Wyszukaj

10 stycznia 2015

Konfrontacja: Sepultura - Roots vs Machine Head - The Burning Red


Witam w kolejnej konfrontacji! Tu Adi666. Boże, jak ja nie mogłem na ten wpis patrzeć, tylko modliłem się aby szybciej znikał w głąb bloga (wybacz Commando). Po prostu musiałem zrobić tego remake! Obaj zdaliśmy sobie sprawę z tego, iż gdy się człowiek śpieszy, to się diabeł cieszy. Dzisiaj na warsztat wezmę dwa albumy grup które pomimo tego, że były już mocno zakorzenione w swoim gatunku, postanowiły spróbować czegoś "nieco" innego. Patrząc na taką thrashową Sepulturę, nikt we wczesnych latach 90-tych nie spodziewał się czegoś z mnóstwem starych brazylijskich instrumentów. Z kolei w Machine Head mało kto doszukiwałby się inspiracji nu metalem (no, może odrobinę w The More Things Change...). Czy zmiana stylu dla grup się opłaci? Za chwilę się przekonamy! Przed wami: Sepultura - Roots vs Machine Head - The Burning Red.


Sepultura - Roots


Roots jest szóstym albumem studyjnym brazylijskiej grupy thrashmetalowej Sepultury. Został wydany 20 lutego 1996 roku nakładem Roadrunner Records. W porównaniu do poprzednich płyt, Roots jest płytą zupełnie inną, dominują na niej nisko nastrojone gitary, krzyk, a także brazylijski folklor. Thrashowo-death metalowego brzmienia na krążku nie uświadczymy, toteż od tej pory fani Sepultury podzielili się na tych co doceniają Roots, i tych co go nienawidzą. Jest to ostatnia płyta z Maxem Cavalerą na czele, pod koniec roku 1996 wokalista odchodzi z grupy z powodu konfliktu. Album zyskiwał zwykle pochlebne oceny.

Okładka została namalowana przez Michaela Whelana. Przedstawiony jest na niej Indianin z Ameryki Południowej wokół którego rosną czerwone korzenie. Osoba widoczna na grafice ma na twarzy wymalowane różne tajemnicze znaki związane z tradycją indiańskich plemion. Według mnie, projekt okładki jest kiepski, aż dziw mnie bierze że taki ktoś jak Michael Whelan narysował takie nie wiadomo co! Wszystko nabiera sensu dopiero wtedy, gdy się dowiemy że Roots jest w rzeczywistości albumem koncepcyjnym. Swoją drogą, skoro utwory są inne, to może i dobrze że grafika jest taka a nie inna.


Lista utworów:

1. Roots Bloody Roots
2. Attitude
3. Cut-Throat
4. Ratamahatta
5. Breed Apart
6. Straighttate
7. Spit
8. Lookaway
9. Dusted
10. Born Stubborn
11. Jasco
12. Istari
13. Ambush
14. Endangered Species
15. Dictatorshit
16. Procreation Of The Wicked
17. War (Bob Marley cover)
18. Mine

Pomimo tego, że Roots jest płytą odmienną od pozostałych, kompozycje nadal są na zaskakująco dobrym poziomie. Wprawdzie nie jest to taka rewelacja jaka była na Arise, czy Chaos A.D., ale ważne jest to że mamy Maxa na wokalu, a w latach 1987-1996 był to wyznacznik sukcesu grupy. Wiele utworów zostało zagranych wraz z plemionami Indiańskimi z Brazylii, co jeszcze bardziej podkręca atmosferę. Jedyne co mi tutaj przeszkadzało, to ilość utworów; całe szczęście, Sepultura nie popełniła takiej samej katastrofy jak ta nowa na A-Lex, chociaż przyznam że w paru momentach album jest męczący. Na początku dostajemy iście rasowy kawałek w stylu Chaos A.D., Roots Bloody Roots. Muszę przyznać że grupa postarała się nad utworem: chwytliwe brzmienie, a za razem porządne pierdolnięcie ze strony Sepultury, zapewne dla wielu fanów grupy (w tym mnie i MrCommando1995) pierwszy ich utwór jaki poznali. Chłopaki z Brazylii nie zamierzają spocząć jeszcze na laurach, i serwują nam kolejny dobry utwór, Attitude. Muszę przyznać, że potężne gitary grające ciężki riff robią tutaj wrażenie. Następnie słyszymy Cut-Throat, będące czymś nieco spokojniejszym od poprzedników; tutaj Max prezentuje swój rasowy wygar udowadniając nam, że również w groove metalu może być całkiem dobry. Wraz z numerem czwartym pojawia się troszkę dziwniejszy utwór, Ratamahatta w którym wzięli udział Carlinhos Brown, Ross Robinson oraz David Silveria. Następnie rozbrzmiewa świetnie zagrane Breed Apart, będące czymś równie dobrym jak Roots Bloody Roots. Później słyszymy ociężałe Straighthate mające w sobie coś, co sprawia że słuchacza ciągnie do niego. Po tak dużej ilości ciężkiego grania, Sepultura wraz z utworem Spit pokazuje nam, że wciąż potrafi zagrać coś szybszego. Po nim, grupa zwalnia tempo przy pomocy Lookaway, wykonanym wspólnie z Mike'iem Pattonem, Jonathanem Davis'em oraz DJ Lethalem. Utwór wręcz kipi ponurym, wciągającym klimatem, przez co może okazać się całkiem dobrym kandydatem na częstego gościa naszych głośników. Po niedługim czasie, Sepultura znowu przyśpiesza, tym razem z utworem Dusted. Tak samo jak w przypadku poprzednich, utwór brzmi naprawdę zajebiście. Dalej słyszymy plemienne, a za razem agresywne Born Stubborn. Później słyszymy instrumentalny utwór pod tytułem Jasco. Kawałek został zagrany na gitarze akustycznej, pod względem brzmienia kojarzy mi się z The Abyss z albumu Schizophrenia, niestety nawet w połowie nie jest tak dobre. Po nim słyszymy średnie Istari, będące kolejnym instrumentalem. Później Sepultura gwarantuje nam kolejny przypierd, tym razem w postaci Ambush. Kojarzy mi się on trochę z Cut-Throat i Breed Apart, muszę przyznać że został zagrany równie dobrze. W numerze czternastym, grupa raczy nas świetnym Endangered Species, ostatni na liście utworów z wersji oryginalnej jest Dictatorshit, będący niczym innym jak krótkim, hardcore'owym przypierdem w stylu Nowej Sepultury. Po nim następuje warty uwagi ociężały, a za razem brutalny cover Celtic Frost, Procreation Of The Wicked. W numerze 17, Sepultura daje nam chwilę wytchnienia z całkiem przyjemnym dla słuchu War, będący coverem Boba Marley'a. Ostatni utwór to Mine, będący czymś w rodzaju rozwinięcia Lookaway.

Jak już mówiłem, Roots jest albumem koncepcyjnym. Większość jego tekstów dotyczy plemion Indian z Ameryki Południowej (Roots Bloody Roots, Cut-Throat, Ratamahatta, Born Stubborn, Ambush). Na drugim miejscu usłyszymy utwory będące o Brazylii za czasów komuny (Attitude, Spit, Dusted, Endangered Species, Dictatorshit). Można również usłyszeć coś na temat ludzkiego cierpienia, i zagubienia w społeczeństwie (Straighthate, Breed Apart). Utwór War jest o znaczeniu wojen dla dzisiejszego świata. W Lookaway podmiot liryczny zastanawia się nad naturą człowieka. Nie wiem z kolei o czym jest Mine.

Podsumowując, album Roots jest naprawdę bardzo dobry. Pomyśleć że Sepultura na "pożegnanie" stworzyła coś, co jest nie tylko inne od poprzednich albumów, ale także będące czymś na równym poziomie. Żadna grupa przed Sepulturą nie nagrywała z Indianami w dżungli, bez wątpienia jest to bardzo uniwersalny pomysł. Teksty, okładka i kompozycje - to wszystko ze sobą się świetnie zgrało. W przypadku Sepultury nie mam pojęcia, dlaczego fani takich dzieł jak Arise, czy chociażby Beneath The Remains tak bardzo go nienawidzą. Różni się, wielkie mi co; ważne że Sepultura zagrała to tak jak powinna! Szkoda tylko, że Sepultura nie zdążyła się rozkręcić. Album stał się bez wątpienia bardzo ważnym obiektem inspiracji dla Nowej Sepultury, a także znakomitą bazą dla pierwszego albumu Soulfly.



Zalety:
- Bardzo dobrze napisane kompozycje
- Bardzo dobre teksty
- Świetny wokal
- Szczerość
- Różnorodność (przechodzenie od lekkości do ociężałości)
- Uniwersalne brzmienie
- Ważny przekaz
- Nieustająca ciekawość i radość ze słuchania

Wady:
- Ilość utworów
- Różnice poziomów między niektórymi utworami


Okładka: 6,5/10
Teksty: 10/10
Kompozycje: 9/10

Ocena ogólna: 9,5/10


Machine Head - The Burning Red



The Burning Red jest trzecim albumem amerykańskiej grupy groove metalowej, Machine Head. Został wydany 10 sierpnia 1999 roku nakładem Roadrunner Records. Tak samo jak w przypadku Roots, The Burning Red grupy Machine Head było czymś zupełnie innym w porównaniu do poprzedniego albumu; chłopaki z groove metalowego, ciężkiego grania przepełnionego klimatem, przerzucili się na lżejsze, bardziej nu metalowe brzmienie. Było to spowodowane najprawdopodobniej zmianą gitarzysty z Logana Madera (został wyrzucony za skandaliczne zachowanie w trakcie koncertów) na Arhue Lustera, będącego w Machine Head w latach 1997-2002. Dla wielu fanów kapeli zarządzanej przez Roba Flynna było to nie do pomyślenia. Album został przyjęty pomyślnie przez żeńską stronę fanów grupy, męska strona zwykle go nienawidzi. Płyta zwykle zyskiwała wysokie noty.

Na okładce przedstawiony jest czerwony kwiat, który wygląda jakby został namalowany na ścianie. Nie mam o niej wiele do powiedzenia, jest to po prostu zwykły kwiat który pachnie mi albumem przypominającym dzieło bardziej w stylu muzyki pop (!). Po prostu nie patrzy się na nią miło, ma się wrażenie że słucha się muzyki stworzonej przez kobietę. W takim Nightwish jeszcze by uszło, ale tak naprawdę kto uznaje to za metal?


Lista utworów:

1. Enter The Phoenix
2. Desire To Fire
3. Nothing Left
4. The Blood, The Sweat, The Tears
5. Silver
6. From This Day
7. Exhale The Vile
8. Message In The Bottle
9. Devil With The King's Card
10. I Defy
11. Five
12. The Burning Red

Patrząc na beznadziejną okładkę, promocję oraz zmianę stylu grupy (w tym paskudny fryz Roba Flynna) spodziewałem się chłamu. Kompozycje są dla mnie ogromnym zaskoczeniem, mianowicie zostały one napisane przyzwoicie. Czasem zdarzy się jakieś niedociągnięcie (np. monotonia), jednak większość zasługuje na jakąkolwiek uwagę. To co mnie pozytywnie zaskoczyło, to utwory brzmiące jakby zostały napisane w roku 1997. Poza tym, widać że Machine Head inspirowało się wielce popularnym Slipknotem. Wokal Roba Flynna niestety jest przesterowany, zamiast tego surowego ryku z Burn My Eyes, czy chociażby czystego "jęczenia" z The More Things Change... dostajemy rapowe pieprzenie w stylu Corey'a Taylora. Z początku dostajemy intro Enter The Phoenix wraz z Desire To Fire. Co dziwne, praktycznie na początku dostajemy najlepszy utwór. Pomimo tej ogromnej dawki nu metalu, utwór ma w sobie ogromne pokłady żywiołowości i energii. Nothing Left również jest niemałym zaskoczeniem, w każdym razie dla kogoś kto od początku spodziewał się katastrofy. Numer czwarty to przesłodzone The Blood, The Sweat, The Tears. Przez fanów fanki utwór uznawany jest za najlepszy z albumu, ja jednak gdy pobrałem album The Burning Red, po pierwszym przesłuchaniu zwyczajnie go usunąłem. Grupa próbowała połączyć żywiołowość z rasowością, co zwyczajnie im się nie udało. Grupa kontynuuje zanudzanie przy pomocy ballady o nazwie Silver. Wiem że Machine Head ma parę ciekawych ballad (np. Deafening Silence, czy chociażby A Farewell To Arms), jednak ta będąc jedną z pierwszych, po prostu nie wyszła. Wraz z utworem From This Day, Machine Head kończy swą złą passę, i zaczyna przyjemną, przebojową jazdę. Czasem utwór irytował ogromem przebojowości, jednak da się go słuchać. Następne jest zajebiste Exhale The Vile, będące powrotem do stylu z The More Things Change.... Niestety, z coverem grupy The Police, Message In The Bottle, grupa ponownie się nie popisuje. Po nim znów słyszymy bardzo dobry numer, utwór będący czymś w stylu Exhale The Vile, Devil With The King's Card. Później słyszymy bardzo dobre I Defy. Następne jest równie ciekawe Five, lekko zawiewające monotonią. Utwór nadrabia to czasem zajebistymi, wpadającymi w ucho riffami. Ostatnia jest monotonna ballada, The Burning Red. Wydaje mi się że wraz z tym utworem, grupa próbowała udawać Fear Factory, próbując nagrać swoje A Therapy For Pain, które zwyczajnie się nie udało.

Teksty są średnie. Rob Flynn pisząc je chyba nadzwyczaj mocno zainspirował się Limp Bizkit. Widać jednak, że to po prostu nie wyszło. Z tego powodu czasem teksty były mało zrozumiane, często słyszałem typowe zwroty dla frontmana Limp Bizkit, Freda Dursta. Na początku spotkałem się z tekstami na temat nieudolności władzy (Desire To Fire, Nothing Left, Silver, Devil With The King's Card). Usłyszałem również teksty będące na temat ludzkiego cierpienia (The Blood, The Sweat, The Tears, Exhale The Vile, Message In The Bottle, I Defy, Five). From This Day napisał Rob Flynn dla swojej dziewczyny, której dziękuje za wypełnienie pustki którą niegdyś miał. Co jest cholernie ciekawe, utwór tytułowy, The Burning Red jest o człowieku chorym na depresję, który zdecydował się popełnić samobójstwo. Jak już mówiłem, pod tym względem utwór przypomina A Therapy For Pain grupy Fear Factory z albumu Demanufacture. 

Podsumowując, The Burning Red pozytywnie mnie zaskoczył. Spodziewając się początkowej katastrofy zauważyłem, że album jest tak naprawdę całkiem dobrym dziełem. Zdarzały się utwory wykonane porządnie i z sercem, oraz takie przy których Machine Head pogubiło się. Czasem irytowała mnie monotonia w utworach, czasem psująca zabawę ze słuchania. Całe szczęście, był to jednorazowy "wyczyn" grupy, każdy następny album był lepszy.


Zalety:
- Znośne kompozycje
- Żywiołowość
- Klimat
- Przyjemne dla ucha riffy

Wady:
- Słabe teksty
- Monotonia
- Kiepska okładka
- Brak jakiejkolwiek brutalności
- Częste występowanie kiepskich utworów
- Brak różnorodności


Okładka: 1/10
Teksty: 6,25/10
Kompozycje: 7,5/10

Ocena ogólna: 7/10

Konfrontację wygrywa album Roots. Został wykonany o wiele lepiej w porównaniu do konkurenta.

1 komentarz:

  1. Co do "Roots" zapomniałeś jeszcze o jednym utworze - "Canyon Jam" ;)

    OdpowiedzUsuń

Obserwuj nas!