Human" czy "Individual Thought Patterns", które pod wieloma względami znacznie różniły się od wcześniejszych dokonań. Pazdro!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie jestem jakimś wielkim fanem Death, ale cenię sobie każdą płytę, nawet "regres w postaci thrashowego popierdywania". Może i był to gorszy album od pozostałych, jednak dla mnie to jest i tak porządny krążek. Pamiętaj jednak, że Chuck Schuldiner często eksperymentował z brzmieniem, tak więc taka była kolej rzeczy, że prędzej czy później stworzy coś zupełnie innego. Co do Altars Of Madness, cenię sobie ten krążek, wierzę również, że Morbid Angel miało ogromny wpływ na death metal. Dla mnie jednak "esencjonalna płyta, która już w 1989 r. wyznaczyła standardy dla śmierć metalu" nie wydała się tak dobra jak ją się opisuje, tak więc jeśli jesteś obrażony tylko dlatego, że nie wystawiłem dziełu Morbid Angel wyższej oceny niż 9/10, to poszukaj jakiejś ciekawszej recenzji na Metal Archives. Pozdrawiam!

      Usuń
  2. Chodzi tylko o to, aby oddać bogom, co boskie, a cesarzowi, co cesarskie. Najzwyczajniej na świecie mam po prostu odmienny pogląd. Pogląd, który wydaje mi się być bliższym prawdy, niż to, o czym dane mi było przeczytać. Bo to rzeczywiście interesujące, aby stawiać wyżej w hierarchii płytę, która jak na ambicje jej twórcy okazuje się być wtórną i wybitnie przeciętną, w dodatku brzmiącą nadspodziewanie słabo i w gruncie rzeczy nie wnoszącą poza tematyką liryków niczego nowego na grunt death metalu ponad album, który mimo upływu 26 lat od premiery do dziś miażdży słuchacza potęgą dźwięku, agresją, techniką i kunsztem wykonania oraz zajmuje czołowe lokaty w różnego rodzaju zestawieniach fanów czy podsumowaniach dziennikarzy piszących na temat gatunku. Żeby było jasne, nie twierdzę, że nie masz prawa oceniać "Altars of Madness" tak, a nie inaczej. Taki jest Twój gust. A że z gustami jest jak z dziurami w dupie - każdy ma własną - to w moim mniemaniu śmierć metal straciłby niewiele, gdyby LP "Spiritual Healing" nigdy nie został wydany i krążył sobie do tej pory w drugim obiegu, jako bootleg zatytułowany np. "Leprosy: The Session Outtakes". Pazdro!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W sumie to razem z kolegą z bloga rozmawialiśmy jakiś czas temu na temat Spiritual Healing. Oceny nie zmienię, ale nie miałbym nic przeciwko, gdyby Spiritual Healing było w rzeczywistości czymś w rodzaju "zaginionego albumu", który po latach został dołączony jako bootleg do Leprosy.

      Usuń

Obserwuj nas!