Wyszukaj

13 stycznia 2015

Komentarz (1): Moje top 5 najbardziej niedocenianych albumów

Witam w pierwszym komentarzu! Jeśli nie wiecie o czym będzie ta seria, to już śpieszę z pomocą! W komentarzach (początkowo nazywanych felietonami) będę wyrażał swoje myśli na różne tematy związane z muzyką metalową; będę również przedstawiał różnego rodzaju rankingi z własnego środowiska muzycznego. Nie będzie to wiało profesjonalizmem, wiele zagadnień będzie dotyczyło tego co do tej pory poznałem. Życzę miłego czytania :)

Każdy ma swój gust. Jedne są dosyć nietypowe, inne proste. Jeden będzie koneserem Lulu Metalliki i Lou Reed'a, inny będzie się cieszył z Countdown To Extinction Megadeth'u. Tak więc tutaj dla was pewna wskazówka: jak mógłbym ocenić swój ranking który za chwilę przedstawię? Będzie to raczej coś prostego, nie wychodzącego poza jakieś wygórowane normy. Wydaje mi się że raczej nie dobiorę się do jakiegoś szajsu pokroju Earth A.D./Wolfs Blood grupy Misfits.


Miejsce 5:

Biohazard - Means To An End


Mój ranking otwiera Means To An End wydany 10 lat temu. Niezwykle ciężki przypadek; rozumiem że Biohazard ostatnio jest dosyć rzadko słuchane, jednak nie jestem w stanie pojąć dlaczego album inspirowany krążkami z początku lat 90-tych został tak słabo przyjęty przez fanów którzy śledzą grupę od dawna? Inspirowany tu jest słowem odpowiednim, mianowicie oprócz dźwięków które kojarzymy z albumów grupy z XX wieku można też usłyszeć całkiem mocny powiew świeżości. To co można tu znaleźć to oczywiście muzyka inspirowana Black Sabbath, z dodatkiem agresywnego wokalu al'a New World Disorder. Rzecz jasna są tu też teksty w stylu Urban Discipline i State Of The World Address. W każdym razie jest to coś, co dla starego fana powinno być uciechą.


Miejsce 4:

Sodom - Tapping The Vein


Kolejne miejsce zajmuje 23-letni niemiecki krążek, Tapping The Vein. Album został znienawidzony przez rzeszę fanów z powodu eksperymentów z death metalem, z powodu zatrudnienia nowego gitarzysty Andy'ego Brings'a. Nie jestem w stanie zrozumieć postawy fanów, Tapping The Vein brzmi naprawdę znakomicie. Wprawdzie w dużym stopniu był inspirowany Possessed i Sepulturą (obie grupy bardzo lubię), jednak wciąż słychać tutaj dużo rzeczy wziętych z Persecution Mania, czy chociażby Agent Orange. Album jest bardzo klimatyczny, ma w sobie mnóstwo świetnych riffów, tylko czasem zdarzyło się coś co zanudziło. Tak to gorąco polecam ten krążek, zwłaszcza że najprawdopodobniej jest to ostatni dobry album studyjny grupy przed rokiem 1999. Wprawdzie nie jest tak dobry jak poprzednicy, ale i tak warto się z nim zapoznać, gwarantuję że się nie zawiedziecie.


Miejsce 3:

Machine Head - The More Things Change...


Tak samo jak w przypadku Means To An End grupy Biohazard, nie rozumiem dlaczego ten album został tak źle potraktowany. To że został wyparty przez The Blackening, Through The Ashes Of Empires, czy chociażby Bloodstone & Diamonds jestem w stanie zrozumieć. Nie rozumiem jednak jakim cudem został przegoniony przez słabe The Burning Red? Z jednej strony kwestia gustu... z drugiej jednak, grupa gra równie dobrze jak na Burn My Eyes! Niektóre utwory były nudne, bonusy kiepskie, jednak to nie zupełnie usprawiedliwia tego że album został niedoceniony. Grupa nawet w trakcie debiutu miała te same problemy. Zdecydowanie polecam The More Things Change... jako rekompensatę za następcę. Skoro mowa o The Burning Red, muzyka zdecydowanie za mocno zawiewała bezguściem, Rob Flynn pokazał nam że pajacowanie nie polega tylko na śpiewaniu w stylu James'a Hetfielda na albumie Reload. Pajacowanie w stylu Machine Head to posiadanie pedalskiego dresu oraz śmiesznego fryzu w stylu nastolatka grającego w boysbandzie. Trzeba też umieć łączyć rocka z nu metalem!


Miejsce 2:

Pantera - Power Metal


Wydaje mi się że za decyzję o dodaniu tego albumu do rankingu powinienem dostać po mordzie od fanów Pantery. Pytanie jednak, czy zasłużyłem, czy może to oni zasłużyli? Wydaje mi się że nikt tutaj nie jest winny. Oczywiście to co na sam początek płoszy znajduje się jeszcze przed wyciągnięciem płyty z opakowania: okładka. Jest niesamowicie brzydka i pedalska, ma się po prostu wrażenie że grupa nadal gra typowe glam metalowe gówno. Nazwa również odstrasza, ma się wrażenie jakby "Power Metal" opisywał gatunek. Tak się składa, że jest to muzyka bardziej w stylu heavy metal, inspirowana dokonaniami Judas Priest. Phil w większości operuje krzykliwym wokalem al'a Rob Halford. Wydaje mi się że grupa stawiała swoje pierwsze kroczki w muzyce która miała dokonać rewolucji. W każdym razie, chłopaki byli na dobrym tropie. Warto przynajmniej tym albumem się zaciekawić. Nie żebym zachęcał kogoś do polubienia, ale wydaje mi się że fajnie jest usłyszeć jak grupa gra tuż przed wydaniem wielkiego Cowboys From Hell.


Miejsce 1:

Slayer - Divine Intervention


W moim rankingu pierwsze miejsce zajmuje Divine Intervention Slayera. Nigdy nie rozumiałem fanów tej grupy. Krytykują ją z powodu odejścia Dave'a Lombardo (o nim opowiem w innym komentarzu), uważają że bez niego Slayer nic lepszego nie wymyśli. Wątpię, zwłaszcza dlatego że Dave jedyne co chciał robić to zgarniać forsę za swoją grę (żadnego pisania utworów). Mógłbym uznać go za najlepszego perkusistę świata, to co jednak mnie w nim zaczęło drażnić to ta ciągła chęć podwyżek i odejścia z grupy z powodu ich braku; a "fani" jeszcze dziwią się dlaczego on ciągle odchodzi, no ja pierdole! Z powodu odejścia Dave'a, Divine Intervention zyskało dosyć kiepską opinię: to perkusista do dupy, to brak basu, to przesterowany wokal. Wprawdzie album był gorszy od swoich poprzedników, jednak według mnie grupa zasługuje na podziw, pomimo pewnych trudności.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Obserwuj nas!