Wyszukaj

28 grudnia 2014

Konfrontacja: Cavalera Conspiracy - Pandemonium vs Obituary - Inked In Blood


Witam w kolejnej konfrontacji! Czytelnicy, którzy śledzą naszego bloga od dawna wiedzą że bez najnowszego dzieła Cavalera Conspiracy ani rusz. Założę się, że gdybyśmy mieli więcej czytelników pojawiłoby się pytanie: "A czemu nie zrecenzujecie najnowszego albumu Behemotha zamiast brać się za to gówno?" Odpowiedź jest prosta: kochamy projekty Maxa Cavalery, i niestety, nawet jeśli ich recenzje nie będą przyjmowane z uśmiechem, to i tak będziecie się ich spodziewać. By nie poprzestać na jednej recenzji fikuśnego albumu, postanowiłem dać krążek który od czasu wydania singla stał się bardzo wyczekiwanym dziełem roku 2014. Przed wami: Cavalera Conspiracy - Pandemonium i Obituary - Inked In Blood.


Cavalera Conspiracy - Pandemonium


Pandemonium (zwane również Babylonian Pandemonium) jest trzecim dziełem amerykańskiej grupy death metalowej Cavalera Conspiracy. Został wydany 31 października 2014 roku nakładem Napalm Records. Pod koniec roku 2013 zostaje zatrudniony nowy basista, Nate Newton znany z formacji Converge. Krążek miał być odstępstwem od wcześniejszego grania death metalu z groove metalem. Max podsunął bratu pomysł w związku ze zmianą stylu: "Jebać groove, mamy napierdalać! Masz grać tak jak wtedy gdy miałeś 15 lat.". Tak też się stało; singiel "Bonzai Kamikazee" pojawił się we wrześniu, opinie w związku z nim były mieszane. Jeszcze przed jego wydaniem, wydawało mi się że Pandemonium nie będzie takim bezpłciowym szajsem jak Blunt Force Trauma. Po wydaniu singla moja opinia była mieszana, ale o tym potem. Album został ciepło przyjęty zarówno przez krytyków jak i fanów, często jest uznawany za najlepszy album spośród dzieł Cavalery z lat 2013-2014 (Savages i Killer Be Killed).

Grafika została wykonana przez Stephana Doitschinoffa, znanego ze współpracy z Nową Sepulturą przy tworzeniu okładki do Dante XXI. Pamiętam jak z początku strasznie głowiłem się nad okładką. Nie miałem pojęcia co ona może przedstawiać. "Może to jest surrealistyczny obraz w stylu Arise, czy Chaos A.D.?". W pierwszym planie jest czaszka, obok kościste ręce, kominy elektrowni, trzy planety, schody, serce mroku i płonące flagi... "Co to do cholery może być?". W drugim planie zauważyłem gąsienice, koła oraz lufę, zdałem sobie sprawę że jest to czołg zmieszany z różnymi szczegółami. Okładka jest całkiem niezła, prezentuje się przyjemnie dla oka... jedynym problemem jest to że tak naprawdę nie rozumiem o co w niej chodzi.


1. "Babylonian Pandemonium"
Kawałek rozpoczyna się od długiego, aczkolwiek dobrego intra budującego napięcie. Pamiętam jak słuchałem tego pierwszy raz. Jedyne co myślę: "Może jednak Pandemonium nie będzie wcale takie złe?". Po chwili słyszymy agresywne walenie w perkusję, oraz riff zagrany nisko nastrojoną gitarą. Samo "Babylonian Pandemonium" jest raczej dziwnym kawałkiem. Mniejsza o to że jest w kiepskiej jakości. Słyszymy zajebistą zwrotkę lekko w stylu Omena, oraz kiepski refren psujący wrażenie. Co jeszcze mnie zaskoczyło? Przesterowany wokal Maxa, który dodatkowo buduje klimat, a także ta niesamowita agresja i klimat które zdecydowanie są czymś nowym od braci Cavalera. Nie jestem w 100 % pewien o czym może być "Babylonian Pandemonium"; utwór najprawdopodobniej jest o przepowiedniach proroka Izajasza. Zapowiada on napaść na Jerozolimę, Szinear i Królestwo Judy króla Babilonii, Nimroda.

Ocena: 8,75/10 (+3 za klimat, +2 za kompozycję)


2. "Bonzai Kamikazee"
Drugi utwór rozpoczyna się intrem w postaci odwróconej w czasie gry na perkusji. Po chwili słyszymy właściwy riff rodem z Blunt Force Trauma. Samo "Bonzai Kamikazee" kojarzy mi się lekko z utworem "Rasputin". Samo "Bonzai Kamikazee" jest cholernie prostym kawałkiem, pomimo tego nie jest wcale złe. Igor gra przez większość czasu na jedno kopyto, przez długi czas słyszymy prosty riff lekko w stylu Andreasa Kissera z czasów A-Lex Nowej Sepultury. Z perspektywy czytelnika "Bonzai Kamikazee" wydaje się czymś podobnym do poprzednika, jest to jednak coś zupełnie innego; owszem, rytm jest ten sam. Gitara jest jednak nastrojona nieco wyżej, sam kawałek zamiast kojarzyć się z agresją i brutalnością przypomina raczej pędzący samolot. Utwór jest poświęcony Kamikadze - pilotom z Japonii którzy walczyli z USA w czasie II Wojny Światowej.

Ocena: 8,75/10 (+2,5 za klimat, +1,5 za kompozycję)


3. "Scum"
Trzeci kawałek, i powrót do brzmienia rodem z "Babylonian Pandemonium". Od samego początku "Scum" było moim faworytem, zwłaszcza z powodu ciężkiej kompozycji nietypowej dla braci Cavalera. Nisko nastrojona gitara, brutalny riff i mocna perkusja oraz agresywny, przesterowany wokal, wszystko ze sobą zmiksowane tworzy coś naprawdę nietypowego. W porównaniu do poprzedników refren jest dobry, nawet pomimo tego że tak samo jak wcześniej słyszymy słowa tytułowe. W połowie "Scum" nieco zwalnia tempo. A szkoda, na początku gdy tego słuchałem miałem wrażenie że "Scum" do końca wyciśnie słuchacza. Co dziwne, pomimo tego że "Scum" jest przepełnione pojedynczymi zwrotami, wygląda dobrze. Do tak agresywnego kawałka wydaje się to pasować. Utwór jest skierowany do polityków, którzy uprzykrzają życie ludzkości.

Ocena: 8,75/10 (+4 za klimat, +2 za kompozycję)


4. "I, Barbarian"
Od samego początku wita nas brutalne intro, samo "I, Barbarian" prezentuje się dosyć przyzwoicie. Niestety, psuje się z powodu prostej i słabej zwrotki. Niestety, refren jest równie słaby. Z początku liczyłem że bardzo polubię "I, Barbarian", tak naprawdę dosyć rzadko tego słucham. Kawałek jest bardzo chaotyczny: skomplikowane riffy, agresywna perkusja oraz wokal kompletnie się ze sobą nie łączą, przez co "I, Barbarian" przypomina raczej papkę. Po drugim refrenie utwór zmienia się. Słyszymy ociężałą kompozycję, brutalny riff tworzący ciekawy klimat. I tak to ciągnie się aż do końca. Pomijając pierwszą połowę, "I, Barbarian" jest całkiem dobre, pomimo tego i tak nie polubię. Utwór jest o upadku Cesarstwa Rzymskiego spowodowanym przez atak Wandalów i Wizygotów (tj. Barbarzyńców).

Ocena: 6,25/10 (-1 za zbędny chaos, +1 za drugą połowę utworu)


5. "Cramunhao"
Sam kawałek w porównaniu do poprzedników jest znacznie bardziej melodyjny. Od razu rozpoczyna się od solówki i agresywnego riffu. Przed zwrotką perkusja się wycisza, i co chwilę słyszymy coś w rodzaju bekania (muszę przyznać, odstrasza to i początkowo nie chciałem zbytnio słuchać utworu). Ostatecznie "Cramunhao" stało się jednym z moich faworytów na albumie: słyszymy bardzo dobrą zwrotkę, miażdżący wstęp do refrenu w stylu "Babylonian Pandemonium", i oczywiście klimatyczny refren; wprawdzie składa się z tytułowych słów, brzmi jednak znakomicie. "Cramunhao" jest połączeniem brutalnego grania z melodyjnym graniem. Utwór jest istnym połączeniem gry z czasów Beneath The Remains i Arise z najlepszymi cechami Savages. Nie licząc tych odbeknięć przed zwrotkami "Cramunhao" jest ideałem. Utwór jest o osobie, która zaprzedała duszę diabłu. Z tego powodu kierowane są do niej groźby trafienia do piekła po śmierci.

Ocena: 9,5/10 (+4 za kompozycję, +2 za klimat i za połączenie brutalności z pięknem)


6. "Apex Predator"
Utwór rozpoczyna się od klimatycznego intra. Na początku słyszymy jedynie solówkę zagraną przez Marca Rizzo. Dopiero potem dochodzi gitara prowadząca i rasowy bas. Zdecydowanie "Apex Predator" jest czymś innym w porównaniu do poprzednich kawałków, spośród nich przypomina najbardziej "Bonzai Kamikazee". Utwór jest szybki, perkusja mocno daje o sobie znać. Wokal Maxa Cavalery w zwrotkach mógłby być lepszy, aczkolwiek w refrenie wypada wyśmienicie. Obok "Scum", "Apex Predator" ma najlepszy refren na albumie. Jedyne czego mi tutaj brakuje to wplecionych zwrotów akcji które spowodowałyby że utwór byłby jeszcze większą bombą. Nie mam jednak większych zastrzeżeń, "Apex Predator" jest czymś na co warto zwrócić uwagę. Sam kawałek brzmi jakby został napisany za czasów Conquer grupy Soulfly. "Apex Predator" może mieć dwa znaczenia. 1: Utwór jest o drapieżniku, który został pozbawiony swojego naturalnego środowiska. 2: "Apex Predator" jest o zniewolonym kraju przez rząd.

Ocena: 9,5/10 (+3 za kompozycję, +1 za intro)


7. "Insurrection"
"Insurrection" rozpoczyna się od agresywnego intra zagranego na perkusji. Po chwili słyszymy muzykę lekko w stylu "Cramunhao": agresywna, melodyjna solówka i niepozorna gitara prowadząca w tle. Sama zwrotka w "Insurrection" jest średnia, nie wyróżnia się wśród tłumu; jest rzecz jasna przepełniona typowymi powtórzeniami dla Maxa Cavalery (I see the...), tak samo druga zwrotka. Niestety, w porównaniu do utworu "Scum", do "Insurrection" ten zabieg praktyczniwoe nie pasuje. Jest to chyba najgorszy tekst z Savages, pomimo tego utwór da się lubić za kompozycję. Zdecydowanie lepszy jest refren, jeden z bardziej rozbudowanych w Pandemonium. Słyszymy słowa: "New dark age - Insurrection!". Na podziw zasługuje również ociężałe outro w stylu Savages. O dziwo, wokalnie "Insurrection" nie zostało niczym wzbogacone, po prostu słyszymy lekko przesterowany wokal Maxa, bez żadnych demonicznych głosów. Tak samo jak "Babylonian Pandemonium", utwór jest o przepowiedniach Izajasza związanymi ze zniszczeniem Jerozolimy.

Ocena: 7,25/10 (-2 za tekst)


8. "Not Losing The Edge"
Sam kawałek rozpoczyna się od bardzo niepozornego intra; w pewnym momencie dochodzi jeszcze gitara grająca bardzo dobry riff na miarę "Cramunhao". Po raz pierwszy na albumie Cavalera Conspiracy jesteśmy w stanie usłyszeć plemienne wstawki w postaci sitaru (zwróćcie uwagę że na Inflikted i na Blunt Force Trauma ich nie było). Sam utwór jest jednocześnie łagodny i brutalny. Kawałek ma dosyć spokojną zwrotkę w stylu Savages, oraz brutalny refren. Można również znaleźć całkiem sporo zwrotów akcji. "Not Losing The Edge" da się lubić właśnie za połączenie piękna i brutalności, słucha się go z przyjemnością, i jedyne na co się czeka to outro które jest równie dobre jak intro. Tak samo jak w przypadku poprzednika, kawałek nie został niczym wzbogacony ze strony wokalnej. Utwór wydaje się być kontynuacją "Cramunhao": mowa jest o człowieku, który po zaprzedaniu duszy diabłu zdaje sobie sprawę, że popełnił błąd. Z tego powodu ucieka z piekła, ścigany jest jednak przez sługusów szatana.

Ocena: 8,75/10 (+4 za intro i outro utworu, +2 za połączenie brutalności i piękna)


9. "Father Of Hate"
Utwór rozpoczyna się od intra przypominającego lekko "The Vatican" Nowej Sepultury z Mediatora. Pomimo tego niedługo potem "Father Of Hate" dostaje speed-up'a. Igor rzecz jasna gra na jedno kopyto, znacznie większe zaangażowanie słychać ze strony gitarzystów: jest melodyjnie i agresywnie. Tak samo wokal. Do połowy utwór jest dosyć nudny, potem jednak zaczyna się coś dziać, przez co rośnie częstotliwość zwrotów akcji. To jakaś solówka, to breakdown... można się tym trochę nacieszyć. Najlepszy jest jednak tekst, zdecydowanie coś dla fanów starej Sepultury. Utwór jest skierowany do Andreasa Kissera. Traktuje on grupę stworzoną przez braci Cavalera jak swoją własność, i jeszcze zbiera z tego powodu laury. Wydaje się to być poniekąd odpowiedzią na utwór "Mask" Nowej Sepultury z albumu Kairos.

Ocena: 8,5/10 (+3 za tekst, +1 za kompozycję)


10. "The Crucible"
Od samego początku słyszymy agresywne intro dodające uroku. Niedługo potem słyszymy zupełnie inny kawałek od poprzednich: "The Crucible" jest postawione na brutalność. Poza tym, wokalnie udzielił się nowy basista grupy, Nate Newton. Wbrew pozorom jego agresywny wokal bardzo pasuje do "The Crucible", dodaje niezbędnego klimatu. Do Pandemonium powrócił również niski, przesterowany wokal Maxa. I niestety, on tutaj jest najgorszy. Poza tym, kwestie byłego lidera Sepultury brzmią beznadziejnie. Wparwdzie są dobrze napisane, zostały jednak źle wplecione w kompozycje. Skoro mowa o kompozycji, może fajniej by było gdyby "The Crucible" zostało zaśpiewane przez Nate'a Newtona? Zwłaszcza że "The Crucible" ma mnóstwo zwrotów akcji, bardzo się wyróżnia na tle pozostałych kawałków (melodyjność połączona z BRUTALNOŚCIĄ). Utwór jest o polowaniu na czarownice z Salem z 1692 roku.

Ocena: 7,75/10 (+2 za wokal Nate'a Newtona, +1 za tekst i kompozycję, -2 za połączenie tekstu i kompozycji)


11. "Deus Ex Machina"
"Deus Ex Machina" wydaje się być powrotem do czasów Enslaved; jest to zupełnie coś innego: rozbudowana kompozycja, prawie siedem minut muzyki, rozważne operowanie brzmieniem, a także niezwykle dobry jak na Cavalerę tekst (ostatnio taki dobry słyszałem właśnie na Enslaved)... wydaje się być to połączeniem wszystkich poprzednich utworów. Typowe Soulfly z lat 2005-2012. Agresja wprawdzie jest wyczuwalna, nie jest jednak jej tak dużo jak w poprzednikach. "Deus Ex Machina" nadrabia wszystko klimatem i właśnie tym skomplikowanym, death metalowym brzmieniem. Słucha się go bardzo przyjemnie, i jest to zdecydowanie jeden z ciekawszych bonusów wśród wszystkich z albumów Soulfly i Cavalera Conspiracy razem wziętych. Wydaje mi się że Max Cavalera więcej nad nim pracował niż nad niektórymi kawałkami z wersji oryginalnej. Zdecydowanie polecam! Utwór jest o Deus Ex Machina - jest to nieoczekiwany zbieg wydarzeń prowadzący do wyjścia z bardzo trudnej sytuacji. W tym przypadku "trudną sytuacją" jest życie ludzkości na Ziemi. W pewnym momencie nadchodzi zapowiedziana apokalipsa, i następuje zbawienie.

Ocena: 9,5/10 (+4 za klimat, +3 za kompozycję i tekst)


12. "Porra"
Dla Cavalera Conspiracy "Porra" jest bardzo nietypowym kawałkiem. Pamiętam że z początku spodziewałem się czegoś w stylu "Porrada" z albumu Prophecy. Utwór rozpoczyna się od etnicznej wstawki w postaci berimbau oraz gitary flamenco. W tle słyszymy głos Chico Science z grupy Nacao Zumbi. Jest to zdecydowane przeciwieństwo do "Deus Ex Machina"; muzyka zdecydowanie bardziej w stylu Prophecy. W porównaniu do poprzednich kawałków słucha się go znacznie przyjemniej, nie jest to jakaś brutalna kompozycja. Nawet zwrot akcji w drugiej minucie niewiele zmienia, nadal "Porra" jest przyjemne w słuchaniu. Nie znalazłem tekstu w internecie.

Ocena: 8,25/10 (+2 za kompozycję)


Podsumowując nie zawiodłem się na Pandemonium, jest to album na który warto się namyślić i go posłuchać. Muzyka była czymś w pewnym sensie innowacyjnym w brzmieniu braci Cavalera: dominowało brutalne, szybkie granie bez nacisku na groove metal. Pojawiły się również bardzo nietypowe zabiegi, takie jak mocno przesterowany wokal (niski oraz demoniczny), oraz nacisk na perkusję w miksie (dalej jednak twierdzę że miks został spieprzony). W tym przypadku wydaje mi się, że Max z Igorem spełnili swoje fantazje w związku z albumem Morbid Visions. Jedyne co najprawdopodobniej nie należy do nowości to teksty. Nadal są dosyć słabe, czasem nie były dopasowane do kompozycji i zawiewały prymitywnością, jedyny moment kiedy z ich powodu cieszyła mi się micha był w utworze nr. 9, kiedy to Max Cavalera wytknął błędy dla Andreasa Kissera. Teksty są jednak znacznie lepsze w porównaniu do rok wcześniej wydanego Savages. Wprawdzie nie jest to najlepszy album wydany w 2014 roku, jednak i tak polecam się nim zainteresować, tak z czystej ciekawości, co ten Cavalera znowu zaserwował.


Zalety:
- Kompozycje
- Brutalność
- Klimat
- Innowacyjne brzmienie
- Połączenie agresji z pięknem
- Bardzo dobre riffy i melodyjne brzmienie
- Okładka
- Bardzo dobre bonusy

Wady:
- Jakość miksu
- Częste spadki jakości muzyki
- Teksty


Okładka: 8/10
Teksty: 5,5/10
Kompozycje: 8,5/10

Ogólna ocena: 7,25/10


Obituary - Inked In Blood


Inked In Blood jest dziewiątym albumem studyjnym amerykańskiej grupy death metalowej Obituary. Został wydany 28 października 2014 roku nakładem Relapse Records. Słuchając ostatniego albumu grupy uznałem że dla Obituary przyda się odświeżenie; album przypominał trochę Morbid Tales grupy Celtic Frost połączone z crossover thrashem i Cause Of Death. Ponieważ wiedziałem że grupie kończą się pomysły, data wydania ich najnowszego dzieła nie zdziwiła mnie. Najnowsze dzieło Obituary było raczej niespodziewanym wydawnictwem, nikt nie podejrzewał że w tym roku pojawi się ich najnowszy album. Inked In Blood zostało zapowiedziane wraz z wydaniem niespodziewanego singla "Visions In My Head". Przed wydaniem albumu odszedł długoletni basista grupy, Frank Watkins; zastąpił go Terry Butler. Album został doceniony zarówno przez krytyków jak i fanów, obecnie uważany jest za jeden z najlepszych albumów z gatunku death metal wydanych w roku 2014.

Okładka jak na Obituary jest bardzo nietypowa. Patrząc na nią zastanawiam się czy przypadkiem ktoś nie podmienił jej z okładką A Skeletal Domain grupy Cannibal Corpse. W centrum przedstawiony jest przepołowiony korpus przybity do ściany z oderwanymi rękoma i odciętą głową. Na środku oczywiście napisane jest "Obituary". Sama grafika sugeruje, że chłopaki z Florydy nieco zmienią swoje brzmienie. Nie licząc albumu Darkest Day, ostatnia okładka jaka najbardziej mi się podobała była na albumie Cause Of Death. Ta zdecydowanie rządzi, przebija wszystkie poprzednie.

NIE ZNALAZŁEM FILMU ANI PLAYLISTY

1. "Centuries Of Lies"
Album rozpoczyna się od hardcore'owego uderzenia. Kojarzy mi się to nieco z albumem Lowest Of The Low grupy Terror. Słychać jednocześnie typowe zabiegi wokalne dla grupy, takie jak bezduszne darcie mordy. Zazwyczaj uważałem to jako wadę tej grupy, pomimo tego tutaj wypada to naprawdę świetnie, pasuje do hardcore'owej kompozycji. Wszystko fajnie się ze sobą łączy: tekst, wokal, gitara i perkusja. Wprawdzie niewielki wysiłek, ale już słychać że kilka lat przerwy dobrze zrobiło dla grupy. Tekstu nie znalazłem w internecie.

Ocena: 7,5/10


2. "Violent By Nature"
Drugi utwór rozpoczyna się od ociężałego intra w stylu Slowly We Rot. Słyszymy ciężką perkusję, ostry riff i krzyki wokalisty. Słychać że "Violent By Nature" znacznie bardziej pasuje jako intro do albumu. Po intrze słyszymy krótką pauzę dodającą klimatu. Następnie słyszymy bardzo dobrą zwrotkę zdecydowanie w innym stylu niż wszystkie poprzednie utwory. Dopiero tutaj Obituary pokazuje to co potrafi najlepiej. W pewnym momencie riff zaczyna mi się nudzić. Całe szczęście w odpowiednim momencie wkracza zwrot akcji (połowa pierwszej minuty). Słyszymy zupełnie inny riff, nakręcający na słuchanie. Pomimo stosunkowo wolnego tempa, utwór ma wiele zwrotów akcji typowych dla tego gatunku; budzi to moje skojarzenia oczywiście z albumem Cause Of Death; można powiedzieć że tych momentów jest mnóstwo. Pomimo nowoczesnego brzmienia grupa nie rezygnuje ze starych zasad, a to jest dobre. Zdecydowanie "Violent By Nature" bardziej pasuje na numer 1. Tekstu nie znalazłem w internecie.

Ocena: 9,5/10 (+3 za kompozycję i za klimat, -0,5 za początkową nudę)


3. "Pain Inside"
Kolejny kawałek rozpoczyna się od brutalnego, ociężałego uderzenia w stylu albumu The End Complete zmieszane z intrem do utworu "Cause Of Death" z albumu o tej samej nazwie. Samo intro brzmi naprawdę solidnie, bardzo dobrze nakręca do słuchania. Słuchając dalej, "Pain Inside" jest zdecydowanie hardcore'owym uderzeniem w stylu Black Sabbath (kojarzy mi się jednocześnie crossover'owym brzmieniem State Of The World Address grupy Biohazard). Utwór kipi ociężałym klimatem, spowodowany jest przez brutalne riffy i krzyki wokalisty al'a Cause Of Death (bez paniki, nie są przesterowane). Szczerze powiedziawszy jestem mocno zaskoczony tym, że teksty do Inked In Blood do tej pory nie pojawiły się w internecie.

Ocena: 9,75/10 (+3,5 za klimat, +3 za kompozycję, +2 za brutalność)


4. "Visions In My Head"
Jak już mówiłem na wstępie, "Visions In My Head" było niespodzianką od Obituary dla fanów; pamiętam jak pierwszy raz go posłuchałem, istna magia! Po tamtym czasie równie dobrze się go słucha. Rozpoczyna się od porządnego, agresywnego riffu. Dopiero tutaj słychać jak Obituary dowaliło do pieca, łącząc muzykę ze swoich najlepszych lat. Wokal w zwrotce jest bardzo przebojowy, połączenie brzmienia perkusji i gitary tworzą coś co zapada w pamięć. "Visions In My Head" jednocześnie dostarcza nam ciężkiego klimatu rodem z gotyckich imprez. Często zdarzają się również niespodziewane zwroty akcji, co powoduje dodatkowe zaciekawienie. Jedyną wadą tego utworu jest najprawdopodobniej brak pomysłu na riff w piętnastej sekundzie trzeciej minuty (Slayer - "Seasons In The Abyss"). Sama solówka jest jednak bardzo dobra, pasuje do skopiowanego riffu. Udam że tego riffu nie usłyszałem. O dziwo, tekstu również nie znalazłem (!).

Ocena: 10/10 (+4 za kompozycję, +3 za klimat i przebojowość)


5. "Back On Top"
Patrząc na tytuł, wydaje mi się że "Back On Top" powinno być czymś rasowym rodem z Motorhead. Od początku "Back On Top" kojarzy mi się z grą w stylu Black Sabbath i Biohazard. Rasowe, ale i brutalne granie przyprawia o uśmiech. Zwroty akcji, połączenie ociężałej gry z melodyjnymi solówkami jest zdecydowanie czymś na co warto czekać. Równie dobra jest praca wokalna Johna Tardy'ego. Wprawdzie nie jest to tak dobre jak poprzedni utwór, jednak warto do tego dotrwać. Tekstu również nie znalazłem w internecie.

Ocena: 9,5/10 (+3 za kompozycję, +1 za brutalność i rasowość)


6. "Violence"
"Violence" jest już czymś w stylu "Centuries Of Lies", łączy ze sobą hardcore'owe granie z muzyką Celtic Frost. Utwór jest w większości grą na jedno kopyto, kojarzy mi się trochę z "Augebombt" Sodomu z albumu Agent Orange. Jest to zdecydowanie rasowa gra w bardziej w stylu Cause Of Death, grupa pokazuje że pomimo odświeżonego brzmienia nie ma zamiaru w stu procentach zmieniać swojego stylu, i pozostać przy starszym graniu. Przy okazji, żadnego tekstu z Inked In Blood nie znalazłem w internecie, więc co będę się produkował. Będę opisywał tylko kompozycję.

Ocena: 8,5/10 (+2 za rasowość i przebojowość)


7. "Inked In Blood"
Utwór "Inked In Blood" jest zdecydowanym powrotem do czasów The End Complete. Wita nas ociężała kompozycja, z lekko rockowym oddźwiękiem. Sam utwór przypomina lekko połączenie utworu "Dying" z Cause Of Death z "Seven Faces" Slayera z albumu God Hates Us All. W utworze możemy usłyszeć dwa dobre riffy, oraz agresywny wokal. W przeciwieństwie do poprzednich utworów zwrotów akcji jest tyle co kot napłakał, nie ma wielu zmian tempa, oraz eksperymentów. Jedyne co słyszę to bujającą kompozycję, która wbrew pozorom wciąga. I tyle na ten temat, po utworze tytułowym spodziewałem się czegoś lepszego.

Ocena: 7,25/10 (+1,5 za dobre riffy i solówki, -1 za niedosyt)


8. "Deny You"
"Deny You" wydaje się być kontynuacją "Inked In Blood" niczym "Cause Of Death" utworu "Dying". Od początku zawiewa nudą, słyszymy słabe riffy w połączeniu z dobrym wokalem i perkusją. Oczywiście tak samo jak poprzednik jesteśmy raczeni brzmieniem w stylu Cause Of Death. "Deny You" nie jest czymś szczególnym. Tak samo jak poprzednik mało ma zwrotów akcji, i jest nudnym, aczkolwiek ociężałym graniem. Oczywiście to na czym się nie zawiedziemy to solówki które co rusz wgniatają w krzesło. Na jakieś większe fajerwerki nie liczyłbym jednak.

Ocena: 6,25/10 (+1 za solówki, -2 za nudę)


9. "Within A Dying Breed"
Nazwa utworu od początku skojarzyła mi się z "Dying Breed" grupy Five Finger Death Punch. Jednak w przeciwieństwie do niego, "Within A Dying Breed" jest ociężałą muzyką w stylu The End Complete. Niestety, tak samo jak w przypadku dwóch poprzednich utworów czegoś mi tu po prostu brakuje. Wprawdzie zarówno riff jak i wokal brzmią całkiem dobrze, jednak po Obituary spodziewałbym się czegoś więcej. Zapoznając się z Inked In Blood oraz kilkoma poprzednimi albumami zawsze mogłem liczyć na jakieś ciekawe zwroty akcji, i ogólnie brak nudy pod tym względem. Dopiero od trzeciej minuty coś zaczyna się dziać. Kompozycja nieco przyspiesza, sam utwór zaczyna nieco interesować. Pomimo tego zastanawiam się, czemu dla Obituary chciało się skomponować pięciominutowy kawałek z brakiem finezji.

Ocena: 6,75/10


10. "Minds Of The World"
Od początku "Minds Of The World" nabiera kształtu hardcore'owego brzmienia. Nie jestem jednak w stu procentach pewien co z tego wszystkiego wyjdzie. W pewnym momencie dostajemy jednak kawałek którego w ogóle bym się tutaj nie spodziewał... thrash?! Słychać typową prostą perkusję dla thrashu (uderzanie w werbel i talerz). Cóż, całkiem ciekawa odmiana, jednak thrash w wykonaniu Obituary niezbyt mi podchodzi. Jedyne z czego można się tutaj pocieszyć to solówki, reszta to nic nadzwyczajnego. Utwór przypomina trochę "Infected Voice" Sepultury z albumu Arise.

Ocena: 7,25/10


11. "Out Of Blood"
Kolejny kawałek i kolejne skojarzenia z Black Sabbath. Niestety, ten utwór wypada podobnie jak poprzednie: bolączką są tutaj nudne, bezpłciowe riffy. Wokal i perkusja brzmią całkiem nieźle, jednak to jedyne zalety. "Out Of Blood" trwa już ponad 2 minuty, a ja nadal nie usłyszałem żadnego ciekawszego zwrotu akcji! Oczywiście pod koniec usłyszymy solówkę, jednak nie jest ona tak dobra jak we wcześniejszych utworach. Ogólnie mówiąc nuda.

Ocena: 4/10 (-2 za nudę)


12. "Paralyzed With Fear"
No, wreszcie ostatni kawałek z wersji oryginalnej. Mam nadzieję że "Paralyzed With Fear" nie będzie taką słabostką jak poprzedni kawałek. Utwór się rozpoczyna. Jest to szybszy kawałek w stylu Celtic Frost. Przypomina typowy kawałek z albumu Cause Of Death połączony z "Visions In My Head". Utwór jest stosunkowo szybki, ma całkiem ciekawe zwroty akcji, wpada w ucho i ma wiele ciekawych zwrotów akcji. W połowie pierwszej minuty utwór zwalnia, przypomina coś w stylu "Out Of Blood", ewentualnie "Inked In Blood". Pomimo tego riff przewodni nie jest taki zły, nadaje poniekąd klimatu do utworu; przebojowy wokal Johna również poprawia sytuację.

Ocena: 7,75/10 (+2 za kompozycję, +1 za przebojowość, +0,5 za klimat)


13. "Intoxicated"
Kolejny utwór jest zdecydowaną odmianą. Gitara jest nastrojona na wyższe tony, poza tym utwór nie brzmi jak coś co wcześniej słyszeliśmy ze strony Obituary. Od początku "Intoxicated" wita nas crossoverowym klimatem. Słucha się tego całkiem nieźle, do czasu zwrotki w stylu Cause Of Death. Od tamtej pory utwór się psuje: słyszymy nudny riff, dodatek w postaci nudnego riffu i agresywnej perkusji. Dopiero po minucie dostajemy coś nowego: ciężki, ale i szybki kawałek muzyki. Zdecydowany powrót do początku lat 90-tych. Po drugiej minucie dostajemy z kolei speed-up... ogólnie nie będę tego wszystkiego tłumaczył, utwór ma mnóstwo zwrotów akcji, przypomina bardziej instrumental w stylu "Dying".

Ocena: 7,25/10 (+2 za kompozycję)


14. "Bloodsoaked"
"Bloodsoaked" w porównaniu do poprzednika rozpoczyna się od brutalnej, powolnej kompozycji. Po minucie słyszymy wokal, przypomina nieco ten jaki słyszałem w utworze "Cause Of Death" z tego samego albumu. Po jakimś czasie jednak mam takie samo zdanie jak o "Intoxicated": istny powrót do lat 90-tych. Tak samo jak poprzednik, utwór jest również w większej części kawałkiem instrumentalnym. W porównaniu do takiego "Paralyzed With Fear", kończy album zdecydowanie lepiej. Pomimo tego "Bloodsoaked" nie jest niczym szczególnym.

Ocena: 6,5/10


Podsumowując Inked In Blood zaskoczył mnie. Wprawdzie pod względem brzmienia nie przebił Pandemonium, jednak w porównaniu do poprzednich albumów Obituary prezentuje się lepiej. Fani często się kłócą o to który album Obituary jest najlepszy, zazwyczaj wśród kandydatów są dwa pierwsze albumy, Slowly We Rot i Cause Of Death. Tak naprawdę wydaje mi się że Inked In Blood bije na głowę tamte dwa. Jest to odświeżona (ale nie futurystyczna) wersja Obituary: nie tylko wnosi coś nowego, ale też gra na starych zasadach. To co mnie rozczarowało na tym albumie, to brak tekstów w internecie. Szczerze powiedziawszy spodziewałem się tego że pojawią się po co najmniej miesiącu od wydania albumu, a tu proszę! W internecie pustki... Słychać jednak że teksty są lepsze niż w poprzednich utworach, nie bardzo wiem czego dotyczyły, ale przynajmniej z kompozycją układały się w nieźle brzmiącą całość.


Zalety:
- Kompozycje
- Połączenie brutalności z rasowością
- Klimat
- Dobre teksty
- Bardzo dobre riffy i melodyjne brzmienie
- Połączenie stylu z lat 90-tych z odświeżonym stylem
- Okładka

Wady:

- Spadek jakości brzmienia muzyki po numerze 6
- Słabe bonusy
- Niska różnorodność


Okładka: 9,25/10

Teksty: 8/10 (-1 za brak tekstów)
Kompozycje: 8,25/10

Ogólna ocena: 8/10

19 grudnia 2014

Recenzja: Roadrunner United


Witam w kolejnej recenzji! Steel - Metalorecenzje kończy rok! 17 grudnia 2013 roku utworzyliśmy nasz blog. Dodaliśmy przy tym nasz pierwszy, surowy wpis będący czymś w rodzaju obwieszczenia otwarcia. Niedługo potem pojawiły się nasze pierwsze recenzje: MrCommando1995 rozpoczął z grubej rury, konfrontacja Slayer - Seasons In The Abyss vs Metallica - ...And Justice For All jest jednym z najczęściej czytanych przez was postów za co serdecznie dziękujemy ;) Ja kilka dni później dodałem recenzję Cannibal Corpse - The Bleeding, która niezbyt mi się udała. Przez cały Ponieważ rozpoczęliśmy działalność przed świętami, życzymy drogim czytelnikom wspaniałych chwil spędzonych z rodziną, zdrowia oraz Mikołaja prezentów pod choinką w postaci płyt ulubionych zespołów metalowych, koszulek, biletów itp. oraz szczęśliwego nowego roku.

Dzisiaj mamy dla was niespodziankę. Typ zespołu muzycznego który jeszcze nigdy nie pojawił się na naszym blogu! Nie, to nie jest power metal ani christian metal. Projekt muzyczny składający się ze wszystkich grup wydających płyty spod szyldu Roadrunner Records! Przed wami: Roadrunner United.

Album został wydany 11 października 2005 roku z okazji 25-lecia wytwórni Roadrunner Records. Jak już mówiłem, w projekcie wzięły udział zespoły które w tamtym okresie grały dla wytwórni; konkretnie było ich 45. Producentami albumu (jednocześnie kapitanami zespołów) byli Joey Jordison (wówczas Slipknot), Rob Flynn (Machine Head), Matt Heafy (Trivium) oraz Dino Cazares (Fear Factory). Pomysłodawcami projektu byli z kolei Monte Conner i Mark Palmer. Album był promowany przez singiel "The End".

Myślę że okładki nie ma sensu dogłębnie omawiać, jest to album wydany na 25 rocznicę powstania wytwórni Roadrunner Records, więc nie ma się co rozwodzić nad tym zbytnio. Okładka przedstawia logo Roadrunner Records na tle czarno-czerwonego szala. Przypomina mi to trochę herb jakiegoś klubu piłkarskiego.


1. "The Dagger"
Skład: Howard Jones (Killswitch Engage) i Rob Flynn (Machine Head) na wokalu, Rob Flynn, Jordan Whelan (Still Remains) i Jeff Waters (Annihilator) na gitarach, Christian Olde Wolbers (Fear Factory) na basie i Andols Herrick (Chimaira) na perkusji, muzyka napisana przez Roba Flynna, tekst stworzony przez Howarda Jones'a i Roba Flynna.

Utwór od razu rozpoczyna się agresywnym krzykiem. Pod względem kompozycji brzmi jak połączenie Machine Head oraz Death. Gdyby nie Howard Jones, pomyślałbym że "The Dagger" zostało zagrane przez Machine Head w nieco zmienionym składzie. Andols Herrick zagrał partie perkusyjne porównywalne z Davem McClainem, co powoduje dziwne uczucie, jakbym słuchał zupełnie kogoś innego. Gitary dopełniają tego uczucia, "The Dagger" brzmi jak b-side z Through The Ashes Of Empires. Pomimo tego nie jest źle: obaj wokaliści świetnie ze sobą współpracują, kompozycja robi spore wrażenie na słuchaczu, solówka miażdży, a także możemy doszukać się wielu zwrotów akcji. Jedyne czego żałuję to tego, że Howard Jones nic od siebie nie włożył, "The Dagger" to typowe Machine Head. W utworze wypowiada się mężczyzna, którego porzuciła kobieta. Jego marzeniem jest cofnięcie czasu, i rozpoczęcie wszystkiego od nowa.

Ocena: 9,25/10 (+2 za kompozycję)


2. "The Enemy"
Skład: Mark Hunter (Chimaira) na wokalu, Dino Cazares (Fear Factory), Andreas Kisser (Nowa Sepultura) na gitarach, Roy Mayorga (Stone Sour) na perkusji i Paul Gray (Slipknot) na gitarze basowej, muzyka napisana przez Dino Cazaresa i Roya Mayorga, tekst stworzony przez Marka Huntera.

Kolejny utwór rozpoczyna się od gitary akustycznej. Patrząc na skład tego utworu (Mark Hunter) mogę wywnioskować, iż to tylko przykrywka dla tego co będzie za chwilę się działo. Za chwilę znienacka zaczyna się ostra napierdalanina łącząca styl Fear Factory oraz Chimairy. W porównaniu do poprzedniego kawałka, "The Enemy" wieje agresją i brutalnością. Ten kawałek jest zdecydowanie spod gatunku metalcore. Podobnie jak w przypadku poprzednika, nie brakuje tu zwrotów akcji. Utworu słucha się z ciekawością, nie jest jednak tak dobry jak poprzednik; możliwe że to dlatego, że wiele dźwięków z "The Dagger" znałem, to z kolei jest dla mnie nowość. Z Chimairą miałem dosyć rzadki styk, czasem słuchałem jej na YouTube, często znajdowałem ją również na open.fm. W "The Enemy" wypowiada się osoba która próbowała żyć w zgodzie ze swoim wrogiem. W pewnym momencie zdaje sobie sprawę, iż tak naprawdę jej wysiłek był daremny.

Ocena: 8,25/10 (+0,5 za intro i za tekst)


3. "Annihilation By The Hands Of God"
Skład: Glenn Benton (Deicide) na wokalu, Matt DeVries (Chimaira), Rob Barrett (Cannibal Corpse), James Murphy na gitarach, Steve DiGiorgio na gitarze basowej, Joey Jordison (Slipknot) na perkusji. Muzyka napisana przez Joey'a Jordisona i Roba Barretta, tekst stworzony przez Glenna Bentona.

Widząc skład, wiem już że muzyka będzie potężną dawką brutal death metalu. Oczywiście! Słychać kto zajął się kompozycją, bardzo charakterystyczne brzmienia dla obu panów (brutalne linijki Barretta, zrównoważone ale agresywne Jordisona). Wprawdzie jest to zupełnie inna bajka od dwóch poprzednich kawałków, jednak podoba mi się. Taki kompromis między utworami w stylu Slipknota a Cannibal Corpse zdecydowanie pasuje do siebie. Wokal Glenna Bentona nadał dla utworu rasowości, riffy napisane przez Roba Baretta i partie perkusyjne przez Joey'a z kolei agresji. Póki co jeden z lepszych kawałków na płycie, zobaczymy jak będzie dalej. Utwór jest o ataku armii szatana na niebiosa. Warto przeczytać tekst, jest naprawdę dobry.

Ocena: 10/10 (+5 za kompozycję, +2 za wokal i za tekst)


4. "In The Fire"
Skład: King Diamond (Mercyful Fate) na wokalu, Matt Heafy (Trivium), Corey Beaulieu (Trivium) na gitarach, Mike D'Antonio (Killswitch Engage) na gitarze basowej, Dave Chavarri (Ill Nino) na perkusji. Muzyka stworzona przez Matta Heafy'ego, tekst napisany przez Kinga Diamonda.

Wprawdzie nigdy nie słuchałem Kinga Diamonda, ale mam wrażenie że utwór ten będzie napawał mnie dziwactwami. Czy King Diamond, grający heavy metal w połączeniu z black metalem mógłby pasować do thrash/metalcore'owej grupy Trivium? Zobaczymy. Samo "In The Fire" jest cholernie melodyjne od samego początku; jest to zapewne coś w czym Trivium siedzi od dawna. O dziwo, pajacowaty wokal Kinga Diamonda bardzo pasuje do takiej kompozycji, brzmi to naprawdę zjawiskowo. Od razu jak poznałem wokal Kinga Diamonda, mógłbym stwierdzić iż on brzmi trochę jak połączenie Roba Halforda na helu z Davem Mustainem. "In The Fire" wydaje się być mieszaniną heavy metalu z metalcorem, muzyka jest przepełniona melodyjnością która tak naprawdę nadaje temu wszystkiemu piękności. Ciekawie się prezentuje po czymś takim jak "Annihilation By The Hands Of God". Podoba mi się takie coś, chociaż nie jest to mój styl. W utworze wypowiada się kobieta, która w przeszłości została oskarżona o uprawianie czarów i spalona na stosie.

Ocena: 9,5/10 (+3 za piękno, +1,5 za wokal)


5. "The End"
Skład: Matt Heafy (Trivium) na wokalu i gitarze, Dino Cazares (Fear Factory) i Logan Mader (Machine Head) na gitarach, Rhys Fulber (Delerium) na konsoli, Nadja Peulen (Coal Chamber) na gitarze basowej i Roy Mayorga (Stone Sour) na perkusji. Muzyka napisana przez Dino Cazaresa, tekst stworzony przez Matta Heafy'ego.

Początkowo zastanawiałem się, czym tak naprawdę jest "The End": czy będzie to ballada rockowa, czy może zaraz zacznie się thrashowa jatka? Słucham, słucham... i zdecydowanie wypada to pierwsze. Niestety, słyszałem wiele tego typu rzeczy, i "The End" jakoś mi nie podchodzi. Możliwe że dlatego że po prostu nasłuchałem się ballad Metalliki, KATa, czy chociażby Scorpionsów w radiu. Słysząc Matta Heafy'ego można pomyśleć, że jego muzyka sprowadza się głównie do rocka i innych tego typu, szczerze powiedziawszy dziwi mnie fakt że wolał nie spróbować się właśnie w tym gatunku, a nie w thrashu (chociaż najprawdopodobniej nie zostałby zauważony). To co największe zrobiło na mnie wrażenie, to tekst. Utwór jest o końcu świata spowodowanym przez ludzkość.

Ocena: 8,5/10 (+1 za kompozycję i za piękno, +2 za tekst)


6. "Tired 'N Lonely"
Skład: Keith Caputo (Life Of Agony) na wokalu, Matt Baumbach (Vision Of Disorder), Tommy Niemeyer (Guntruck) oraz Acey Slade (Murderdolls) i James Root (Slipknot) na gitarach, oraz Joey Jordison (Slipknot) na gitarze basowej oraz perkusji. Muzyka napisana przez Joey'a Jordisona, tekst stworzony przez Keitha Caputo.

Gdy patrzę na skład mam mętlik w głowie; członkowie wydają się ze sobą nie zgadzać. Co tu robi Keith Caputo z Life Of Agony w takim składzie? Coś tu jest nie tak... zresztą, podobne odczucia miałem patrząc na skład utworu "In The Fire". Mam nadzieję że kawałek będzie całkiem przyzwoity; od razu na początku słyszymy przebojowe, rockowe intro; następnie "Tired 'N Lonely" przeradza się w kawałek w stylu Stone Sour. Skoro jest to utwór bardziej w stylu metalu alternatywnego, to co tu do cholery robi Joey Jordison, perkusista znany z agresywnego grania? No nieważne, Joey się wykazał; pokazał że potrafi nie tylko napierdalać. Słyszymy całkiem niezły zbiór rockowych riffów, bardzo dobry wokal oraz idealny na koncerty refren. Wprawdzie jest to opinia na miarę magazynu Revolver, jednak skoro jest to album stworzony na 25 rocznicę wytwórni Roadrunner Records... no niech już będzie! Utwór jest o mężczyźnie, który zabiega o kobietę.

Ocena: 7,5/10


7. "Independent (Voice Of The Voiceless)"
Skład: Max Cavalera (Soulfly) na wokalu, Rob Flynn (Machine Head), Jordan Whelan (Still Remains), Jeff Waters (Annihilator) na gitarach, Christian Olde Wolbers na basie, Andols Herrick (Chimaira) na basie. Kompozycja napisana przez Roba Flynna i Phila Demmela, tekst napisany przez Maxa Cavalerę.

O! Max Cavalera! Zdecydowanie jestem ciekaw jak on wypadł w kompozycji napisanej przez panów z Machine Head. Szkoda że Rob Flynn nie dołączył się do wokalu, zawsze chciałem usłyszeć go razem z Cavalerą. Od początku kawałek rozpoczyna się kompozycją w stylu albumu Supercharger Machine Head. Spodziewam się czegoś co mnie zdecydowanie zaciekawi. Co dziwne... utwór brzmi jak B-Side Machine Head roku 2001. W pewnym momencie wkracza Max Cavalera, i tutaj dopiero zaczyna się mindfuck. Oczywiście spodziewałem się tego że wokalista spieprzy tekst, nie spodziewałem się jednak tak czystego wokalu z jego strony. Niestety, "Independent (Voice Of The Voiceless)" jest dosyć słabe. Wydaje mi się że Max napisał tekst pierwszy, a Rob Flynn musiał się dostosować. Chociaż patrząc na ten cały projekt nie dziwi mnie, dlaczego Max był tym wszystkim zniechęcony (Andreas Kisser). Utwór jest skierowany do człowieka, który kieruje się stereotypami. Wokalista usprawiedliwia ludzi poniżanych przez niego.

Ocena: 7/10 (-2 za tekst)


8. "Dawn Of A Golden Age"
Skład: Dani Filth (Filth) na wokalu, Matt Heafy (Trivium) na wokalu i gitarze, Justin Hagberg (3 Inches Of Blood) na gitarze, Sean Malone (Gordian Knot) na basie, i Mike Smith (Suffocation) na perkusji. Kompozycja stworzona przez Matta Heafy'ego, tekst napisany przez Daniego Filtha.

Po kolejnym utworze nie miałem pojęcia czego się spodziewać. Spośród tego składu znam jedynie Matta Heafy'ego, pozostali nic mi nie mówią. Dobra, włączam. "Dawn Of A Golden Age" to agresywna kompozycja lekko w stylu Behemotha: szybka perkusja, agresywny riff i porządny wokal. Swoją drogą dziwnie się tego słucha, jak się wie że w utworze bierze udział Matt Heafy (warto posłuchać kilka pierwszych utworów Trivium żeby zrozumieć moją opinię). Utwór jest dosyć niejednoznaczny: na początku ostro pędzi, a następnie stopniowo zwalnia; w porównaniu do "Annihilation By The Hands Of God", kawałek jest kiepski. Zawiewa potwornym chaosem, który tak naprawdę sprawia że kawałek się rozsypuje. Zresztą, jest to gatunek melodic death metal: mnóstwo jest w tym melodyjności i krzyku. Zdecydowanie nie mój styl. Utwór jest o powstaniu antychrysta, który w przyszłości ma zamiar podbić świat.

Ocena: 6,5/10


9. "The Rich Man"
Skład: Corey Taylor (Slipknot) na wokalu, Rob Flynn, Jordan Whelan  na gitarach, Christian Olde Wolbers na gitarze basowej, Andols Herrick (Chimaira) na perkusji. Muzyka napisana przez Roba Flynna, tekst stworzony przez Corey'a Taylora.

Ciekaw jestem co to będzie... Corey Taylor wraz ze składem który nadaje się bardziej do grania groove metalu? Zobaczymy. "The Rich Man" rozpoczyna się od tajemniczego riffu zagranego na basie. Intro jest w stylu które miesza Biohazard z czasów Uncivilization, i Machine Head z The More Things Change. Słucha się z przyjemnością: tajemniczy wokal Corey'a przywołuje wspomnienia z albumu Iowa Slipknota, z kolei kompozycja brzmi jakby została napisana przez Roba Flynna w 1997 roku. Oba style bardzo ładnie się ze sobą łączą, tworząc kawałek naprawdę godny, wokal Corey'a i riffy Roba świetnie do siebie pasują. Szczerze powiedziawszy spodziewałem się tutaj więcej krzyku, pomimo tego nie narzekam: sama mieszanina stylu Slipknota z Machine Head sprawia że trudno się od tego oderwać. W utworze "The Rich Man" wypowiada się żołnierz, który umiera na polu bitwy. Przeklina on swojego przełożonego, który wysyła na rzeź niewinnych ludzi.

Ocena: 10/10 (+4 za kompozycję, +2 za wokal i za połączenie stylu Slipknota i Machine Head)


10. "No Way Out"
Skład: Daryl Palumbo (Glassjaw) na wokalu, Matt Baumach (Vision Of Disorder) na gitarze, Junkie XL na konsoli oraz Joey Jordison na perkusji. Muzyka napisana przez Joey'a Jordisona i Matta Sepanica. Tekst napisał Daryl Palumbo.

Patrząc na skład może się wydawać, że "No Way Out" będzie agresywnym, industrial metalowym kawałkiem. Słysząc pierwszą, wysoko nastrojoną gitarę można się domyśleć że "No Way Out" będzie w stylu rockowym. Muzyka idealna do umieszczenia na pierwszym miejscu w rankingu top 100 przez magazyn Revolver. Zdecydowanie nie mój styl, dla mnie kawałek jest typową kakofonią: kompozycja jest strasznie lekka, i nie daje żadnej satysfakcji ze słuchania. Riffy strasznie lekkie, powiewające kiczem oraz pedalski wokal zniechęcają mnie. Gdy już miałem wyłączać "No Way Out", kawałek się kończy. Jasna cholera, po takiej bombie jak "The Rich Man" dostajemy takie coś? Nieee, po prostu nie mieści mi się to w głowie! Utwór jest o dzieciach, które walczą na wojnie i giną za kraj.

Ocena: 2,5/10 (+2 za tekst)


11. "Baptized In The Redemption"
Skład: Dez Fafara (Devildriver) na wokalu, Andreas Kisser (Nowa Sepultura), Dino Cazares (Fear Factory) na gitarach, Paul Gray (Slipknot) na basie, Roy Mayorga (Stone Sour) na perkusji. Muzyka napisana przez Dino Cazaresa i Roya Mayorgę, tekst stworzony przez Deza Fafarę.

Skład jak i tytuł sugerują mi, że po gównie w postaci "No Way Out" dostaniemy solidną porcję ostrego grania. Samo intro w postaci wah-wahu już ukazuje nam, że "Baptized In The Redemption" będzie ostrą jazdą. Nisko nastrojona gitara Dino Cazaresa dodaje ciężkiego klimatu do utworu, agresywna perkusja dobrze do niej pasuje. Wokal Deza Fafary również jest niczego sobie. Jest również bardzo przebojowy, został zagrany z sercem; muzycy się przyłożyli. Pomimo tego utwór ma niewiele zwrotów akcji, najlepszy pokazuje się dopiero pod koniec drugiej minuty (moment kojarzy mi się nieco z Nailbomb). "Baptized In The Redempiton" jest o grupie ludzi walczącej przeciwko Świętemu Przymierzu.

Ocena: 9/10 (+2 za kompozycję)


12. "Roads"
Skład: Mikael Åkerfeldt na wokalu, Josh Silver na instrumencie klawiszowym. Muzyka napisana przez Josha Silvera, tekst stworzony przez Mikaela Åkerfeldta.

Patrząc na skład wiem już że utwór będzie najprawdopodobniej balladą. Słysząc pierwsze dźwięki już wiedziałem o co chodzi. Sam kawałek jest zdecydowanie jedną z dziwniejszych ballad jakie słyszałem. Tutaj niestety jest o wiele gorzej jak w "Nothing Else Matters" Metalliki; początek może i jest dobry, spokojny wokal Mikaela brzmi kojąco, tak samo melodia. Dopiero gdy zaczyna się refren zaczyna się kakofonia, człowiek budzi się z raju i trafia z powrotem na ziemię. Ten moment spowodował, że z początku urocza ballada przerodziła się w coś czego zaczynam się bać (pod względem negatywnym). Każdy kontakt z refrenem jest niczym wbijanie gwoździ! Pierdole, wyłączam, mam tego dość! W utworze wypowiada się umierający człowiek; zastanawia się nad tym czy po śmierci trafi do nieba, czy może po prostu pozostanie martwy.

Ocena: 1/10 (+0,5 za tekst)


13. "Blood And Flames"
 Skład: Jesse Leach (Killswitch Engage) i Matt Heafy na wokalu, Josh Rand (Stone Sour), Matt Heafy na gitarach, Mike D'Antonio (Killswitch Engage) na basie, Johny Kelly (Type O Negative) na perkusji. Muzyka napisana przez Matta Heafy'ego, tekst stworzony przez Jessego Leach'a.

Włączam kawałek bez zbędnego w tym momencie zastanawiania się. Co słyszę? Kompozycję typową dla grupy Trivium przepełnioną melodyjną gitarą i rytmicznym brzmieniem w stylu The Ascendancy. Melodyjny wokal w stylu Tima Owensa bardzo pasuje do tego utworu. Sam kawałek jest bardzo przebojowy, głównie z powodu tej prostej rytmiki którą dyktują gitary. "Blood And Flames" jest czymś w rodzaju połączenia ballady z heavy metalowym graniem. Znacznie lepsze to niż takie "Roads", czy chociażby "No Way Out". Słucha się tego z przyjemnością, nawet pomimo tego że to nie jest mój styl. Styl Jessego Leacha z Killswitch Engage i Matta Heafy'ego łączą się ze sobą równie dobrze jak style Corey'a Taylora i Roba Flynna, tego typu rzeczy lubię w muzyce. Utwór jest o mężczyźnie, który w czasie wojny został skazany na śmierć.

Ocena: 8,25/10 (+2 za przebojowość)


14. "Constitution Down"
Skład: Kyle Thomas (Exhorder) na wokalu, Matt DeVries (Chimaira), Rob Barrett (Cannibal Corpse) i James Murphy i Andy La Rocque (King Diamond) na gitarach, Steve DiGiorgio na basie i Joey Jordison na perkusji. Muzyka napisana przez Joey'a Jordisona, tekst stworzony przez Kyle'a Thomasa.

Tytuł "Constitution Down" kojarzy mi się nieco z zespołem Dying Fetus; już sam skład pokazuje że muzyka będzie ostra. Samo intro jest bardzo klimatyczne, bardzo dobrze buduje napięcie z riffami w stylu Roba Barretta. Spodziewałem się czegoś w stylu trzeciego kawałka, jednak i tak jest dobrze: ociężałe, death metalowe brzmienie i agresywny wokal w stylu Dave'a Mustaine'a wokal bardzo dobrze do siebie pasują. Jedyną wadą jest melodyjny, rockowy refren który tutaj kompletnie nie pasuje. Reszta brzmi przyzwoicie. Agresywne solówki, riffy i mocna perkusja dają o sobie znać. Utwór jest o chaosie panującym w czasie upadku konstytucji.

Ocena: 8,5/10 (+1 za kompozycję i za wokal)


15. "I Don't Wanna Be (A Superhero)"
Skład: Michale Graves na wokalu, Matt Heafy i Justin Hagberg (3 Inches Of Blood) na gitarach, Mike D'Antonio (Killswitch Engage) na basie i Dave Chavarri (Ill Nino) na perkusji. Muzyka napisana przez Matta Heafy'ego, tekst stworzony przez Michale Graves'a.

Początkowo spodziewałem się czegoś w stylu "I Don't Wanna Be Me" grupy Type O Negative, skład sugeruje jednak że to będzie zupełnie inny kawałek. Utwór został zagrany w hardcore'owym stylu: agresywna perkusja nadaje rytmiki, wokal z kolei rasowości. Były wokalista Misfits świetnie odnajduje się w muzyce grającej coś innego niż punk. Tak jak na hardcore punk przystało, "I Don't Wanna Be (A Superhero)" jest krótkie, i raczej nie wyróżniłbym tego spośród innych. Utwór jest o końcu świata, który nadszedł wraz z przybyciem nieznanych światu stworzeń niszczących wszystko. W tym czasie organizowana jest rekrutacja, której nasz podmiot liryczny odmawia.

Ocena: 7,5/10 (+2 za rasowość)


16. "Army Of The Sun"
Skład: Tim Williams na wokalu, Rob Flynn i Jordan Whelan (Still Remains) na gitarach, Christian Olde Wolbers (Fear Factory) na basie i Andols Herrick (Chimaira) na perkusji, muzyka napisana przez Roba Flynna i Dave'a McClain'a, tekst stworzony przez Tima Williamsa.

W tym przypadku zdecydowanie spodziewam się utworu w stylu Machine Head; i tak też się stało. "Army Of The Sun" brzmi jak B-Side z albumu Through The Ashes Of Empires. Jedyną różnicą jest wokal. O dziwo, rockowy wokal bardzo pasuje do groove metalowego brzmienia. Zdecydowanie najlepiej wypada refren który tak samo jak w przypadku Machine Head, idealnie łączy w sobie piękno i agresję. Niewiele w tym zwrotów akcji, wydaje mi się jednak że tej kompozycji wiele nie trzeba by łapać za serce. "Army Of The Sun" bardzo pasowałoby jako utwór bonusowy do wcześniej wymienionego albumu. Utwór jest o mężczyźnie, który czuje ogromną tęsknotę po śmierci jego kobiety. Z tego powodu w nocy ma chęć popełnić samobójstwo.

Ocena: 9,75/10 (+3 za połączenie agresji z pięknem, +1 za kompozycję)


17. "No Mas Control"
Skład: Christian Machado (Ill Nino) na wokalu, Dino Cazares, Souren Sarkisyan i Andreas Kisser na gitarach, Marcelo Dias (Soulfly) na basie i Dave McClain na perkusji. Muzyka napisana przez Dino Cazaresa i Johna Sankey'a, tekst stworzony przez Christiana Machado.

Początkowo patrząc na skład pomyślałem sobie że utwór nie będzie zbyt dobry; gitarzyści porządni, perkusista najprawdopodobniej najlepszy spośród wszystkich zgromadzonych na albumie, i... Christian Machado: muzyk z którym nie miałem wiele dobrych doświadczeń, typu "Innerspirit" grupy Soulfly oraz "Numb And Sick" Ektomorfa (albo on na serio jest kiepski, albo po prostu coś go ciągnie do gówna). Odtwarzając kawałek dostrzegam, że znacznie bardziej prawdopodobną opcją jest ta druga. Po krótkim intrze słyszymy agresywny wokal Christiana Machado na tle bardzo dobrego riffu. Wokalista dobrze śpiewa zarówno agresywnie, jak i melodyjnie; Tekst został źle wpleciony w tekst (możliwe że to był zabieg celowy), jednak kompozycja znacząco poprawia moją opinię, kawałek pomimo niewielu zwrotów akcji, nie nudzi się ani na chwilę. Sam tekst wydaje się być również ciekawy, bardzo typowy dla Christiana Machado (połączenie hiszpańskich i portugalskich pojęć z angielszczyzną); utwór jest najprawdopodobniej o odrzuceniu kontroli umysłu, której człowiek często jest poddawany.

Ocena: 9,5/10 (+3 za kompozycję, +2 za wokal)


18. "Enemy Of The State"
Skład: Peter Steele (Type O Negative) na wokalu, Steve Holt (36 Crazyfists) na gitarze, Josh Silver na konsoli, Dave Pybus (Cradle Of Filth) na basie i Joey Jordison na perkusji. Muzyka napisana przez Joey'a Jordisona i Matta Sepanica, tekst stworzony przez Petera Steele.

Tak naprawdę w tym momencie zaczyna się kawałek bardziej w stylu Type O Negative; wprawdzie muzyka została napisana przez Joey'a Jordisona, jednak po tym co słyszałem, wiem na co go stać. Na początku słyszymy fortepian; niedługo potem słyszymy ponurą kompozycję z rozbrzmiewającym, niskim głosem Petera Steele. Ostatni utwór jest zdecydowanie balladą. Ponura kompozycja brzmi ciekawie, sam wokal Petera bardzo do tego wszystkiego pasuje. Pomimo tego ten kawałek jakoś mi nie podchodzi, wydaje mi się że Joey Jordison wpadał na lepsze pomysły na ballady Slipknota. Pomimo tego, kawałek całkiem nieźle kończy album, w szczególności słychać to w czasie outra. Utwór jest poświęcony ofiarom zamieszek w Los Angeles w 1992 roku.

Ocena: 8,75/10 (+2 za klimat i za tekst)


Podsumowując Roadrunner Records stworzyło całkiem dobry krążek z okazji 25-lecia istnienia swojej wytwórni. Zdecydowanie jest to jedno z najbardziej oryginalnych dzieł z jakimi miałem okazję się spotkać w metalu: zaproszenie wszystkich wykonawców dla których wytwórnia wydaje albumy, i pomieszanie ich członków między sobą dało bardzo dobry efekt. Czasem zdarzały się pewne niewypały w postaci rockowych brzmień w stylu Revolvera, jednak stanowiły one mniejszość (całe szczęście). Można więc powiedzieć, że album był ogromnie różnorodny, przypominał pod tym względem składankę. Z powodu ilości członków grających na albumie, nie mogę winić Roadrunner United za ilość utworów. O dziwo, album pod tym względem nie nudził; teraz jednak jestem zmęczony, i mam dość recenzji na najbliższy czas.


Zalety:
- Różnorodność

- Wielu pomieszanych między sobą muzyków mogących łączyć swoje style
- Kompozycje
- Dobre teksty

Wady:
- Spadki jakości muzyki
- Rockowe brzmienia które tu nie pasują


Okładka: 7/10
Teksty: 8,75/10
Kompozycje: 7,75/10

Ogólna ocena: 8/10

13 grudnia 2014

Recenzja: Slayer - Divine Intervention


Witajcie w kolejnej recenzji. Ten album został początkowo skonfrontowany z trzecią płytą Anthraxa o tytule Among The Living. Ponieważ nie pamiętam co robiłem rok temu, nie będę się rozbestwiał nad słowami wstępu, od razu was zaproszę do przeczytania tej godnej przerobienia konfrontacji. Na razie nie mam na to czasu, więc czekajcie cierpliwie na remake. Przed wami: Slayer - Divine Intervention.

Divine Intervention jest szóstym albumem Amerykańskiej grupy thrash metalowej Slayer. Został wydany 27 września 1994 roku nakładem wytwórni American Recordings. Jest to kolejny kontrowersyjny album tej grupy, ich przyczyna jest jednak inna niż zazwyczaj. Po nagraniu Seasons In The Abyss odchodzi z grupy Dave Lombardo, tłumacząc to narodzinami dziecka. Okazało się że Dave nie ma zamiaru przez dłuższy czas wracać do Slayera, z tego powodu na jego miejsce został zatrudniony Paul Bostaph znany z grupy Forbidden. Nie od dziś wiadomo że wielu fanów thrash metalu jest równie agresywnych jak ich ulubiony gatunek muzyki, tak więc zarówno krytycy jak i słuchacze usilnie szukali wad: "eee, wokal przesterowany, pierdole, 1/10", "dlaczego Dave nie gra na perkusji? 1/10", "dlaczego ta gitara jest tak nisko nastrojona! 1/10!", "nie ma basu, 1/10!!!", "znowu mama mi zrobiła kanapkę z szynką a nie z serem! 1 KURWA na 10!!!!!!!" i inne tego typu... Zdecydowanie jestem typem osoby która szanuje Slayera bez względu na to w jakim składzie grają. Oceniam tylko ich muzykę, ale to jest oczywiste.

Po raz pierwszy od 1986 roku Slayer zrywa kontrakt z Larrym Carollem, tym razem wziął się za okładkę Wes Benscoter, twórca grafik w stylu surrealistycznym. Wyżej wymieniona nazywa się "Divine Intervention", została ona wykonana zdecydowanie w stylu odpowiednim dla Slayera, ukazane okno ma kształt Slaytagramu (loga Slayera). Okładka prezentuje się groźnie, widać że grupa zaprezentuje nam ostre granie. Pomimo tego pozostaje lekki niesmak, brakuje mi tutaj szczegółów typu latające głowy, czy chociażby zniekształcone szatańskie postacie. Divine Intervention ma również drugą okładkę, znacznie bardziej kontrowersyjną od powyższej. Przedstawia ona fana który wyciął sobie żyletką na rękach napis "SLAYER". Ostatecznie znalazła się ona na wersji winylowej albumu.





1. "Killing Fields"
Od razu w słuch zaczynają się rzucać zmiany: utwór rozpoczyna agresywna perkusja Paula Bostapha. Po chwili rozbrzmiewa nisko nastrojona gitara dodająca klimatu. Coś w tym stylu w intrze słyszałem w utworze "South Of Heaven", z tą różnicą że "Killing Fields" pomimo średniego tempa jest dosyć brutalnie zagrane. Gdy rozbrzmiewa głos Toma Araya, myślę sobie: "I czemu ci ludzie się go czepiają?". Tom Araya brzmi tutaj naprawdę dobrze! Wydaje mi się że szperanie w wokalu było konieczne, wystarczy posłuchać sobie album Live Intrusion aby się o tym przekonać. "Killing Fields" brzmi naprawdę porządnie: dużo zwrotów akcji, ciężkie riffy oraz agresywna perkusja z naciskiem na podwójną stopę. Ciekawym elementem utworu jest speed-up pod koniec drugiej minuty, dodaje tego ciężkiego klimatu do utworu, zdecydowanie pasuje do Slayera. Kawałek jest o socjopacie nie potrafiącym kontrolować swojego gniewu. Z powodu nagłego przypływu złości, pozabijał wszystkich ludzi w swojej okolicy.
Ocena: 9,5/10 (+3 za agresję i ociężałość, +2 za klimat)


2. "Sex. Murder. Art."
Drugi utwór jest już z zupełnie innej bajki. Wprawdzie dalej słyszymy agresywną perkusję oraz nisko nastrojoną gitarę, jednak kawałek jest zdecydowanie szybszy od poprzednika. Praca instrumentów robi tutaj wrażenie: agresywne riffy i wokal, oraz szybka perkusja. Zdecydowanie coś przy czym można zatrzymać się na dłużej. Utwór jest czymś w rodzaju "Piece By Piece" z albumu Reign In Blood: krótkie, zdecydowane, klimatyczne i szybkie. Outro nieco zmienia ten kawałek: zmiana riffu oraz tempa perkusji trochę pogorszyło brzmienie. Muzyka staje się chaotyczna, przez co kiepsko się tego słucha. "Sex. Murder. Art." jest jednak w czołówce moich ulubionych utworów Slayera, głównie za tą swoją specyficzność. Cały utwór został napisany przez Toma Araya: "Sex. Murder. Art." jest napisem z koszulki wokalisty, sam kawałek został napisany pod wpływem złości, po tym jak Tom pokłócił się ze swoją dziewczyną.
Ocena: 9,75/10 (+4 za agresję, +2 za klimat, -0,5 za outro)


3. "Fictional Reality"
Kolejny utwór rozpoczyna się od razu od agresywnego napierdalania, bez żadnych inter i tym podobne. Sam utwór jest średni, ma jednak kilka całkiem niezłych riffów i zwrotów akcji. W pierwszej części utworu "Fictional Reality", słyszymy bardzo niepozorne riffy, wokalnie Tom również nie powala na kolana. Paul Bostaph wprawdzie gra podobnie jak w "Killing Fields", jak dla mnie nie zgrywa się on dobrze z riffami słyszanymi w utworze. Dopiero po drugiej zwrotce coś się dzieje: breakdown oraz agresywna solówka które dopiero nadają dla utworu klimatu. Niedługo potem utwór wraca do poprzedniego stanu, i się kończy. Jak dla mnie jest to zdecydowanie najsłabszy kawałek z płyty. "Fictional Reality" jest o anarchii panującej w społeczeństwie po odejściu polityków.
Ocena: 7,5/10


4. "Dittohead"
Podobnie jak w poprzednim utworze, "Dittohead" od razu zaczyna sieczkę. Z tą różnicą że ten kawałek to szybka jazda w stylu Reign In Blood. Utwór jest dosyć skomplikowany, często jego akcja się zmienia. Klimatu w stylu utworów "Killing Fields" oraz "Sex. Murder. Art." niestety tutaj nie ma, utwór jest postawiony przede wszystkim na agresywne napierdalanie. A szkoda, "Dittohead" mianowicie prezentowałby się całkiem przyzwoicie. Utwór jest czymś w rodzaju kontynuacji "Fictional Reality": w "Dittohead" jest mowa o kraju, który wskutek odejścia polityków został opętany przez anarchię.

Ocena: 8,25/10


5. "Divine Intervention"
Kolejny kawałek jest totalnym odlotem, zupełnie nie przypomina poprzednich kawałków. Brzmi jakby został napisany za czasów South Of Heaven: dominuje w nim powolna, ociężała gra i niespokojna atmosfera. Bardzo podoba mi się tutaj praca gitar która co chwilę coś w nosi. W połowie pierwszej minuty słyszymy krzykliwy wokal Toma Araya. Słychać że wokalista włożył mnóstwo energii w zaśpiewanie zwrotki; refren jest równie dobry jak poprzednia część: bardzo dobry riff i agresywny wokal. Wydaje mi się że utwór bardziej pasowałby na koniec, głównie dlatego że pod względem budowy przypomina nieco kawałek "Seasons In The Abyss": długie intro, zwrotka i refren, solo, znowu zwrotka i refren i w końcu outro. Utwór jest o duszy stojącej przed sądem ostatecznym. Za życia należała do grzesznika; z tego powodu bóg zadaje jej niewyobrażalny ból. Wydaje mi się że Tom bardzo dobrze odwzorował cierpienie tej duszy. Warto ten tekst przeczytać.

Ocena: 9,25/10 (+4 za klimat, +2 za tekst)


6. "Circle Of Beliefs"
Od początku jesteśmy witani zwrotką. Podobnie jak w przypadku "Fictional Reality", kawałek jest agresywnie zagrany; z tą różnicą że "Circle Of Beliefs" zostało lepiej skomponowane, nie ma jakichś tam dziur przeszkadzających w słuchaniu. W utworze możemy usłyszeć mnóstwo zmian tempa, oraz agresywne riffy złączone z szybką perkusją. Jak dla mnie jest to jedna z ciekawszych pozycji na płycie, Slayer pokazuje nam czym kieruje się podczas tworzenia płyty. Teraz agresja nie jest na pierwszym miejscu, zdecydowanie grupa postawiła na klimat i zrównoważenie. Zdecydowanie gorszy jest tekst: przypomina nieco ten jaki słyszałem w grupie Soulfly, zdania są dziwnie ze sobą zespolone, widać że tekst był pisany w pośpiechu. Całe szczęście jest to jedyna wada utworu. "Circle Of Beliefs" jest atakiem na kościół. Osoba wypowiadająca się w utworze wmawia chrześcijanom, iż ich trud się nie opłaca, gdyż nie ma czegoś takiego jak zbawienie.

Ocena: 9,25/10 (+3 za agresję i klimat, -1 za tekst)


7. "SS-3"
Kolejny kawałek od początku jest dosyć podobny do poprzednika: na początku słyszymy intro zagrane nieco w stylu "Fictional Reality". Następnie pojawia się krótki wstęp i powolna zwrotka w marszowym tempie. Jest to jeden z nielicznych przebojowych kawałków na płycie, można to usłyszeć po refrenie który nieźle brzmiałby w refrenach. Po drugiej minucie utwór przyspiesza, tworzy się z tego kawałek w stylu "Circle Of Beliefs". "SS-3" jest genialne samo w sobie, można w nim usłyszeć bardzo dobre riffy od początku do końca, towarzysząca im perkusja również jest niezawodna, poza tym utwór kipi złowieszczym klimatem. "SS-3" jest o zamachu na obergruppenführera (odpowiednik generała) jednostki SS, Reinharda Heydricha.

Ocena: 10/10 (+4 za kompozycję, +1 za klimat)


8. "Serenity In Murder"
Od początku "Serenity In Murder" rozpoczyna się agresywnym intrem, przypominającym nieco końcówkę utworu "SS-3". W pewnym momencie kawałek zwalnia, i rozpoczyna się zwrotka. W "Serenity In Murder" dominuje agresja w połączeniu z ociężałością, ponury wokal Toma dodaje temu wszystkiemu dobrego klimatu. Pod koniec pierwszej minuty możemy usłyszeć speed-up oraz solówkę. Niestety w porównaniu do wszystkich poprzednich utworów, "Serenity In Murder" jest ubogie w jakiekolwiek zwroty akcji, jest to dosyć prosty, krótki kawałek w którym jedyną ciekawą rzeczą jest tak naprawdę zwrotka za którą ma u mnie plus. "Serenity In Murder" jest o pewnej osobie, która czerpie ogromną przyjemność z zabijania.

Ocena: 8/10 (+2 za klimat, -1 za długość utworu)


9. "213"
"213" obok "Serenity In Murder" oraz "Divine Intervention" jest jednym z najbardziej klimatycznych kawałków na płycie. Co się dziwić, zdecydowanie jest to utwór w stylu South Of Heaven. "213" rozpoczyna się od naprawdę ociężałego, klimatycznego intra. Między innymi dlatego warto przesłuchać ten kawałek. Po intrze utwór przyspiesza ujawniając kilka ciekawych zwrotów akcji (rzecz jasna wszystkie dają po mordzie klimatem). Następnie słyszymy dobrą zwrotkę, niedługo potem refren, po jakimś czasie dostajemy jeszcze klimatyczne solo... wszystko kipi złowieszczym klimatem, niczym z powieści Lovecrafta. Z tą różnicą że Slayer rzadko kiedy inspiruje się Lovecraftem. W przypadku Slayera są to satanizm, druga wojna światowa oraz seryjni mordercy. "213" jest o Jeffrey'u Dahmerze. Co dziwne, jest to pierwszy utwór jaki powstał o tym seryjnym zabójcy, co najlepsze: zabójca z Milwaukee zginął 2 miesiące po wydaniu Divine Intervention.

Ocena: 9,5/10 (+4 za klimat)


10. "Mind Control"
"Mind Control" jest zdecydowanie moim faworytem na tym albumie. Jest to za razem ostatni kawałek z płyty. Jest to utwór postawiony zdecydowanie na agresję, chociaż nie brakuje mu ponurego klimatu w stylu "Circle Of Beliefs" oraz "SS-3" (jak dla mnie "Mind Control" powinno znaleźć się na płycie po "SS-3", tam by najlepiej pasowało). "Mind Control" ma dosyć prostą budowę, aczkolwiek jest wzbogacony w bardzo dobre riffy, agresywną kompozycję oraz jak dla mnie najlepsze solówki na albumie. Przypomina odrobinę "Raining Blood" z albumu Reign In Blood. Utwór jest kolejnym atakiem na kościół; w "Mind Control" wypowiada się "uosobienie religii" które kontroluje ludzkie umysły.

Ocena: 10/10 (+4 za kompozycję, +2 za klimat)


Podsumowując Divine Intervention zrobił na mnie równie dobre wrażenie co Among The Living Anthraxa. Naprawdę, nie rozumiem dlaczego ten album jest taki niedoceniony, jak dla mnie jest on równie dobry co jego poprzednik. Kompozycje były na wysokim poziomie, Slayer pomimo zmiany perkusisty nie stracił poziomu; wręcz przeciwnie, przed grupą otworzyły się nowe wrota do rozwoju thrash metalu (szkoda tylko że Slayer zmarnował to wydając wolniejszy album Diabolus In Musica). Do wokalu nawet czepiać się nie będę, wiem że po prostu ten zabieg był konieczny. Niestety, brakowało mi na płycie tekstów Kerry'ego Kinga oraz Jeffa Hannemana, Slayer przesadził z tekstami napisanymi przez Toma Araya. Inną cechą jaką zauważyłem podczas słuchania był miksing. Przypominał on bardziej ten jaki słyszałem na albumie Hell Awaits, po szóstym krążku Slayera spodziewałem się czegoś lepszego. Pomimo tego album jest godny polecenia; ma swój klimat, grupa włożyła w niego więcej serca niż w następce. Poza tym, jest to ostatni tego typu album Slayera, więc warto to uszanować. :)


Zalety:
- Bardzo dobre kompozycje
- Klimat
- Bardzo dobre brzmienie Drop B
- Okładka
- Wokal
- Bardzo dobre solówki
- Świetny debiut nowego perkusisty w Slayerze

Wady:

- Spadek jakości tekstów
- Słaby miksing
- Brak różnorodności


Okładka: 7,5/10

Teksty: 7/10
Kompozycje: 9,5/10

Ogólna ocena: 9,25/10

7 grudnia 2014

Recenzja: Black Sabbath - Paranoid


Witam w kolejnej recenzji! Dzisiaj zajmę się pewną od dawna zapowiadaną recenzją. Dlaczego do tej pory nie zdecydowałem się jej zrecenzować? Oprócz tego, że o Black Sabbath wspomniałem w poprzedniej recenzji, wcześniej nie chciało mi się za nią zabierać; wśród gatunków z jakimi najchętniej się zapoznaję są thrash metal, groove metal oraz death metal, przez co całej reszty często trzeba szukać ze świecą. Album z jakim dziś się zapoznam jest właśnie wśród tych "pozostałych", często doceniany klasyk heavy metalu / hard rocka, jak dla mnie bardzo pozytywne wydanie. Przed wami: Black Sabbath - Paranoid.

Paranoid (początkowo miał zwać się War Pigs) jest drugim albumem brytyjskiej grupy heavy metalowej Black Sabbath. Został wydany 18 września 1970 roku nakładem wytwórni Warner Bros Records. Album został wydany w tym samym roku co jego poprzednik, Black Sabbath, często uważany jest za jeden z najlepszych heavy metalowych albumów jaki został wydany. Jest częstym obiektem inspiracji wśród młodszych grup metalowych (nawet tych z lat 80-tych). Album był dosyć kontrowersyjnym dziełem: przyjęty przez młodzież, znienawidzony przez kościół oraz rodziców którzy bali się że ich pociechy zostaną zdeprawowane. Patrząc na to z perspektywy czasu wydaje mi się że te zarzuty były kompletnie bezpodstawne, Black Sabbath to legenda metalu która nawet gdy grała dla mas była doceniana!

Okładka albumu została wykonana przez fotografa Marcusa Keefa. Przedstawia ona żołnierza lub policjanta w lesie z mieczem i tarczą. Okładka jest raczej brzydka, nie wiadomo o co konkretnie w niej chodzi. Pomimo tego ma jakiś tam swój urok; jedni ją lubią ze względu na kolorystykę, inni krytykują za to że jest po prostu okropna. Grafika zdecydowanie bardziej pasowałaby na koszulkę. Jednak tak samo jak w przypadku książki, nie ocenia się płyty po okładce!




1. "War Pigs"
Black Sabbath jest grupą w przypadku której jestem świeżakiem, mianowicie dla mnie jest to muzyka którą słyszałem poprzez innych artystów (w szczególności na albumie State Of The World Address grupy Biohazard), nie samą w sobie. Album wita nas intrem utworu "War Pigs", nazwane "Luke's Wall". Pomimo ogólnego spokoju, intro zostało zagrane w sposób ponury i brutalny. W pewnym momencie intro cichnie, słyszymy co chwilę powtarzające się akordy oraz młodzieńczy wokal Ozzy'ego. Ponieważ zapoznałem się z pojedynczymi utworami Black Sabbath, od razu rzuca mi się w słuch ten pozytywny nastrój zmieszany z lekkim niepokojem. Rzecz jasna, jesteśmy już grubo po intrze: utwór rozkręcił się na dobre, chociaż nie jest to szybkie granie. Słyszymy zbiór różnych riffów zagranych epicko (one grają tutaj znaczącą rolę). Słuchając tego ma się wrażenie jakby utwór był tym samym dla heavy metalu czym jest "Heart-Shaped Box" dla grunge'u. "War Pigs" jest o politykach, którzy za życia doprowadzali do wojen "dla zabawy"; w pewnym momencie nadszedł niespodziewany koniec świata, po czym wyżej wymienieni politycy trafili do piekła. Warto ten tekst przeczytać :)

Ocena: 10/10 (+4 za kompozycję i klimat, +2 za tekst)


2. "Paranoid"
Od samego początku słychać że drugi utwór będzie już nieco szybszym kawałkiem. "Paranoid" kojarzy mi się trochę ze wczesną muzyką grupy Judas Priest. Utwór jest żywiołowy i bardzo rasowy, słucha się go z przyjemnością. Zupełnie nie pasuje do poprzednika który wprowadził do albumu taki lekko ponury, podniosły nastrój. Pomimo tego "Paranoid" jest całkiem przyjemną, aczkolwiek krótką odmianą. Kawałek łatwo wpada w słuch: rockowa perkusja, zadziorna gitara oraz ciepły głos Ozzy'ego. Jedyną wadą utworu jest najprawdopodobniej jego długość, wprawdzie dla grania na jedno kopyto dwie minuty zupełnie wystarczą, jednak spokojnie do "Paranoid" zmieściłoby się jeszcze kilka porządnych zwrotów akcji. Utwór jest o pewnym człowieku, który przeżywa nieszczęśliwą miłość (żył z kobietą, do której nie żywił żadnych uczuć).

Ocena: 9,5/10 (+3 za kompozycję, +2 za rasowość)


3. "Planet Caravan"
Utwór "Planet Caravan" rozpoczyna się bardzo spokojnie: przypomina mi trochę końcówkę "War Pigs". Kawałek zawiewa ponurym klimatem spowodowanym przez spokojny i przytłumiony głos Ozzy'ego. Spokojna gitara potęguje to wrażenie. Zastanawiam się jak ten kawałek wpływał na ludzi w latach kiedy Paranoid było świeżutko po wydaniu skoro w tej chwili czuję niepokój. Co dziwne, utwór robi takie wrażenie bez głośnych gitar i perkusji, jest to tylko spokojne pogrywanie basu, krótkie solówki i przytłumiony wokal, to znaczy lata 60-te w pigułce. Jeden z lepszych dziwnych utworów jakie miałem okazję przesłuchać, łagodne a za razem ponure granie od którego serce bije szybciej. "Planet Caravan" jest o żołnierzach, którzy zginęli w czasie wojny, i przeżywają swoją podróż do niebios. Również warto przeczytać ten tekst.

Ocena: 9,75/10 (+4 za kompozycję, +3 za klimat)


4. "Iron Man"
Od początku utwór rozpoczyna się od co chwilowych uderzeń w bęben basowy. Słyszymy również ostry akord który po niedługim czasie przeradza się w jeden z najbardziej znanych i docenianych riffów w muzyce metalowej. Samo "Iron Man" lekko przypomina "War Pigs", kawałek wydaje mi się być jednak znacznie bardziej pozytywny. Kawałek został zagrany rasowo i przebojowo, ponury nastrój najprawdopodobniej został odłożony na później. Utwór przypomina mi trochę piosenkę śpiewaną przez żołnierzy podczas ogniska. Kto wie, może Ozzy się tym kierował pisząc ten utwór wraz z pozostałymi członkami zespołu? "Iron Man" jest o żołnierzu który zginął na wojnie po czym został odznaczony pośmiertnie za swoje bohaterskie czyny. Postawiono mu również pomnik z żelaza. Niestety, jego ciało pozostało w miejscu gdzie zginął. Z tego powodu dusza żołnierza wstępuje w posąg, i niszczy wszystko co napotka.

Ocena: 10/10 (+5 za kompozycję, +3 za rasowość i przebojowość)


5. "Electric Funeral"
Od początku słyszymy klimatyczny, ociężały riff zagrany naprawdę dobrze. Niedługo potem pojawia się zwrotka która niestety trochę mnie zawodzi: Ozzy śpiewa jakby od niechcenia, ma się wrażenie jakby śpieszył się na siku lub ulubiony serial w telewizji. Pomimo tego kompozycja mnie nie zawodzi, no może tylko w trakcie speed-upu. Z "Electric Funeral" miałem okazję zapoznać się wcześniej, a konkretnie z coverami: Pantery oraz Cavalera Conspiracy. Tamten pierwszy cover był znacznie lepiej zagrany od pierwowzoru, miał w sobie więcej ociężałości w przypadku której Pantera była ekspertem. Grupa Maxa Cavalery zwyczajnie obładowała świetny utwór brutalnością która nie zawsze musi pasować do ociężałości. Marc Rizzo grał jakby śpieszył się na promocję do Tesco, a Max zwyczajnie zjebał swoim kiepskim growlem. Utwór Black Sabbath jest czymś pomiędzy tymi coverami, z jednej strony słychać że Ozzy skupił się na innych kawałkach z Paranoid, a ten zostawił w spokoju; z drugiej strony "Electric Funeral" miało ogromny potencjał który wykorzystał zespół z Texasu. Utwór jest o świecie zniszczonym przez wojnę atomową.

Ocena: 8,5/10 (+3 za klimat i kompozycję, -0,5 za zaniedbanie)


6. "Hand Of Doom"
Utwór rozpoczyna się od spokojnego riffu przyjemnego dla ucha. "Hand Of Doom" znam z coveru który zrobił Slayer. Niestety, weterani thrash metalu cover zrobili słaby, wersja Black Sabbath wydaje mi się o wiele lepsza. Dobry riff i niejednorodna kompozycja dobrze się ze sobą łączą, wokal tak samo. Kawałek jest żywiołowy, jest to taki kompromis między "Paranoid" a "Iron Man"; są częste zwroty akcji, często można usłyszeć brzmienia rodem z lat 60-tych... ogólnie "Hand Of Doom" nie jest czymś równie dobrym jak wcześniej wymienione kawałkiem, jednak nie skarżę się: ma coś w sobie że aż chce się go słuchać. "Hand Of Doom" jest o żołnierzu, który pod wpływem tego co widział na wojnie, popadł w narkomanię.

Ocena: 8,75/10 (+2 za kompozycję)


7. "Rat Salad"
Kolejny utwór jest czymś z jeszcze innej beczki: poniekąd przypomina speed-up "Electric Funeral", został jednak zagrany lepiej: jest to utwór instrumentalny, tak więc nie brakuje tutaj pewnych ciekawszych zwrotów akcji. Raz usłyszymy rasową gamę riffów, innym razem solową perkusję... kawałek trwa nieco ponad 2 minuty, brzmi raczej jak intro lub outro do czegoś. Kojarzy mi się lekko z "Battle Hymn" grupy Judas Priest, z tą różnicą że jest to po prostu brudny i stary kawał muzyki, brzmi jakby przeleżał jakieś 60 lat zakurzony na strychu. Pomimo tego nie jest źle, takie kawałki mają swój klimat, tak samo jak czarno białe zdjęcia.

Ocena: 7,5/10


8. "Fairies Wear Boots"
Podobnie jak w przypadku "War Pigs", utwór "Fairies Wear Boots" rozpoczyna intro. Tym razem nazywa się to "Jack The Stripper". Słyszymy skomplikowaną kompozycję składającą się z różnych porządnych zwrotów akcji, przykładowo: mocnych riffów oraz dobrych solówek. "Fairies Wear Boots" jest bardzo pozytywnym kawałkiem muzyki. Zdecydowanie można w tym usłyszeć brzmienia w stylu albumów Master Of Reality oraz Vol.4. Po intrze "Jack The Stripper" przez dłuższy czas powtarza się ten sam riff, pomimo tego grupa nadal raczy nas pozytywnym graniem, podobnie jak w przypadku "War Pigs" oraz "Paranoid" Black Sabbath zaszalało z kompozycją. Utwór jest o pewnym młodym człowieku, który podczas koncertu metalowego wypalił kilka jointów; po powrocie do domu pod wpływem wizji zobaczył wróżki tańczące w glanach. Kolejny tekst warty zapamiętania :)

Ocena: 9,5/10 (+3 za kompozycję, +1 za tekst)


Podsumowując Paranoid jest warte zapamiętania. Słuchając tego albumu miałem podobne odczucia co w przypadku Painkillera grupy Judas Priest. Zastanawiałem się, jakim cudem tak spodobał mi się album z gatunku heavy metal? Chociaż tak naprawdę nie powinienem być specjalnie zaskoczony, Paranoid jest to dzieło ponadczasowe, mnóstwo znanych grup heavy metalowych z dzisiejszych czasów się nią inspirują! Album był raczej prostym dziełem: był pewien podział, jedne utwory miały w sobie wesoły klimat z lat 60-tych, inne z kolei ponury i ciężki. Teksty były całkiem dobre, wydaje mi się że był to drugi album na świecie w którym teksty nie omawiały tylko kochającej się pary, czy chociażby zmartwionego pana szukającego okularów w lesie. W tamtych czasach to szokowało, obecnie możemy tylko podziwiać pomysłowość chłopaków z Wielkiej Brytanii :)

Zalety:
- Bardzo dobre kompozycje
- Dobre teksty poruszające ważne tematy
- Różnorodność
- Kompromis między rasowością i przebojowością a klimatem i ociężałością
- Ciekawe rozwiązania

Wady:
- Okładka


Okładka: 5,25/10
Teksty: 9,5/10
Kompozycje: 9,5/10

Ogólna ocena: 9,5/10

Obserwuj nas!