Wyszukaj

21 marca 2015

Konfrontacja: Leeway - Born To Expire vs Cro-Mags - Best Wishes


Witam w kolejnej konfrontacji! Jeśli pamiętacie grę GTA IV, możliwe że kojarzycie też radiostację Liberty City Hardcore (odpowiednik New York Hardcore), na której można było usłyszeć głównie muzykę z gatunku hardcore punk oraz crossover thrash (w wersji gry Lost And Damned można było dodatkowo usłyszeć ciekawsze hity metalowe z lat 80-tych i 90-tych). Wprawdzie do gry można było dodać własną muzykę, jednak ta stacja była taka zajmująca, że czasem nawet szkoda było wysiadać z samochodu; nawet kiedyś miałem folder ze wszystkimi ścieżkami z tej radiostacji. Nie tak dawno postanowiłem jednak szerzej zapoznać się z grupą Leeway, której utwór Enforcer najbardziej spodobał mi się ze wszystkich kawałków słyszanych na stacji Liberty City Hardcore. Ponieważ pomyślałem, że będzie to idealny twór na konfrontację, postanowiłem zabrać się też wreszcie za grupę Cro-Mags. Przed wami: Leeway - Born To Expire vs Cro-Mags - Best Wishes.


Leeway - Born To Expire


Born To Expire jest pierwszym albumem studyjnym nowojorskiej grupy grającej crossover thrash, Leeway. Został wydany w styczniu 1989 roku nakładem Profile Records. Krążek można spokojnie określić jako ogromną dawkę różnorodności: Leeway łączy na nim thrash metal, hardcore punk, crossover thrash, rapcore oraz kilka cech zupełnie innych gatunków muzyki (np. funku). Jak tłumaczył w wywiadzie gitarzysta grupy, A.J. Novello: "z początku Born To Expire miało reprezentować typowy album z nurtu New York Hardcore; jednak nastroiliśmy gitary tak, że muzyka zamiast przypominać hardcore, brzmiała bardziej jak metal.". Krążek przemknął praktycznie niezauważony; niektórzy zainteresowali się nim dopiero po 20 latach (w czasie gdy utwór Enforcer pojawił się w grze GTA IV).

Na okładce widzimy coś w rodzaju parodii człowieka witruwiańskiego: postać przypominająca maskotkę Iron Maiden, Eddiego została wpisana w okrąg i kwadrat. Szczerze przyznam, okładka w ogóle mi się nie podoba; gdybym nie znał grupy Leeway, patrząc na grafikę raczej bym się nią nie zainteresował; nie dość, że została kiepsko wykonana, to jeszcze jak już mówiłem, bardziej kojarzy się z grupą Iron Maiden.


Lista utworów:

1. Rise And Fall
2. Mark Of The Squealer
3. Be Loud
4. On The Outside
5. Defy You
6. Enforcer
7. Tools For War
8. Born To Expire
9. Marathon
10. Self Defense
11. Catholic High School (Girls In Trouble)
12. Unexpected

Słuchając kompozycji, przyznam szczerze że jestem naprawdę pozytywnie zaskoczony. Aż się dziwię, że Leeway nie zyskało popularności po tym albumie, to jest naprawdę dobre dzieło! Na 12 utworów nie spodobał mi się tylko jeden. Cóż, słychać tutaj mnóstwo inspiracji, nie sądzę żeby panowie z Leeway poprzestali jedynie na grupach grających hardcore; słychać, że grupa była zainspirowana Metalliką, Iron Maiden, Anthraxem, Exodusem, Sick Of It All, Black Flag oraz Cro-Mags. Style zapożyczone z tych grup wydają się tworzyć jeden, wielki, na nowo stworzony nurt. Kompozycje stworzone przez Leeway są bardzo przyjemne w słuchaniu: riffy są ciekawe, muzyka ma wiele ciekawych zwrotów akcji, a miejscami udzielało się dobre, klimatyczne granie (prawdopodobnie zapożyczone od grupy Cro-Mags). Muzyka po prostu do siebie ciągnie, niczym zapach świeżo upieczonej pizzy, toteż przez długi czas nie mogłem się od Born To Expire oderwać. Co do faworytów, to szczerze powiem trudno było mi wytypować; wszystkie utwory są niesamowite. W tym przypadku powołałem się bardziej na sentyment (z tego powodu moim "numerem jeden" na tej płycie jest Enforcer). Od razu na początku, dostajemy świetny numer, Rise And Fall. Po nim usłyszymy równie dobrą jego kontynuację, Mark Of The Squealer. Pod numerem trzecim dostajemy znacznie szybszy numer, Be Loud [1]. Następny, On The Outside, jest pierwszym, bardziej crossover'owym reprezentantem tego albumu. Później grupa wraca do hardcore'owego brzmienia na Defy You [2]. Pod numerem szóstym słyszymy utwór znany z GTA IV: Enforcer; jest to utwór mający w sobie cechy crossover'u, thrash metalu oraz hardcore'u . Później słyszymy słabsze od reszty Tools For War. W numerze siódmym, grupa prezentuje numer dosyć podobny do EnforceraBorn To Expire. Od dziewiątki, Leeway gra kawałki wyłącznie hardcore'owe: Marathon, oraz najszybsze z całej płyty Self Defense. Catholic High School (Girls In Trouble) jest jedynym utworem, na którym Leeway postanowiło trochę poeksperymentować: wykorzystane wpływy funku, oraz rapu (kojarzy się to trochę z albumem Mata Leao grupy Biohazard) sprawiły, że jest to numer naprawdę godny uwagi. W ostatnim numerze, grupa ponownie wraca do cięższych brzmień na bardzo dobrym Unexpected.

W przypadku tekstów, również nie znalazłem powodów do czepiania się. Ich tematyka zwykle dotyczyła kwestii społecznych, oraz trudów życia w dzisiejszych czasach (Born To Expire, Marathon, On The Outside, Rise And Fall, Self Defense), a także ograniczeń stosowanych wobec młodzieży (Catholic High School (Girls In Trouble), Be Loud, Unexpected). W utworze Enforcer, grupa opowiada historię pewnego człowieka (zabójcy), który nie bał się ograniczeń, i żył według własnej woli. Kawałek Defy You jest o historii pewnego upadłego polityka, którego niecne uczynki zostały wydane na światło dzienne. W Tools For War grupa potępia stosowanie wojen jako sposobu na rozwiązywanie przemocy. Mark Of The Squealer jest o osobie zniszczonej przez zażywanie narkotyków.

Podsumowując, Born To Expire to bardzo dobry album. Nie jestem w stanie pojąć, jakim cudem ta grupa nie stała się równie popularna jak np. Agnostic Front, czy chociażby Terror; panowie grają równie dobrze. Chłopaki z Leeway napisali świetne kompozycje, wpadające w ucho riffy, oraz zastosowali ciekawe rozwiązania jak np. łączenie kilku gatunków na raz. Nie zabrakło także bardzo dobrych tekstów poruszających ważne tematy, jak np. wpajanie młodzieży złych wartości. Naprawdę, jestem zaskoczony tym, że Leeway nie wyszło poza Nowy Jork, i nie wybrało się na jakąś większą trasę koncertową. Album jest zacny, i bardzo mocno niedoceniany.

Zalety:
- Bardzo dobrze napisane kompozycje
- Ciekawe teksty poruszające ważne tematy
- Różnorodność
- Połączenie trzech różnych gatunków: crossover thrashu, thrash metalu oraz hardcore punku
- Album zapada w pamięć
- Klimat

Wady:
- Okładka
- Utwór słabszy od reszty, Tools For War


Okładka: 3,5/10
Teksty: 910
Kompozycje: 8,5/10

Ogólna ocena: 8,5/10


Cro-Mags - Best Wishes


Best Wishes jest drugim albumem studyjnym nowojorskiej grupy grającej crossover thrash, Cro-Mags. Został wydany 26 kwietnia 1989 roku nakładem Profile Records. Po wydaniu albumu The Age Of Quarrel odchodzi wskutek nieporozumienia z pozostałymi członkami grupy, wokalista John Joseph. Harley Flanagan (basista), nie chcąc zatrudniać nowej osoby do składu grupy, bierze odpowiedzialność za bycie wokalistą. Przed rozpoczęciem sesji nagraniowej krążka, Cro-Mags interesuje się tematyką religii Hare Kriszna. W porównaniu do poprzednika, Best Wishes jest cięższym, mniej crossover'owym dziełem; między innymi z tego powodu spotkał się z mniejszym zainteresowaniem od The Age Of Quarrel.

Okładka przedstawia Narasinhę - czwartego awatara hinduskiego boga Wisznu, będącego połączeniem człowieka i lwa. Grafika pochodzi z księgi zaufania Bhaktivedanta. Historia obrazu wiąże się z przypowieścią o Haranjakaśipu, asura obdarzonego nieśmiertelnością przez Brahmę (wraz z Wisznu i Siwą tworzył Trimurti). Miał on syna, Prahlada, będącego wyznawcą boga Wisznu. Asurowi nie podobały się praktyki syna, z tego powodu postanowił go zabić. Prahlada dowiedziawszy się o zamiarach ojca, poprosił Wisznu o pomoc. Ponieważ bóg był związany z Brahmą, o zachodzie słońca zabił pod postacią Narasinhy asura Haranjakaśipu. Grafika w przeciwieństwie do tej, którą miałem okazję zobaczyć na albumie Born To Expire, bardzo mi się podoba. Nie sądzę jednak, aby jakoś dobrze się prezentowała na albumie z gatunku crossover thrash.


Lista utworów:

1. Death Camps
2. Days Of Confusion
3. The Only One
4. Down, But Not Out
5. Crush The Demoniac
6. Fugitive
7. Then And Now
8. The Age Of Quarrel

Best Wishes nie jest żadną konkurencją dla Born To Expire. W porównaniu do grupy Leeway, Cro-Mags stworzyło słaby album. Na drugim krążku crossover'owców z Nowego Jorku można znaleźć jednak jakieś zalety. Jedną z nich mogłaby być obecność utalentowanego Harleya Flanagana w roli wokalisty. Po odejściu Johna Josepha, następca świetnie wpasował się do kapeli. Co do pójścia w kierunku heavy metalu grupy Cro-Mags, wydaje mi się że panowie zrobili to stanowczo za późno; Best Wishes brzmi dosyć przestarzale jak na rok 1989; gdybym nie znał tego albumu, i ktoś mnie spytał z którego jest roku, najprawdopodobniej odpowiedziałbym: "coś koło 1977". Pomimo wad, da się tym jakoś nacieszyć. Album rozpoczyna się od dobrej dawki ciężkiej muzyki, którą mamy okazję usłyszeć w Death Camps. Już tutaj słychać, że to nie będzie to samo crossover'owe granie co na The Age Of Quarrel. Pod numerem drugim kryje się jeden z najlepszych utworów na płycie: Days Of Confusion: jest to dosyć zrównoważony numer, z dużymi wpływami crossover thrashu. Następnie dostajemy średni, heavymetalowy numer o długości hardcore'owej młóćki, The Only One. W Down, But Not Out, Cro-Mags nieco przyspiesza tempo, ukazując nam w miarę dobry kawałek. Następny na płycie jest średni Crush The Demoniac. Pod szóstką kryje się najprawdopodobniej najgorszy utwór z płyty: Fugitive. Grupa pod koniec wraca do "formy" w Then And Now; Ostatni numer na płycie to crossover'owe The Age Of Quarrel, będący obok Death Camps oraz Days Of Confusion najlepszym numerem z płyty.

Tematyka tekstów jest dosyć zaskakująca; z początku wydawało mi się, że grupa Cro-Mags napisze utwory na temat wierzeń religii Hare Kriszna (na co zresztą wskazuje okładka); Best Wishes nie jest jednak dziełem koncepcyjnym. Połowa tekstów na albumie dotyczy konfliktów zbrojnych (The Age Of Quarrel, Death Camps, Down, But Not Out). W Fugitive, Then And Now i The Only One jest mowa o człowieku, który modli się do boga, by ten pomógł mu w walce z problemami. Crush The Demoniac jest o walce obywateli z chciwą władzą.

Podsumowując, zawiodłem się albumem Best Wishes. Już sama okładka pokazywała, że drugi album Cro-Mags mógłby być obiecujący. Niestety, czegoś tutaj po prostu zabrakło, i wydaje mi się że każdy fan grupy dobrze wie o czym mówię: crossover thrashu. Zdecydowanie, Best Wishes był przeładowany przestarzałym heavy metalem, który po prostu pod koniec lat 80-tych przestał robić wrażenie (może jakby Best Wishes zostało nagrane w dzisiejszych czasach, nie byłoby jeszcze aż tak źle). Pod tym względem zasługują na uwagę utwory, które miały w sobie więcej crossoveru w stylu The Age Of Quarrel. Teksty zostały napisane dobrze, a ich tematyka nie dotyczy wyłącznie religii (chociaż często można coś o niej usłyszeć na albumie). Sądzę jednak, że jedyne za co zapamiętam Best Wishes, to za zajebistą okładkę, oraz "świętą trójcę": Death Camps, Days Of Confusion oraz The Age Of Quarrel.


Zalety:
- Ciekawe teksty poruszające ważne tematy
- Bardzo dobry wokal
- Bardzo dobra okładka
- Klimat

Wady:
- Średnie kompozycje
- Album jest przestarzały o co najmniej 10 lat


Okładka: 9,5/10
Teksty: 9/10
Kompozycje: 6/10

Ogólna ocena: 6,5/10


Konfrontację wygrywa całkiem sporą przewagą album Born To Expire. Jak widać, w przypadku tej konfrontacji idealnie sprawdziło się powiedzenie "nie osądzaj książki po okładce". Widoczna grafika na Best Wishes była dużo lepsza od tej z Born To Expire; pomimo tego zwycięzca jest tylko jeden. Grupa Leeway obrała o wiele lepszą taktykę w przypadku tworzenia albumu: napisała lepsze kompozycję, oraz zainspirowała się w miarę świeżymi nagraniami. Dlaczego w przypadku Best Wishes uznałem przestarzałość za wadę? Gdy w obecnych czasach powrót do starego, dobrego brzmienia jest uznawany za zaletę (nie bez powodu mówi się, że w dzisiejszych czasach metal przeżywa swój renesans), dawniej podstarzały album po prostu się nie wyróżniał.

Przypisy:

[1] Riff w refrenie kojarzy mi się z tym, który słyszałem w utworze Morderca grupy KAT
[2] Riff, który mamy okazję słyszeć w intrze, został wykorzystany później w utworze Spit My Rage grupy Terror.

15 marca 2015

Recenzja: Sepultura - Morbid Visions


Witam w kolejnej recenzji! Tak, wreszcie nadszedł ten dzień! Zabieram się za album Sepultury, którego recenzję planowaliśmy zrobić od dawna. Pierwszy album chłopaków z Brazylii trafił na naszą podstronę "potwierdzone recenzje" dosyć dawno temu, najprawdopodobniej znajduje się na niej od roku. Ponieważ w ubiegłym tygodniu zabrałem się za dwa, stare death/blackmetalowe albumy grup Sarcofago i Sextrash, postanowiłem iż będzie to idealny moment na trzeci, i najprawdopodobniej ostatni album brazylijskiej sceny metalowej z lat 80-tych; jak dobrze wiemy, fani Sepultury zwykle są wobec siebie podzieleni: jeden woli grupę z Maxem Cavalerą na czele z lat 1987-1996, ktoś inny lubi Derricka Greena, a ktoś tam jeszcze woli tą kapelę w jej początkowym stadium. I tak lądujemy w roku 1986. Max jeszcze nie wiedział, że za 10 lat będzie musiał odejść z zespołu. Przed wami: Sepultura - Morbid Visions.

Morbid Visions jest pierwszym albumem studyjnym brazylijskiej grupy thrashmetalowej Sepultury. Został wydany 10 listopada 1986 roku nakładem Cogumelo Records. Debiut tej grupy ma różne opinie: jedni fani go uwielbiają, inni nienawidzą. Ostatecznie nie stał się równie popularny jak pozostałe albumy z czasów Maxa Cavalery. Patrząc na Morbid Visions z dzisiejszej perspektywy, wydaje się to być nadzwyczaj nietypowy album jak na zespół Maxa Cavalery. Album zyskiwał średnie noty, został zauważony dopiero po sukcesie późniejszych albumów grupy. Jest to ostatni album z gitarzystą prowadzącym, Jairo Guedzem.

Na okładce przedstawiona jest biblijna góra Golgota, na której stoją trzy krzyże z wiszącymi na nich ludźmi. Jak można się spodziewać, jedną z postaci ukazanych na grafice jest Jezus. Przedstawione krzyże są obejmowane przez węże wyłaniające się z zapaści; Jezusa (postać po środku) dodatkowo ściska demon. W teorii pomysł jest bardzo dobry. W praktyce, artysta mógł nad tym posiedzieć dłużej: dokładniej przedstawić Golgotę, ładniej narysować demona, oraz bardziej postarać się nad wężami. Pomimo tego, można nacieszyć tym oko. Nie jest źle. Zdecydowanie lepiej wygląda grafika do wersji albumu wydanej z okazji 25-lecia istnienia wytwórni Cogumelo Records (grafika widoczna poniżej). Była to jednocześnie edycja zremasterowana albumu zawierająca utwory z Bestial Devastation.




Lista utworów:

1. Morbid Visions
2. Mayhem
3. Troops Of Doom
4. War
5. Crucifixion
6. Show Me The Wrath
7. Funeral Rites
8. Empire Of The Damned

Przyznam się bez bicia, że z początku album w moich oczach był kiepski: surowość bijąca po uszach, chaos i brak włożonego serca w stworzenie go. Ostatecznie przesłuchanie go do końca zakończyło się szerokim uśmiechem na twarzy. Morbid Visions ma swoje świetne momenty: ciekawe riffy, dobre solówki, klimat, oraz połączenie piękna z brutalnością, co jest sporym zaskoczeniem. Kompozycje napisane przez Maxa Cavalerę i Jairo Guedza są nawet dobre; co ciekawe, album Morbid Visions prezentuje się o wiele lepiej niż Roorback, czy chociażby A-Lex. Jest również znacznie lepiej wykonany niż I.N.R.I. i Sexual Carnage omawiane wcześniej. Z pewnością już w tamtych czasach Sepultura wyróżniała się na tle pozostałych grup grających w tym stylu. Zdecydowanie zdziwiło mnie to podobieństwo do albumu Omen grupy Soulfly. Gitary są ostre jak brzytwy, brzmienie perkusji przypomina trochę nawalanie w garnki... po prostu surowość wylewa się litrami. Niestety, ogromną bolączką jest tutaj beznadziejna jakość wersji oryginalnej albumu, dopiero edycja zremasterowana brzmiała jak należy. Album rozpoczyna się od ostrego uderzenia w postaci bardzo dobrego Morbid Visions. Numer dwa to całkiem dobra dawka kunsztu Maxa Cavalery, Mayhem. Numer trzy to zdecydowanie mój faworyt, Troops Of Doom. Utwór został bardzo dobrze skomponowany: często pojawi się dobry zwrot akcji, czasem włos się zajerzy na plecach; niestety, utwór nie dorasta do pięt wersji ze Schizophrenii. Kolejny kawałek, to kolejna po Mayhem i Morbid Visions młóćka, War. Crucifixion jest jednym z pierwszych utworów Sepultury jakie poznałem; jest to całkiem porządna dawka brutalnego grania w połączeniu z porządnym klimatem. Pod szóstką kryje się utwór przypominający Primitive Future z albumu Beneath The Remains, Show Me The Wrath. Po raz kolejny chłopaki pokazują co potrafią zrobić naprawdę dobrze na Funeral Rites. Ostatni utwór jest równie dobry jak poprzednie, Empire Of The Damned.

Teksty na albumie są raczej średnie. Do tego jak zostały napisane raczej nie ma się co czepiać. Słychać jednak, że Sepultura to grupa składająca się wyłącznie z chrześcijan, i zainteresowanie satanizmem było jedynie modą. Zdecydowanie, ich teksty o antyreligii w porównaniu do Sarcofago wypadają słabo. Inną bolączką tekstów było dopasowanie do kompozycji. Ich tematyka dotyczyła zwykle spraw antyreligijnych (Morbid Visions, Crucifixion, Funeral Rites, Empire Of The Damned), oraz wojen (Mayhem, War, Troops Of Doom). Utwór Show Me The Wrath jest o barbarzyńcach, którzy żyją z grabienia i zabijania.

Podsumowując, Morbid Visions to dobry album. Z początku spodziewałem się katastrofy: wersja oryginalna albumu to kiepski żart. Utwory miały beznadziejną jakość, muzyka brzmiała jakby ktoś dodał do niej masę niepotrzebnych filtrów, a instrumenty były sztuczne. Panował taki chaos, że szukanie zalet nie wchodziło w grę. Dopiero długa przerwa od Morbid Visions, i wersja zremasterowana sprawiły, że odetchnąłem, i zacząłem szukać zalet w albumie. Album został dobrze skomponowany: chłopaki z Sepultury połączyli brutalność, klimat oraz piękno (jak widać, w latach 1984-1997 był to raczej standard). Wychodzi na to, że w porównaniu do I.N.R.I. oraz Sexual Carnage, Morbid Visions stanowi zupełnie inną, wyższą ligę.


Zalety:
- Całkiem dobre kompozycje
- Klimat
- Połączenie brutalności i piękna
- Muzyka zapada w pamięć
- Okładka

Wady:
- Brak różnorodności
- Kiepska jakość wersji oryginalnej
- Beznadziejny, przesterowany wokal

Okładka: 7,5/10
Teksty: 6,5/10
Kompozycje: 7,5/10

Ogólna ocena: 7/10

10 marca 2015

Konfrontacja: Sarcofago - I.N.R.I. vs Sextrash - Sexual Carnage


Witam w kolejnej konfrontacji! Już od czasów napisania recenzji do albumów Bestial Devastation i Rotting zastanawiałem się, jak ja opiszę pierwszy album Sarcofago. Zastanawiałem się, jak ja mam do tego podejść, nie znałem przecież brazylijskiej sceny death/black (do której w połowie lat 80-tych należała również Sepultura). Spędziłem trochę czasu nad I.N.R.I., oswoiłem się, i postanowiłem sobie, iż wkrótce będzie trzeba zrobić recenzję. Zdałem sobie jednak sprawę, iż recenzja dla tego albumu to za mało. Szukałem kandydata do konfrontacji, i oto mam Sextrash będące iście zaskakującym zespołem. Pod jakim względem? O tym w tej konfrontacji! Przed wami: Sarcofago - I.N.R.I. vs Sextrash - Sexual Carnage.


Sarcofago - I.N.R.I.


I.N.R.I. (Iseus Nazarenus Rex Iudaeorum, Jezus Nazarejczyk, Król Żydowski) jest pierwszym albumem studyjnym brazylijskiej grupy death/blackmetalowej, Sarcofago. Został wydany w lipcu 1987 roku nakładem Cogumelo Records. Sarcofago powstało w roku 1985 w Belo Horizonte z inicjatywy wokalisty i gitarzysty, Wagnera Lamouniera, który przed utworzeniem własnego projektu został wyrzucony z Sepultury. Do grupy dołączyli Gerald Incubus Minelli (gitara basowa, wokal wspierający), D.D. Crazy (perkusja), oraz Zeder Butcher (gitara prowadząca). Jako główne inspiracje, Wagner Lamounier wymieniał Hellhammera, Slayera, Bathory, Venom i Celtic Frost. Jakiś czas po wydaniu I.N.R.I., z grupy odeszli D.D. Crazy oraz Zeder Butcher, którzy dołączyli do formacji Sextrash (co ciekawe, zagrali na ich debiutanckim krążku, Sexual Carnage). Album jest uznawany za jeden z najważniejszych krążków z brazylijskiego gatunku metalu ekstremalnego.

Album I.N.R.I. ma dwie okładki: powyższa jest z edycji zremasterowanej z roku 1992; poniższa pochodzi z wersji oryginalnej albumu. Obie specjalnie się nie różnią (głównie kolorem): przedstawione jest zdjęcie grupy Sarcofago będącej na cmentarzu. Od lewej do prawej: Zeder Butcher, Wagner Lamounier, D.D. Crazy, Gerald Incubus. Cytat z wikipedii: "Grupa ma na sobie skórzane ubrania, pasy z pociskami oraz corpse paint - w ten sposób prezentują swój black metalowy styl". Nie przepadam za tego typu okładkami, zwykle wyglądają jak albumy rodzinne. Co mnie zaskoczyło, obie grafiki prezentują się nawet dobrze (w szczególności ta z wersji oryginalnej). Sarcofago nie prezentuje się na nich jak wesoła rodzinka na wycieczce, wyglądają bardziej jakby prezentowali definicję swojej subkultury, ukazując przy tym siebie. Pomysł w teorii kiepski, w praktyce, przyznam że nawet się udał. Wolałbym jednak, żeby ta grafika znalazła się w tylnej części płyty.



Lista utworów:

1. Satanic Lust
2. Desecration Of Virgin
3. Nightmare
4. I.N.R.I.
5. Christ's Death
6. Satanas
7. Ready To Fuck
8. Deathrash
9. The Last Slaughter
10. Recrucify
11. The Black Vomit

Wagner Lamounier w jednym z wywiadów z 1991 roku stwierdził, iż za czasów I.N.R.I. byli jedynie bandą rozwydrzonych dzieciaków, która dorwała się do instrumentów, i zaczęła tworzyć muzykę. Nie dziwią mnie wysnute po latach wnioski, I.N.R.I. to wyłącznie napierdalanie. Co gorsza, jest to cholernie prymitywne napierdalanie. Brak tu większej różnorodności, w postaci lżejszych utworów, czy chociażby jakichś porządnych zwrotów akcji... jest to wyłącznie gra na jedno kopyto. Po pewnym czasie album po prostu przestaje zaskakiwać. Czasem też mnie wkurzały ryki w tle udające wokal wspierający. Owszem, niektórzy lubią takie klimaty. Ja tam znacznie bardziej wolałem The Laws Of Scourge, a nawet Hate z tym jebanym automatem! Zdziwiło mnie jednak moje nastawienie do albumu: wprawdzie byłem zirytowany tym brakiem różnorodności, jednak Sarcofago jakimś dziwnym trafem wiedziało, jak utrzymać słuchacza w pionie. Pod numerem pierwszym dostajemy całkiem dobre Satanic Lust. Wprawdzie jest to w większej mierze młóćka, jednak tutaj przynajmniej grupa pokusiła się o wykorzystanie całkiem dobrych riffów. Jest to jeden z najlepszych utworów na albumie. Desecration Of Virgin to kolejna brutalna łomotanina. Podobnie jak w przypadku Satanic Lust, Sarcofago wykorzystało całkiem dobre riffy, muzyka jest klimatyczna... Po I.N.R.I. raczej się takiego czegoś nie spodziewałem. Pod numerem trzecim dostajemy wolniejszy utwór (który i tak z czasem przyspiesza), Nightmare. W porównaniu do remake'u z albumu Rotting, ten utwór prezentuje się raczej kiepsko. Utwór o tytule I.N.R.I. to muzyka składająca się praktycznie z blast beat'ów. Podobnie jest z utworem Christ's Death; z tą różnicą, że tutaj mamy jakieś zmiany tempa, riffów, i tym podobne... obok Nightmare i Satanic Lust wydaje mi się to być najbardziej rozbudowany utwór na płycie. Z kolei Satanas jest jednym z najdziwniejszych utworów na płycie. Tak samo jak w I.N.R.I., w większości składa się z blast beat'ów [1]. Później dostajemy Ready To Fuck, które brzmi trochę jak kontynuacja utworu Desecration Of Virgin. Deathrash to wyłącznie napierdalanie. Z kolei The Last Slaughter wydaje się być odwrotnością utworu Nightmare: na początku mamy napierdalanie, później utwór zwalnia. Recrucify jest intrem do następnego utworu; brzmi to podobnie do The Curse z albumu Bestial Devastation, z tą różnicą że zostało wykonane lepiej. Ostatni kawałek to The Black Vomit, którego remake został nagrany na albumie The Laws Of Scourge z roku 1991. Podobnie jak w przypadku Nightmare, remake tego utworu również jest o wiele lepiej dopracowany niż wersja pierwotna. 

W przypadku tego typu muzyki trudno jest doszukiwać się jakichkolwiek nierówności w budowie tekstów. Wystarczyłoby jakbym powiedział, iż zostały one napisane tak jak powinny do tego gatunku metalu. Co do tematyki, podobnie jak w przypadku kompozycji, nie ma tu za wiele. Teksty dotyczą głównie satanizmu i negatywnego nastawienia wobec religii (Christ's Death, The Last SlaughterI.N.R.I., Nightmare, Satanas, The Black Vomit), a także seksu i rozdziewiczania dziewic (Desecration Of Virgin, Ready To Fuck, Satanic Lust, ). Deathrash jest o muzyce metalowej, która czasem doprowadza człowieka do szaleństwa (w tym przypadku do chęci destrukcji).

Podsumowując, I.N.R.I. jest słabe. Nie mam pojęcia, jakim cudem Wagner Lamounier uznał, że to dzieło jest dobre; czy oni chcieli stworzyć coś, czego da się słuchać, czy tylko ponapierdalać i obrażać boga i ruchać dziewice? Nie rozumiem toku myślenia tych gości; zdecydowaną bolączką tego albumu jest monotonia i gra na jedno kopyto. Na wymienianiu wad ta recenzja jednak się nie skończy, I.N.R.I. ma również zalety. Album miał w sobie potencjał, którego nie udało się wykorzystać; często słyszałem utwory z całkiem porządnymi riffami. Wydaje mi się, że Wagner zauważył to dopiero za czasów albumu Rotting (grupa stworzyła parę remake'ów utworów z I.N.R.I.). Muzyka w pewnym sensie przyciągała; śmieszyła mnie również nieporadność tych gości. Większość utworów zostało kiepsko skomponowanych, teksty i zabiegi wykorzystane przez grupę czasem mnie śmieszyły. Warto jednak tego przesłuchać raz na jakiś czas.

Zalety:
- Muzyka zapada w pamięć
- Dobre remake'i utworów z późniejszych lat

Wady:
- Brak różnorodności
- Monotonia
- Słabe kompozycje
- Kiepskie rozwiązania


Okładka: 7,5/10
Teksty: 6,75/10
Kompozycje: 5,5/10

Ogólna ocena: 6/10


Sextrash - Sexual Carnage


Sexual Carnage jest pierwszym albumem studyjnym brazylijskiej grupy death/blackmetalowej Sextrash. Został wydany w sierpniu 1990 roku nakładem Cogumelo Records. Na temat albumu i grupy jest mało informacji. Sextrash powstało w roku 1987 z inicjatywy byłego perkusisty grupy Sarcofago, D.D. Crazy, Oswalda Scheida (wokalisty), Tommy'ego Simmonsa (gitara basowa) oraz Zedera Butchera (gitara). Przed wydaniem Sexual Carnage, powstaje EP-ka o nazwie XXX. Album został dostrzeżony jedynie na terenie Brazylii, obok albumu I.N.R.I. uważany jest za najlepszy album grup undergroundowych działających na terenie Belo Horizonte.

To, co łączy grafikę Sexual Carnage z tą z I.N.R.I., jest oczywiste: jako okładkę wstawione zostało zdjęcie grupy. W przeciwieństwie do panów z Sarcofago, chłopaki prezentują się na niej kiepsko; zdjęcie przedstawiające chłopaków z Sextrash pieszczących dziwkę zostało zrobione najprawdopodobniej w jednym z burdeli, ale co ja tam wiem... nie ma żadnych informacji w internecie na temat okładki. Chłopaki wyszli na niej beznadziejnie; sama grafika bardziej pasowałaby do grupy, która gra punk, czy chociażby heavy metal dla beki, a nie do gości którzy tworzą muzykę pokroju Sarcofago. Już wolałbym widzieć na tej grafice samą dziwkę, czy chociażby członków grupy w jakichś lepszych pozach, ewentualnie zupełnie inny projekt okładki. Jedno muszę im przyznać: okładka jest kontrowersyjna.


Lista utworów:

1. Intro
2. Psychoneurosis
3. Delirium Tremens
4. The Instantiable Pleasure Of Delight
5. Seduced By Evil
6. Alcoholic Mosh
7. Obscene Symphony
8. Black Church
9. Night Pigs
10. Genital Tumor
11. Outro

Kompozycje są kiepskie, aczkolwiek dziwnie oryginalne jak na brazylijski black metal. Z początku grupa wydała mi się marną podróbą grupy Sarcofago; uznałem, że grupa gra niemalże tak samo jak grupa z Wagnerem na czele w połączeniu z Sepulturą z lat 80-tych. Podobieństw owszem, nietrudno się doszukać; w porównaniu do wyżej wymienionych grup, gitary Sextrash są ostre niczym żylety, w ich muzyce jest mnóstwo agresji i niepojętego klimatu, czasem miałem nawet wrażenie, że chłopaki zrobili ten album zwyczajnie dla beki. I oczywiście, tak samo jak na I.N.R.I., Sextrash praktycznie bez przerwy napierdalało. Patrząc na komentarze dotyczące Sextrash, zauważyłem, iż fani bardzo często nazywają tą grupę "drugim Sarcofago". Intro przypomina trochę utwory The Curse (z Bestial Devastation Sepultury) oraz Recrucify (z I.N.R.I.); muzyka kipi ponurym klimatem, i zajebiście nakręca do słuchania albumu. Numer dwa to całkiem porządna dawka pierdolnięcia w stylu Satanic Lust oraz Satanas, Psychoneurosis mające w sobie całkiem ciekawe zwroty akcji lekko w stylu Turbo, oraz porządne riffy al'a Sarcofago z czasów Rotting. Numer trzy to równie porządne Delirium Tremens. Pod numerem czwartym dostajemy z początku spokojne The Instantible Pleasure Of Delight, które w pewnym momencie zmienia się w kolejny kawałek pędzący niczym stara babcia do kościoła na mszę. Z kolei na Seduced By Evil, Sextrash nieco zwalnia tempo. Pod następnym numerem dostajemy kolejny rozpierdol w postaci Alcoholic Mosh. Dalej dostajemy utwór podobny do Nightmare z albumu Rotting, Obscene Symphony. Kolejny jest podobny do utworu Satanas z albumu Rotting, Black Church. Po nim dostajemy kolejną dawkę takiej samej młóćki, Night Pigs oraz Genital Tumor. Outro do albumu Sexual Carnage brzmi niemalże tak samo jak jego intro.

Patrząc na teksty, po raz kolejny pomyślałem o Sarcofago. Podobnie jak w przypadku kompozycji, ten kto je pisał włożył coś od siebie. Słychać tutaj jednak dużą inspirację dziełami grupy Wagnera Lamouniera. Jak już mówiłem na wstępie, w przypadku Intra, panowie z Sextrash zainspirowali się The Curse. Niestety, największą wadą tekstów na tym albumie jest monotematyczność. Praktycznie wszystkie dotyczą seksu (The Instantiable Pleasure Of DelightNight Pigs, Seduced By EvilObscene Symphony, Genital Tumor), w połączeniu z utworami które brzmią niemalże tak samo, wydaje się to być całkiem porządną bolączką. Black Church jest o kościele, który został założony przez antychrysta, gdy ten przejął władzę na Ziemi. Psychoneurosis jest o demonie, który w nocy atakuje ludzi chodzących po ulicach. Alcoholic Mosh jest o człowieku, który zginął w trakcie metalowego koncertu [2]. Delirium Tremens jest o perypetiach mężczyzny uzależnionego od alkoholu.

Podsumowując, Sexual Carnage to równie słaby album jak I.N.R.I.. Tak samo jak w przypadku Sarcofago, zastanawiam się, jakim cudem ktoś pomyślał że pomysł na stworzenie tego typu albumu będzie dobry? Tak samo jak w przypadku I.N.R.I., album został kiepsko skomponowany. Muzyka jaką stworzyła grupa Sextrash jest nudna i monotonna, a dodatkowo Sexual Carnage zostało przeładowane blast beat'ami. I jeszcze te teksty, w przypadku których dominowała tematyka seksu... Żeby nie ta monotonia i brak różnic między utworami, teksty jeszcze jakoś by uszły. Podobnie jak w przypadku Sarcofago, Sexual Carnage miało jakąś tam zaletę... Wydaje mi się, że gdybym po raz pierwszy usłyszał I.N.R.I. i Sexual Carnage, szybciej zapamiętałbym ten drugi, ze względu na bardziej wyraziste brzmienie i potężny klimat który został w album władowany. Oczywiście i to dzieło miało niewykorzystany potencjał. A szkoda; tutaj wolałbym dostać coś w stylu The Laws Of Scourge.

Zalety:
- Muzyka zapada w pamięć
- Klimat

Wady:

- Brak różnorodności
- Monotonia
- Beznadziejne kompozycje
- Kiepskie rozwiązania
- Słabe teksty


Okładka: 3/10

Teksty: 5,25/10
Kompozycje: 5,75/10

Ogólna ocena: 6/10



Mamy remis. I.N.R.I. i Sexual Carnage to dzieła stworzone na tym samym, kiepskim poziomie. Kompozycje: niemalże ta sama, uboga muzyka, oraz kiepskie teksty. Szczerze przyznam, są to moje guilty pleasure. Niby nie jest to żadna muzyczna rewelacja (ani nawet typowy przeciętniak), ale jakoś lubię ich sobie posłuchać.


Przypisy:

[1] Tutaj jednak zamiast wokalu możemy podziwiać niezrozumiałe pomruki, wycie, burczenie, i inne dźwięki symulujące niestrawność. Same riffy również sprawiają, iż chce się powiedzieć "what the fuck?". Brakowało tutaj jeszcze latających krokodyli, hipopotamów pływających pontonem, oraz polityków, którzy traktują obywatela jak świętość.

[2] W jego trakcie mocno się upił, po czym urwał mu się film. Tłum ludzi zadeptał go na śmierć. 

9 marca 2015

Konfrontacja: Machine Head - Burn My Eyes vs Fear Factory - Demanufacture


Witam w kolejnej konfrontacji! Jeżeli przeczytaliście w informacjach o tym, że planujemy robić sezony remake'ów, to tak naprawdę dobrze wiecie co się święci. Obecnie i tak jest ich mnóstwo, jednak my chcemy aby nasze najlepsze recenzje czytało się jeszcze lepiej, i były oceniane bardziej rzetelnie. Dzisiejszą konfrontację przygotowaliśmy wraz z MrCommando1995; on tak samo jak wcześniej oceni album grupy Machine Head - Burn My Eyes, ja zaś zabiorę się za Fear Factory - Demanufacture.


Machine Head - Burn My Eyes


Witam! Jak już wspomniał Adi666, tą konfrontację napiszemy wspólnie (podobnie jak porównanie albumów Soulfly - Enslaved i Sepultury - Kairos). Po dłuższym czasie wreszcie znalazłem czas, by zabrać się za pisanie recenzji. Mimo to nie jestem pewien, czy będę w stanie publikować je często i regularnie. Czasami brakuje weny, często czasu. W każdym razie zapraszam do czytania!

Burn My Eyes to pierwszy studyjny album Machine Head. Został wydany 9 sierpnia 1994 roku przez Roadrunner Records. Warto zwrócić uwagę na to, że płyta była najlepszym debiutem tej wytwórni. To już mówi nam, że Burn My Eyes może być czymś wartym poznania. Producentem był Colin Richardson - ten sam, który również pracował z Fear Factory na pierwszych albumach.

Grafika przypadła mi do gustu, szczególnie ze względu na kolorystykę. Dominują na niej ciepłe kolory - kontrastuje z okładką Demanufacture. Przedstawia tajemniczą postać, z której oczu strzelają błyskawice. Uważam, że jeśli chodzi o oprawę graficzną, to Machine Head triumfuje nad Fear Factory. Okładka Burn My Eyes sprawia wrażenie lepiej wykonanej niż ta Demanufacture. Oprawa graficzna Fear Factory jest nieco uboga w porównaniu z tą Machine Head.

Wybrane oceny z Metal Archives:

- 8,5/10 - gasmask_colstomy
- 4,75/10 - hells_unicorn
- 0,5/10 - CHRISTI_NS_ANITY8
- 9/10 - Tziff5
- 9,25/10 - The Thrasher



Lista utworów:

1. Davidian
2. Old
3. A Thousand Lies
4. None But My Own
5. The Rage To Overcome
6. Death Church
7. A Nation On Fire
8. Blood For Blood
9. I'm Your God Now
10. Real Eyes, Realize, Real Lies
11. Block
12. Alan's On Fire (Poison Idea cover)

Wyżej wspomniałem, że Burn My Eyes było najlepszym debiutem wytwórni Roadrunner Records, i że w związku z tym może być czymś wartym poznania. Moje oczekiwania potwierdziły się już w momencie, gdy odpaliłem pierwszy utwór - Davidian. Jest to dosyć żywy kawałek, który kończy niesamowity breakdown. Jednak to jeszcze nic w porównaniu z następnym utworem. Następny w kolejce jest Old. Moim zdaniem najlepszy utwór na płycie. Pamiętam, że kiedyś potrafiłem słuchać tego w nieskończoność. Później mamy A Thousand Lies oraz None But My Own - również bardzo dobre kawałki z ciekawą atmosferą. Chwilę po nich Machine Head na chwilę spada z poziomu i słyszymy średnie The Rage To Overcome. Jednakże to tyko jeden utwór - po chwili słyszymy niesamowity Death Church, utwór wręcz idealny (podobnie jak Old). Zaraz po nim przychodzi kolej na klimatyczne A Nation On Fire oraz agresywne Blood For Blood. Są to również bardzo dobre utwory. Jak widać, słuchając Burn My Eyes napotykamy różne utwory - wolne i klimatyczne oraz te szybsze i bardziej agresywne. Duża różnorodność. Po Blood For Blood przychodzi czas na I'm Your God Now. Ten utwór dowodzi tego, co napisałem wyżej. Jest to spokojna ballada, całkowicie się różniąca od szybkiego Blood For Blood. Duża różnorodność sprawia, że każdy znajdzie na tej płycie coś dla siebie. Trzy ostatnie utwory - Block, Real Eyes, Realize, Real Lies oraz Alan's On Fire - są już o wiele gorsze od reszty. Machine Head prawdopodobnie skończyły się pomysły. Trzy kawałki, które wymieniłem, są bardzo bezpłciowe i w ogóle do mnie nie przemawiają.

Jeśli chodzi o teksty, to podobnie jak w przypadku kompozycji mamy dużą różnorodność. Davidian opowiada o oblężeniu Waco (posiadłości należącej do amerykańskiej sekty Gałęzi Dawidowej) przeprowadzonym przez FBI. Old i Death Church mówią o tym, jak Kościół manipuluje ludźmi. A Thousand Lies i Block są zwrócone przeciwko kłamliwym politykom. W None But My Own, The Rage To Overcome oraz Blood For Blood podmiotami są ludzie znienawidzeni przez społeczeństwo, pragnący, by okazano im chociaż odrobinę szacunku. W tekście A Nation On Fire został poruszony ważny problem zbyt szybkiego rozwoju technologii, która zostaje wykorzystana w niewłaściwym celu. Jak mówi podmiot liryczny "świat wydaje więcej na zabijanie niż na leczenie". I'm Your God Now opowiada o kimś, kto został zniszczony przez narkotyki, a Alan's On Fire to list pewnego człowieka skierowany do fałszywego przyjaciela. Podmiot liryczny zarzuca adresatowi obłudę i nieszczerość. Jak widać Machine Head w swoich tekstach poruszyło różne tematy - polityka, religia, narkomania, nienawiść, oszustwo.

Podsumowując, Burn My Eyes to bardzo dobry album. Znajdziemy tutaj wiele świetnych kompozycji, tekstów. Za sprawą dużej różnorodności każdy znajdzie tutaj coś dla siebie - na płycie są utwory lekkie i spokojnie jak I'm Your God Now oraz agresywne i szybkie jak Blood For Blood. Po przesłuchaniu tego albumu nie dziwiłem się, czemu był to najlepszy debiut wytwórni Roadrunner Records. Płyta jest wprost niesamowita! Polecam.

Zalety:
- duża różnorodność
- bardzo dobre kompozycje
- bardzo dobre teksty
- dobry wokal
- dobra okładka

Wady:
- trzy ostatnie utwory

Najlepsze utwory: Davidian, Old, A Thousand Lies, Death Church, A Nation On Fire

Okładka: 7,5/10
Teksty: 9/10
Kompozycje: 9,5/10

Ocena ogólna: 9,5/10


Fear Factory - Demanufacture


Demanufacture jest drugim albumem studyjnym amerykańskiej grupy industrial metalowej Fear Factory. Został wydany 13 lipca 1995 roku nakładem Roadrunner Records. Niedługo po wydaniu albumu grupa stwierdziła, iż Demanufacture jest dla nich tym, czym jest dla Slayera Reign In Blood. Według Dino Cazaresa (gitarzysty), album był bardzo pracochłonnym dziełem; pomimo tego grupa dobrze wiedziała co chce osiągnąć. Gdy Colin Richardson (producent) uznał, że grupa napisała złą muzykę, został wyrzucony. Demanufacture jest albumem koncepcyjnym, został stworzony na bazie serii filmów Terminator. Obecnie krążek jest uznawany za klasykę industrial metalu. Zyskał również status złotej płyty.

Okładka jest bardzo charakterystyczna. Kojarzy mi się trochę ze starymi koszulkami z lat 90-tych, możliwe że to dlatego że kiedyś widziałem kogoś w tej koszulce; czy to był nastolatek słuchający FF, czy może pani z zieleniaka... nie wiem. Sam bym nawet chciał sprawić sobie taką koszulkę ;) Grafika przedstawia mechaniczny kręgosłup z rozciągniętymi żebrami (z prawej) i kodem kreskowym (z lewej). Wygląda ona całkiem dobrze, pasuje do gatunku w jakim gra grupa. Jedyne co mi tutaj nie pasuje, to to że trochę tu pusto, ale to tylko szczegół.

Wybrane oceny z Metal Archives:

- 9,5/10 - Sigillum_Dei_Ameth
- 1,75/10 - gasmask_colstomy
- 10/10 - Orbitball
- 7,5/10 - PseudoGoatKill



Lista utworów:

1. Demanufacture
2. Self Bias Resistor
3. Zero Signal
4. Replica
5. New Breed
6. Dog Day Sunrise
7. Body Hammer
8. Flashpoint
9. H-K (Hunter-Killer)
10. Piss Christ
11. A Therapy For Pain
12. Your Mistake
13. Resistancia


Ciężko mi było się przyczepić do kompozycji. Album został naprawdę solidnie wykonany! Kompozycje zostały napisane z sercem, grupa udowadnia nam, że industrial metal również może być tym "true metalem"; grupa połączyła ze sobą wpływy groove metalu i industrial metalu. Wpływy techno bardzo rzucają się tu w słuch, czasem to sprawia że muzyka wydaje się mechaniczna, co wbrew pozorom jest tu zaletą. Wszystko jest ze sobą bardzo ładnie połączone: wokal, perkusja, automat perkusyjny i gitary. Co najlepsze, nawet pomimo podobieństw, Fear Factory stworzyło bardzo różnorodne utwory. Muzyka zawiewa ciężkim, futurystycznym klimatem rodem z wojen ludzkości z maszynami. Co do wokalu Burtona C. Bell'a, jak już mówiłem jest dobrze dopasowany do kompozycji. Sam wokalista potrafi śpiewać zarówno melodyjnym głosem, jak i brutalnym growlem. Słuchając go, skojarzył mi się nieco z Derrickiem Greenem z Nowej Sepultury zmieszanym z Robem Flynnem z Machine Head. Pierwszy utwór, Demanufacture, jest brutalnym młóceniem. Wielu uważa ten utwór za najlepszy jaki stworzyło Fear Factory; dla mnie owszem, jest to bardzo dobry kawałek, jednak wiem że grupa dopiero za jakiś czas dowali porządnie do pieca. Dwa następne kawałki to Self Bias Resistor i Zero Signal, między którymi trudno jest mi znaleźć jakiekolwiek różnice, aczkolwiek ta dwójka prezentuje się dla mnie równie dobrze jak utwór tytułowy. Numer czwarty to nieco wolniejsza od pozostałych Replica. Od tego momentu Fear Factory rozkręca się, dając nam porządny kawał muzy, w tym mechaniczne do granic możliwości New Breed. Rzecz jasna jest to typowy przedstawiciel industrial metalu, słucha się go całkiem przyjemnie. Następne jest rasowe Dog Day Sunrise, będące coverem grupy Head Of David. Kawałek bardzo przyjemny dla ucha, warto go posłuchać. Jakiś czas później słyszymy Body Hammer. Utwór kojarzy mi się z Vai Toma No Cu grupy Nailbomb (kto zna, ten wie!). Kolejny jest mechaniczny Flashpoint, kojarzący się trochę z New Breed (można powiedzieć że na początku oba utwory myliłem). Następny na liście jest mój faworyt, H-K (Hunter-Killer), utwór który wbija w fotel swoim niesamowitym ciężarem. Udziela się tu również świetny klimat. Z kolei Piss Christ jest czymś w stylu dwójki Self Bias Resistor i Zero Signal. A Therapy For Pain jest 10-minutową balladą. Z początku byłem do niej sceptycznie nastawiony, jednak gdy jej słuchałem uświadomiłem sobie że nawet ten utwór mógłby być moim faworytem, po prostu trzeba przesłuchać. Od numeru 12 zaczynają się bonusy, którymi są Your Mistake oraz Resistancia. W przeciwieństwie do utworów od 1 do 11, te bonusy są bardzo słabe, chociaż Resistancia jeszcze jakimś cudem ujdzie w tłumie.

Jak już mówiłem, Demanufacture jest albumem koncepcyjnym. Został stworzony na bazie serii filmów Terminator, toteż teksty dotyczą przede wszystkim walki ludzkości z maszynami. Za ich pisanie odpowiadał wokalista, Burton C. Bell. Do ich budowy nie mam żadnych zastrzeżeń. Demanufacture, Flashpoint, Resistancia i Your Mistake są o walce obywateli z nieuczciwym rządem. Body Hammer, H-K (Hunter-Killer), New Breed i Self Bias Resistor jest o przejęciu władzy na świecie przez roboty. Piss Christ jest o zwątpieniu w religię przez ludzkość, gdy ta przeżywa swoje czarne godziny. W Replica wypowiada się osoba, która jest traktowana przez rząd jak maszyna robocza. Zero Signal i A Therapy For Pain są o człowieku, który będąc na łożu śmierci zdał sobie sprawę z tego, że nic w życiu nie osiągnął. Co do Dog Day Sunrise, nie jestem pewien o czym jest ten utwór; z jednej strony może być o człowieku, który czuje się zmęczony swoją pracą, z drugiej strony może być to kawałek o kimś kto ciężko pracuje by uszczęśliwić swoją dziewczynę.

Podsumowując, Demanufacture grupy Fear Factory to bardzo dobry album. Wydaje mi się że to dzieło musiało przynieść ogromną rewolucję w tak mało znanym gatunku jak industrial metal. Kompozycje przyciągały uwagę swoją niepowtarzalnością: zgranie elektroniki z brutalnymi gitarami nie zawsze daje takie pozytywne efekty. Teksty również miały swój pozytywny wkład w album, nie miałem się do czego przyczepić. Album w pełni zasługuje na miano klasyka industrial metalu. Aż mnie dziw bierze, że gdy się rodziłem, album dopiero był tworzony! Jak ten czas szybko leci. W pełni polecam!

Zalety:
- Bardzo dobre połączenie elektroniki z metalem
- Połączenie agresji z rasowością
- Bardzo dobre kompozycje
- Dobrze napisane teksty i ich tematyka
- Dobra okładka
- Bardzo dobry wokal
- Różnorodność

Wady:
- Słabe bonusy

Okładka: 8,5/10
Teksty: 9,5/10
Kompozycje: 10/10

Ogólna ocena: 10/10

Konfrontację wygrywa album Demanufacture. Wprawdzie obie płyty zostały skomponowane na bardzo dobrym poziomie, dzieło Fear Factory zwycięża ze względu na wykorzystanie ciekawszych pomysłów nie tylko na teksty, ale także precyzyjne połączenie groove i industrial metalu. Sprawiło to, że Demanufacture to wyjątkowy album godny większej uwagi niż Burn My Eyes.

7 marca 2015

Recenzja: Pantera - Far Beyond Driven


Witam w kolejnej recenzji! Pozostańmy w klimatach Pantery; w ubiegłym tygodniu zabrałem się za dwa projekty utworzone przez byłych członków wyżej wymienionej grupy: Damageplan oraz Superjoint Ritual. Wiadomo było która by spokojnie przetrwała w gąszczu nowych, muzycznych trendów. Teraz jednak cofnijmy się w czasie, a konkretnie do roku 1994. Pantera wydaje swój trzeci, groovemetalowy album będący rozwinięciem poprzednika. Niekiedy jest uważany za najlepszą płytę grupy. Recenzję albumu planowałem zrobić mniej więcej w lipcu 2014 roku. Dopiero dzisiaj udało mi się znaleźć na nią czas. Przed wami: Pantera - Far Beyond Driven.

Far Beyond Driven jest siódmym (w tym trzecim w latach 90-tych) amerykańskiej grupy groovemetalowej Pantera. Został wydany 22 marca 1994 roku nakładem EastWest Records. Całkiem niedawno fani Pantery na Facebooku świętowali 20-lecie jego wydania. Z tej okazji sprzedaż wznowiono na jakiś czas sprzedaż albumu. Po wydaniu Far Beyond Driven, stosunki w grupie uległy pogorszeniu: Phil Anselmo w trakcie trasy koncertowej uległ nieszczęśliwemu wypadkowi boleśnie tłukąc sobie miednicę; z tego powodu, aby uśmierzyć ból, popadł w heroinowy nałóg. Far Beynod Driven uzyskało platynową płytę, oraz pierwsze miejsce w rankingu Billboard 200; obecnie uznawany jest za klasyka groove metalu.

Far Beyond Driven miało dwie okładki; obie zostały stworzone przez tego samego artystę, nie znam jednak jego imienia i nazwiska: na powyższej widoczna jest ludzka głowa z wbitym wiertłem w czoło na niebieskim tle. Zastąpiła ona poniższą grafikę, na której widzimy praktykę sado-maso w postaci wbijania wiertła w dupę odbyt w tle o kolorze brązowym (niczym ludzkie ekskrementy). Wydaje mi się, iż ta grafika ma odniesienie do tekstów o seksie. Obie grafiki prezentują się bardzo dobrze, jednak zdecydowanie bardziej przypadła mi do gustu druga wersja okładki.




Lista utworów:

1. Strengh Beyond Strengh
2. Becoming
3. 5 Minutes Alone
4. I'm Broken
5. Good Friends And A Bottle Of Pills
6. Hard Lines, Sunken Cheeks
7. Slaughtered
8. 25 Years
9. Shedding Skin
10. Use My Third Arm
11. Throes Of Rejection
12. Planet Caravan
13. The Badge
14. Electric Funeral


Jeżeli przeczytaliście poprzednią recenzję, dobrze wiecie że porównałem album A Lethal Dose Of American Hatred do Far Beyond Driven. Stwierdziłem, iż "Phil Anselmo próbował utworzyć swoją własną Panterę". Tutaj można zadać pytanie: "Niby jak? Bez braci Abbott nici!". I to jest oczywiste, mianowicie kompozycje napisane przez chłopaków z Pantery zadowalają. Większość utworów to ociężałe Można powiedzieć, że album jest rozszerzoną wersją Vulgar Display Of Power: oba albumy są do siebie bardzo podobne, z tą różnicą że Far Beyond Driven zawiera więcej nowoczesnych rozwiązań, przy tym wydaje się być bardziej przemyślanym dziełem. Dimebag Darrell napierdala tak jak należy na gitarze, a głos Phila brzmi świetnie. Wydaje mi się że trudno tutaj jest postawić jeden kawałek ponad drugim, wszystkie są na swój sposób niesamowite. Album w teorii idealny, szczerze to wydaje mi się że również w praktyce taki będzie. Na początku Pantera serwuje nam jazdę bez trzymanki w postaci Strengh Beyond Strengh. Tutaj objawia nam się pierwszy zarys albumu: muzyka z wieloma niespodziewanymi zwrotami akcji (w przypadku tego utworu chodzi mi o breakdown). Pod numerem dwa dostajemy brutalne Becoming. Przez wielu fanów jest uważane za najlepszy kawałek grupy. Następnie słyszymy kolejny, potężny kawałek ze stajni Pantery: 5 Minutes Alone. Następnie dostajemy przyjemne, aczkolwiek ciężkie I'm Broken mające klimat rodem z Vulgar Display Of Power. Good Friends And A Bottle Of Pills jest czymś z innej beczki; wprawdzie ma ten brutalny klimat Far Beyond Driven, został jednak zagrany bardziej... psychodelicznie. Pomimo lekkiej monotonii, całkiem przyjemnie się tego słucha. Później jest brutalne Hard Lines, Sunken Cheeks. Po nim jest Slaughtered; ma się wrażenie, jakby Pantera nagrała to za czasów Vulgar Display Of Power (ma kilka wspólnych cech z utworem otwierającym album, Mouth For War). Brutalności nie ma końca również na 25 Years. Po nim dostajemy świetny kawałek w stylu Slaughtered, Sheeding Skin. W Use My Third Arm, Pantera nieco wybija się z rytmu, dając nam w zamian do posłuchania czegoś nieco słabszego od reszty. Jest to utwór bardziej na poziomie The Great Southern Trendkill. W Throes Of Rejection, Pantera nadal pokazuje swoją słabszą stronę. Na koniec wersji oryginalnej dostajemy cover grupy Black Sabbath, Planet Caravan, z którym miałem do czynienia recenzując Paranoida w grudniu. Pomimo wieku, znacznie bardziej wolę wersję oryginalną utworu. Wydała mi się zagrana z większym uczuciem. Muszę jednak przyznać chłopakom z Pantery, iż postarali się, aby ich wersja brzmiała całkiem podobnie do oryginału. Pod numerem trzynastym (już w strefie bonusów), dostajemy świetny kawałek w postaci The Badge (będące coverem grupy Poison Idea). Na końcu słyszymy kolejny cover Black Sabbath, Electric Funeral (tu będące odrzutem z sesji nagraniowej Far Beyond Driven). Świetny kawałek, który pojawił się na albumie Nativity In Black z roku 2000.

Tak samo jak w przypadku kompozycji, do tekstów nie mam nic do zarzucenia. Słychać, że Pantera w tamtym czasie była w formie. Najprawdopodobniej od czasów Vulgar Display Of Power, to one najbardziej się zmieniły. Trudno było mi podzielić utwory na kategorie, o czym one są; w rzeczywistości w przypadku tematyki tekstów, album jest różnorodny. Czasem zdarzyło się coś na temat ludzkiego cierpienia i odnalezienia sobie siły w walce z życiowymi przeszkodami; Becoming jest o człowieku, który przeżył wewnętrzną transformację: z niezdarnego popychadła, zmienił się w złą, chciwą osobę. Good Friends And A Bottle Of Pills wypowiada się człowiek zamordowany wraz z kochanką przez jej męża/chłopaka. Wypowiada się on o swoim mordercy w pogardliwy sposób, tłumaczy mu na czym polega jego problem (warto poczytać ten tekst). W 5 Minutes Alone występuje osoba, będąca obiektem rasistowskich ataków. Tłumaczy swojemu oprawcy, iż jego tok myślenia wziął się z nikomu niepotrzebnych ideologii. Utwór 25 Years Phil Anselmo kieruje do swojego ojca alkoholika. Wokalista wytyka mu jego błędy, i życzy mu śmierci. W utworze Slaughtered, grupa krytykuje kościół katolicki za to, iż ten nie potrafi dobrze zinterpretować biblii, przez co tworzy własne, chore prawa. I'm Broken jest o młodym człowieku, który uprawiając seks ze swoją kobietą zaraził się AIDS, oraz spłodził syna. W Sheeding Skin wypowiada się mężczyzna cierpiący z powodu zdrady swojej dziewczyny. Podmiot liryczny mocno przeżywa rozstanie, które go czeka. W Strengh Beyond Strengh, Phil Anselmo krytykuje współczesne czasy. Hard Lines, Sunken Cheeks jest na temat człowieka, który przez wiele lat brał narkotyki. The Badge oraz Use My Third Arms są na temat nadużywania władzy przez policję. Throes Of Rejection jest o mężczyźnie, który ciężko przeżył odrzucenie przez dziewczynę, w której się zakochał. Electric Funeral jest o świecie, który został zniszczony przez wojnę atomową. Z kolei Planet Caravan jest o żołnierzach, którzy zostali zabici w czasie wojen, i przeżywają swoją podróż do niebios.

Podsumowując, Far Beyond Driven w pełni zasługuje na swoje wyróżnienia. Dla mnie jest to album, w przypadku którego Pantera osiągnęła status idealny. Wprawdzie fani bardziej wolą Cowboys From Hell i Vulgar Display Of Power, jednak Far Beyond Driven wydał mi się dziełem znacząco przebijającym dwa pierwsze albumy z lat 90-tych. Jest to kolejny dowód na to, iż w latach 90-tych nic nie mogło konkurować z Panterą, nawet podupadająca Metallica ze swoim The Black Album. Chłopaki włożyli trud w stworzenie albumu; wydaje mi się, że dobrze wiedzieli, iż w tym składzie są w stanie osiągnąć wyżyny w tworzeniu muzyki. Można powiedzieć, iż Far Beyond Driven podbije serce nawet osoby, która nie jest wielkim fanem metalu. Sądzę, iż zapamiętam album na bardzo długo. Polecam przesłuchać!

Zalety:
- Świetne kompozycje
- Ciekawe teksty poruszające ważne tematy

- Brak monotematyczności
- Okładki
- Różnorodność
- Wokal Phila Anselmo

- Bardzo dobre covery
- Połączenie brutalności i piękna
- Klimat
- Szczerość
- Ciekawe rozwiązania

Wady:
- Nie znalazłem


Okładka: 10/10
Teksty: 10/10
Kompozycje: 10/10


Ogólna ocena: 10/10

2 marca 2015

Konfrontacja: Superjoint Ritual - A Lethal Dose Of American Hatred vs Damageplan - New Found Power


Witam w kolejnej konfrontacji! Wielu z was zapewne kojarzy Panterę - zespół, który zrewolucjonizował heavy metal, wprowadził wraz z Sepulturą i Machine Head gatunek groove metal, oraz niestety przerwał swoją działalność w wyniku konfliktu Phila Anselmo z Vinniem Paulem. Niedługo potem zakończył ją na dobre z powodu zastrzelenia gitarzysty, i ojca założyciela, Dimebaga Darrella. Przed śmiercią legendy Superjoint Ritual (z Philem Anselmo na czele) i Damageplan (utworzone przez braci Abbottów) wydają swoje dwa ostatnie albumy. Przed wami: Superjoint Ritual - A Lethal Dose Of American Hatred vs Damageplan - New Found Power.


Superjoint Ritual - A Lethal Dose Of American Hatred


A Lethal Dose Of American Hatred jest drugim, a za razem ostatnim albumem amerykańskiej grupy hardcore'owej Superjoint Ritual. Został wydany 22 lipca 2003 roku nakładem Sanctuary Records. Po wydaniu albumu grupa rozpadła się pod koniec 2004 roku w wyniku kłótni między członkami grupy. Panowie wrócili do grania w roku 2014 pod nazwą Superjoint; w roku 2015 mają wystąpić na Hellfest Open Air. Album A Lethal Dose Of American Hatred był pozytywnie oceniany zarówno przeze krytyków jak i fanów.

Okładka wygląda trochę jak napis na murze w jednej z dzielnic Los Angeles. Po prawej stronie widzimy pentagram; przy nim znajdują się liście konopi indyjskich (marihuany). W pierwszym momencie okładka skojarzyła mi się nieco z Inflikted grupy Cavalera Conspiracy. W porównaniu do niej, jest jednak wykonana całkiem dobrze. Wygląda całkiem stylowo, niczego na niej nie brakuje. Jest to jedna z lepszych, niskobudżetowych okładek jakie widziałem.


Lista utworów:

1. Sickness
2. Waiting For The Turning Point
3. Dress Like A Target
4. Destruction Of A Person
5. Personal Insult
6. Never Sit Or Stand Again
7. Death Threat
8. Permanently
9. Stealing A Page Or Two From Armed And Radical Pagans
10. Symbol Of Nevermore
11. The Knife Rises
12. The Horror

Słuchając tego albumu wydawało mi się, że po nieudanej próbie dojścia do porozumienia z braćmi Abbott, Phil Anselmo próbował utworzyć własną Panterę... tyle że bardziej hardcore'ową. Kompozycje są raczej średnie; album brzmi jakby Phil i Dimebag Darrell pisali muzykę pod wpływem spirytusu z dodatkiem nitrogliceryny i łyżki majonezu. Właśnie to mnie zaskoczyło; pomimo że Darrella tutaj nie ma, ma się wrażenie jakby to on grał na gitarze prowadzącej. Phil ma tu swoje lepsze, jak i gorsze momenty. Pod tym względem przypomina James'a Hetfielda z Metalliki na Death Magnetic. Chłopaki rozpoczynają hardcore'ową młóćką Sickness. Niestety, tutaj się zawiodłem: kompozycja jeszcze jako tako, ale wokal Phila strasznie mnie wkurwiał (nie dość, że wokalista kiepsko brzmi, to tekst jaki napisał nie pasuje do kompozycji), co w przypadku Pantery było raczej niemożliwe. Następny na liście jest trochę bardziej punkowy Waiting For The Turning Point. Utwór wprawdzie przypomina poprzednika, jest jednak bardziej wciągający. Wokal Phila jest już mniej uciążliwy, i kompozycja wydaje się lepsza (pomimo że utwór trwa nieco ponad minutę). Później słyszymy średnie Dress Like A Target. Numer czwarty to zwolnienie w stylu Pantery z czasów Far Beyond Driven i The Great Southern TrendkillDestruction Of A Person; jest to bardzo przyjemny dla ucha groovemetalowy kawałek z odrobiną hardcore'u. Później słyszymy Personal Insult. Utwór brzmi jakby został napisany wraz z Andreasem Kisserem i Maxem Cavalera z Sepultury za czasów Chaos A.D. Dalej dostajemy całkiem porządne Never Sit Or Stand Again będące jednocześnie najdłuższym utworem, i moim faworytem na tym albumie. Kawałek kojarzy mi się trochę z albumem Lowest Of The Low grupy Terror. Death Threat oznacza powrót do punkowego stylu, w którym jak widać były lider Pantery się zadomowił. Później słyszymy całkiem niezłe Permanently. Dalej dostajemy średnie Stealing A Page Or Two From Armed And Radical Pagans. Następny na naszej liście jest całkiem przyzwoity Symbol Of Nevermore. W porównaniu do poprzednich utworów jest postawiony na ociężałość. Całkiem przyjemnie się go słucha, miejscami brzmi jak utwór grupy Machine Head. The Knife Rises to kolejny ociężały kawałek. W porównaniu do poprzedników ten ma kluczową zaletę, mianowicie główny riff mocno zagnieżdża się w pamięci. Obok Destruction Of A Person i Never Sit Or Stand Again jest to najlepszy kawałek z płyty. The Horror to powrót do hardcore'owej młóćki w stylu Lowest Of The Low grupy Terror.

Teksty są raczej dobre. Widać, że Phil Anselmo się nad nimi początkowo wysilał. Niestety, nie udało mu się dopasować ich do kompozycji, przez co muzyka często jest nierówna, i nie słucha się jej dobrze. Teksty na płycie dotyczą zwykle nienawiści wobec drugiej osoby (Dress Like A Target, Permanently, Personal Insult, Waiting For The Turning Point), a także ludzkiego szaleństwa spowodowanego przez silną traumę, lub uzależnienie od narkotyków (Never Sit Or Stand Again, Death Threat, Sickness, The Horror, Symbol Of Nevermore). W utworze Stealing A Page Or Two From Armed And Radical Pagans grupa posądza religię jako powód konfliktów. W Destruction Of A Person Phil omawia swoje życie towarzyskie; tym samym niesie przesłanie: "nie wierz nikomu, gdyż nie wiesz kiedy ktoś może ciebie zranić". Z kolei w utworze The Knife Rises, grupa potępia rozwiązywanie konfliktów siłą.

Podsumowując, żałuję że nie poznałem tego albumu wcześniej... byłby całkiem niezłym kandydatem do konfrontacji z Lowest Of The Low. W rzeczywistości jest to raczej słaby album, a spodziewałem się czegoś naprawdę dobrego ze strony Phila Anselmo, w końcu to legenda. Nad kompozycjami nikt się raczej nie wysilał: jest to muzyka skonstruowana na pół gwizdka, miałem często wrażenie że album był niedokończony. Złe też było to, że muzyka którą napisała grupa Superjoint Ritual nie zapadała w pamięć, a to moim zdaniem jest bardzo ważne. Sam wokal Phila też brzmiał kiepsko. W tym przypadku jedyną zaletą jest instrumentarium, które kojarzy się z Panterą. Co do tekstów, Phil napisał je dobrze, nie dopasował ich jednak do kompozycji jak należy. Słychać, że A Lethal Dose Of American Hatred miało potencjał. Gdyby to dzieło trochę dopracować, na pewno coś z tego by było.

Zalety:
- Różnorodność
- Dobrze napisane teksty
- Brzmienie rodem z Pantery
- Okładka

Wady:
- Album jest niedopracowany
- Muzyka nie zapada w pamięć
- Wokal Phila


Okładka: 8,25/10
Teksty: 8/10
Kompozycje: 6,25/10

Ogólna ocena: 6,5/10


Damageplan - New Found Power


New Found Power jest jedynym albumem studyjnym amerykańskiej grupy groovemetalowej Damageplan. Został wydany 10 lutego 2004 roku nakładem Elektra Records. Damageplan powstało w trakcie przerwy w działalności Pantery w 2003 roku. Skłóceni z Philem Anselmo, bracia Dimebag Darrell i Vinnie Paul zapraszają wokalistę Patricka Lachmana znanego ze współpracy z Robem Halfordem w jego solowym projekcie, oraz gitarzystę Boba Zilla. Nowe wcielenie braci Abbott spodobało się ludziom, z tego powodu grupa rozpoczęła wielką trasę koncertową wraz z grupami Hatebreed, Drowning Pool i Unearth. W trakcie koncertu, 8 grudnia 2004 roku ginie gitarzysta grupy, Dimebag Darrell. Jego śmierć powoduje rozpad zarówno Damageplan, jak i Pantery. Album spodobał się krytykom i fanom, sprzedał się w nakładzie 44 tysięcy kopii w ciągu tygodnia. Album zadebiutował na 38 miejscu w rankingu Billboard 200.

Okładka przedstawia członków grupy Damageplan (kolejno: Vinnie Paul, Bob Zilla, Patrick Lachman i Dimebag Darrell) na tle wybuchającego samochodu. Przypomina mi to trochę obrazki w stylu Hollywood, aczkolwiek ten został wykonany znakomicie. Od samego początku grafika wydała mi się całkiem fajna dla oka: nawet pomimo tego, że widoczni są na niej członkowie grupy, nie odnoszę wrażenia jakbym oglądał album rodzinny. Po prostu: chłopaki sobie idą, w tle wybucha samochód... wygląda to naprawdę niesamowicie.


Lista utworów:

1. Wake Up
2. Breathing New Life
3. New Found Power
4. Pride
5. Fuck You
6. Reborn
7. Explode
8. Save Me
9. Cold Blooded
10. Crawl
11. Blink Of An Eye
12. Blunt Force Trauma
13. Moment Of Truth
14. Soul Bleeding
15. Ashes To Ashes

Patrząc na to, co się tutaj działo, wydaje mi się że na dłuższą metę Damageplan byłby świetnym projektem: znani i lubiani goście (Corey Taylor, Zakk Wylde i Jim Cantrell), ciekawy klimat w iście kowbojskim stylu, nisko nastrojona gitara, nowoczesność która wtedy jeszcze nie psuła muzyki, różnorodność oraz porządne kompozycje łączące w sobie heavy metal i groove metal. Co ciekawe, nawet jak na dzisiejsze lata, album brzmi całkiem świeżo. Cóż, jeżeli nie świetnym, to chociaż znacznie lepszym niż obecna kapela w której gra Vinnie Paul: Hellyeah. Sam wokalista radzi sobie całkiem dobrze. Wprawdzie nie śpiewa tak dobrze jak Phil Anselmo (Pat operuje głównie krzykiem), jednak gdy go tutaj słucham, jestem mu w stanie to wybaczyć. Z kolei Dimebag Darrell nie gra tak dobrze jak na Panterze, chociaż muszę przyznać że na New Found Power ma swoje świetne momenty. Ten gość brzmi naprawdę znakomicie. Jedyną wadą jaką można tutaj znaleźć jest sama jakość kompozycji, którą panowie z Damgeplan mogliby jakoś poprawić. Od samego początku grupa dowala do pieca z Wake Up: jak sama nazwa wskazuje, ten kawałek ma obudzić słuchacza: jest to cholernie przyjemna w słuchaniu kompozycja, główną rolę gra tu perkusja. Numer drugi to brutalne uderzenie w postaci Breathing New Life: potężna kompozycja z ciekawymi zwrotami akcji. Przytłumiony wokal Lachmana nadaje temu lekko psychodelicznego klimatu. Z kolei New Found Power pod względem brzmienia bardziej przypomina grupę Hellyeah. Na Pride panowie nieco zwalniają tempo, tworząc utwór bardziej w stylu The Great Southern Trendkill. Wydawać by się mogło, że chłopakom przydałby się Phil... sam Patrick również radzi sobie świetnie. Jest to jeden z najlepszych utworów na płycie. Przy piątce (Fuck You), grupa znacząco przyspiesza. W utworze udzielił się wokalnie Corey Taylor. Po nim słyszymy rasowy kawałek nieco bliższy heavymetalowi, Reborn. Wraz z grupą Damageplan zagrał Zakk Wylde. Następnie dostajemy chyba najostrzejszy utwór z albumu, Explode. Muzyka porządnie wgniata w ziemie, ma swoje momenty które powodują wydzielanie adrenaliny. Po porządnym napierdalaniu, Damageplan wraca do rasowego grania, tym razem w utworze Save Me. Następnie dostajemy przyzwoite Cold Blooded. Następnie dostajemy brutalne Crawl, z paroma lżejszymi momentami. Dalej jest całkiem dobre, heavymetalowe Blink Of An Eye. Następnie dostajemy zrównoważony, groovemetalowy utwór, Blunt Force Trauma. Z początku spodziewałem się czegoś podobnego do tego co nagrało jeszcze nie tak dawno Cavalera Conspiracy. Muszę jednak przyznać, że ten utwór bije na głowę całe Blunt Force Trauma braci założycieli Sepultury. Muzyka jest klimatyczna, riffy wpadają w ucho, a wokalista odwala dobrą robotę. Praktycznie pod koniec dostajemy ponury, ociężały kawał muzyki w postaci Moment Of Truth. Z kolei utwór Soul Bleed jest balladą zagraną na gitarze akustycznej; wystąpił w niej Zakk Wylde. Ostatni na naszej liście to utwór bonusowy nieco słabszy od reszty, Ashes To Ashes. Zaśpiewał na nim wokalista Jim Cantrell.

Do tekstów nie miałem żadnych zastrzeżeń. W większości z nich, grupa zachęcała nas do pracy nad sobą, oraz walki ze swoimi problemami (RebornPrideNew Found PowerCold BloodedCrawlBlunt Force Trauma). Na albumie znalazły się również teksty na temat ludzkiej zawiści i zazdrości (Wake UpFuck YouExplodeBreathing New LifeAshes To Ashes) Były też teksty na temat cierpienia spowodowanego kulminacją złych wspomnień i uprzedzeń (Soul Bleed, Save Me, Blink Of An Eye). Utwór Moment Of Truth dotyczy osoby, która wierzy, iż zostanie zbawiona ze względu na jej dobre uczynki i cierpienia, nie z powodu wiary.

Podsumowując, bardzo miło spędziłem ten wieczór słuchając New Found Power. Trochę dziwi mnie to, że grupa Damageplan nie stała się równie popularna jak Pantera; możliwe że to z tego powodu, że to tylko 1 album. W tym momencie raczej jestem w stanie wybaczyć te 15 utworów, zwłaszcza że każdy był bardzo dobry. Poza tym, skoro to cały materiał nagrany przez panów, nie mogę nic innego zrobić jak to docenić. Muzyka którą napisała grupa zapadła w pamięć; miejscami grupa zagrała nawet lepiej niż Pantera, co zrobiło na mnie niemałe wrażenie. Zastanawiam się, co by było gdyby tak naprawdę 8 grudnia 2004 roku Dimebag Darrell nie został zastrzelony. Możliwe, że kolejny album grupy byłby jeszcze lepszy od poprzednika... ewentualnie Pantera wróciłaby do grania. Szkoda, że taka szansa na rewolucję w muzyce heavy/groovemetalowej została zaprzepaszczona właśnie 8 grudnia.

Zalety:
- Bardzo dobrze napisane kompozycje
- Ciekawe teksty poruszające ważne tematy
- Okładka
- Różnorodność
- Dimebag Darrell i jego gitara
- Wokal Patricka Lachmana
- Połączenie rasowości i brutalności
- Klimat
- Nowoczesność będąca tu zaletą

Wady:
- Dosyć słaba jakość miksu


Okładka: 8,25/10
Teksty: 10/10
Kompozycje: 9,75/10

Ogólna ocena: 9,75/10


Konfrontację wygrywa album: New Found Power. Album zyskał znacznie większą przewagę w przypadku jakości napisanych tekstów i kompozycji w porównaniu do dzieła grupy Superjoint Ritual.

Obserwuj nas!