Wyszukaj

21 listopada 2014

Recenzja: Death - Leprosy


Witam w kolejnej recenzji! Po tak długim czasie przerwy pora ponownie wrócić do roboty. Ostatnia recenzja niesamowicie mnie zmęczyła, mam nadzieję że ją docenicie, i jak już to powiecie mi co jest z nią nie tak. Dzisiaj przygotowałem wam recenzję, której nie zapowiadałem. Początkowo chciałem zrecenzować Kawalerię Szatana grupy Turbo, jednak w pewnym momencie po prostu zmieniłem decyzję. W czasie szkoły przesłuchałem inny, kultowy album. Ponieważ zrobił na mnie całkiem pozytywne wrażenie, postanowiłem że ten tydzień poświęcę właśnie na niego. Przed wami: Death - Leprosy.

Leprosy jest drugim albumem amerykańskiej grupy Death. Został wydany 12 sierpnia 1988 roku nakładem Combat Records. Ponownie krążek został wydany nakładem wytwórni Relapse Records w dniu 29 kwietnia 2014 roku. Drugi album grupy przyjął się lepiej niż poprzednik, słuchając go miałem wrażenie że jest to w rzeczywistości ulepszone Scream Bloody Gore (w porównaniu do poprzednika było to bardziej skomplikowane dzieło). Leprosy zyskiwało średnie noty, pomimo tego uznawane jest za jeden z lepszych death metalowych albumów wszech czasów.

Okładka przedstawia człowieka chorego na trąd skrytego pod płaszczem (trudno jest ustalić, czy jest to mężczyzna czy kobieta). W tle widać starą, ubogą wioskę. Pamiętam że gdy pierwszy raz zobaczyłem tą okładkę miałem wrażenie że przedstawia ona żywego trupa na tle starej wioski. Poniekąd domyśliłem się o co chodzi gdy dowiedziałem się co znaczy słowo "leprosy", i gdy przeczytałem o tym. Grafika zdobiąca krążek przyciąga uwagę, ukazuje nam cierpienie osób których wygląd zewnętrzny został zniszczony przez trąd, pomysł bardzo ciekawy.


1. "Leprosy"
Album od razu rozpoczyna się od złowieszczego intra w którego skład wchodzi nisko nastrojona gitara grająca porządny riff, + ociężała perkusja... nie ma bata, od samego początku kawałek robi wrażenie. Death pokazuje nam że po wydaniu Scream Bloody Gore nauczyło się wielu ciekawych rzeczy. "Leprosy" przez cały czas robi na mnie naprawdę spore wrażenie, a preludium do tego wszystkiego jest zwrotka. Chuck drze mordę naprawdę solidnie. Riff po zwrotce tak samo jak intro i zwrotka, wgniata w ziemię. Utwór co chwilę mnie zaskakuje. Pod koniec pierwszej minuty grupa daje nam chwilę luzu, następnie po 30 sekundach kawałek ponownie wgniata w ziemię, tym razem zabójczą prędkością i porządnym riffem. Tak samo solówka, i inne rzeczy... oj, tyle jest tu do wymieniania, lepiej przekonać się samemu ;) Pomimo tego że kawałek miał ponad 6 minut, nie nudziłem się ani na chwilę. Utwór jest o trudzie życia ludzi chorujących na trąd.

Ocena: 10/10 (+6 za kompozycję oraz połączenie brutalności z pięknem, +4 za wokal, tekst i rasowość)


2. "Born Dead"
"Born Dead" ani trochę nie przypomina swojego poprzednika. Wprawdzie od początku słyszymy bardzo dobry riff, jednak to już nie wgniata tak mocno w ziemię jak podczas słuchania "Leprosy". Następnie słyszymy speed-up który wnosi więcej. W "Born Dead" nie brakuje jednak elementów zajebistych: wokal, praca basu, solówka na początku pierwszej minuty, oraz ten chaos przypominający Schizophrenię na silnych sterydach. Drugi album grupy, za razem drugi utwór, a ja jestem niemalże wniebowzięty. Uwielbiam death metal, jednak z tą grupą nie miałem wielkiej styczności (tak, pod tym względem jestem pozerem). To co mnie najbardziej zaskakuje to to że kawałek tak szybko się kończy. Jak dla mnie 3 minuty i 25 sekund na ten kawałek to za mało. Utwór jest o dzieciach które rodzą się martwe, ewentualnie z chorobami które wskazują na to, że niedługo umrą.

Ocena: 10/10 (+5 za kompozycję oraz połączenie brutalności z pięknem, +3 za wokal i rasowość)


3. "Forgotten Past"
"Forgotten Past" od początku jest nieco wolniejszym kawałkiem niż poprzednie. Pierwszy riff jest bardzo niepozorny, tak samo zwrotka. Następnie słyszymy speed-up; słuchając poprzednich kawałków mogłem się domyśleć, że Death po prostu trzyma nas w niepewności. Podobnie jak w przypadku "Born Dead", im dłużej się tego słucha, tym jest lepiej. Jedyne co mi nie pasuje, to te zmiany tempa które są raczej słabe. Tak samo jak w przypadku "Leprosy" oraz "Born Dead", "Forgotten Past" ma również satysfakcjonujący moment. Słychać jednak że ten kawałek jest po prostu słabszy od poprzednich. Do wokalu nie ma co się czepiać, co do samego utworu: brzmi on jakby pojawił się wcześniej na Scream Bloody Gore. "Forgotten Past" jest o osobie, która przeżyła reinkarnację. Opisywane są jej wspomnienia z czasów poprzedniego wcielenia.

Ocena: 9/10 (+1 za kompozycję, +3 za wokal)


4. "Left To Die"
Utwór zaczyna pędzić niemalże od początku. Podobnie jak w przypadku "Forgotten Past", grupa trzyma nas w niepewności. W czasie zwrotki utwór nieco zwalnia. Po niej z kolei słyszę riff który brzmi podobnie do tego z utworu "Dirty Money, Dirty Tricks" z albumu o tej samej nazwie grupy Acid Drinkers. Przez dosyć długi czas nic się nie dzieje ciekawszego, utwór jest skomponowany i brutalny, jednak liczyłem na trochę więcej. Druga minuta: słyszymy breakdown (jakaś nowość!). Po nim słyszymy porządną solówkę. Gdy utwór się kończy pozostaje pewien niesmak. Wprawdzie wiem że w tym momencie wybrzydzam, ale po tym co usłyszałem w pierwszych dwóch utworach obrałem sobie pewien wzór: skomplikowany utwór z wieloma zwrotami akcji + ciekawymi momentami. "Left To Die" nie jest jednak katorgą, pomimo tego nie wyróżnia się. Utwór jest o ofiarach które zginęły, ewentualnie zostały pozostawione na śmierć podczas wojny.

Ocena: 8,5/10


5. "Pull The Plug"
Gdy usłyszałem intro do "Pull The Plug", przypomniał mi się pewien kawałek z albumu Scream Bloody Gore, nie pamiętam jednak nazwy; następnie utwór się rozkręca, widać że kolejny utwór Death bardziej przypomina albumy Human, Symbolic oraz The Sound Of Perseverance. Kawałek przez pierwszą minutę niczym ciekawym się nie wyróżnia; dopiero potem zaczyna się akcja: grupa po raz kolejny pokazuje nam swoje umiejętności w komponowaniu porządnych, agresywnych kompozycji. W porównaniu do "Born Dead" oraz "Leprosy", grupa postawiła zdecydowanie na brutalność; zero jakichkolwiek momentów przyjemnych w słuchaniu, tylko porządna młóćka. Przynajmniej na utwory tego pokroju liczyłbym na Leprosy, lepsze to niż "Left To Die". "Pull The Plug" jest o osobie, która w wyniku wypadku doznała poważnego uszczerbku na zdrowiu. Podmiot liryczny pozostaje w śpiączce do końca życia, przez co jest w potwornej agonii. W "Pull The Plug" zawarty jest morał: "Życie tak szybko się kończy, więc wykorzystaj to i spraw aby trwało".

Ocena: 9,5/10 (+2 za agresję i wokal, +1 za tekst)


6. "Open Casket"
Tytuł oraz brzmienie utworu kojarzą mi się trochę z "Born In A Casket" grupy Cannibal Corpse. Od razu od początku Death trzyma nas kompozycją w napięciu; niedługo potem następuje speed-up (czyli to czego mogłem się spodziewać). Krótka zwrotka, breakdown; dosyć dziwnie zbudowany kawałek... Nie brak tu jednak ciekawszych momentów, Death zdecydowanie jest w tym przypadku mistrzem. Kawałek pod względem kompozycyjnym kojarzy mi się trochę z "Pull The Plug". Słysząc go mam wrażenie że w następnych utworach nie doświadczymy tego co było na początku. Tak samo jak w przypadku wszystkich poprzednich, nie mam zamiaru się skarżyć. "Open Casket" również brzmi przyzwoicie. W "Open Casket" Chuck opisuje ludzkie odczucia wobec śmierci drugiej osoby.

Ocena: 9,5/10 (+2 za tekst i wokal, +1 za agresję)


7. "Primitive Ways"
Tak samo jak w przypadku "Left To Die", utwór niemalże od początku zaczyna pędzić. Tak samo jak w przypadku wszystkich poprzednich utworów, na początku nic nie wskazuje na to że "Primitive Ways" może jakoś ciekawie się wyróżniać. Tak samo jak "Pull The Plug", jest to przede wszystkim brutalny kawałek. Nie ma tu wiele zwrotów akcji, kawałek pędzi przez dłuższy czas tak samo. W przypadku tej grupy spodziewałem się czegoś zdecydowanie ciekawszego, jest to po prostu utwór w stylu Scream Bloody Gore. Gdy utwór się kończy, zdecydowanie odczuwam niedosyt. Tempo było szybkie, gitara brzmiała porządnie, wokal też. Jednak brakowało mi tego co mnie rozwaliło na początku! W utworze "Primitive Ways", wokalista opisuje opinię typowego człowieka na temat kanibalizmu.

Ocena: 8,5/10


8. "Choke On It"
"Choke On It" na początku jest powolnym, ociężałym kawałkiem; po jakimś czasie słyszymy speed-up (pojawia się na dosyć krótko). Pomimo ociężałości, utwór jest dosyć skomplikowany, ma w sobie więcej ciekawszych elementów. Riffy są całkiem niezłe, solówka robi wrażenie, wokal tak samo... Na ostatni utwór "Choke On It" wydaje się bardzo dobrze pasować. Grupa przez większość czasu stawia nacisk na perkusję, gitara i wokal pozostają jakby w drugim planie. Nie jestem pewien o czym jest utwór "Choke On It"; wydaje mi się że jest to kawałek o osobie, która umiera z powodu przedawkowania narkotyków.

Ocena: 8,75/10


Podsumowując Leprosy wydawał się od początku bardzo obiecującym dziełem. Dwa pierwsze utwory zmiażdżyły mi czaszkę, kawał metalu który musi zostać zapamiętany. Bardzo dobre kompozycje, teksty oraz wokal. Początkowo miałem wrażenie że Death wiele się nauczyło na bolączce Scream Bloody Gore. Czar prysł z czasem: każdy następny utwór nie był takim szokiem. Szczerze powiedziawszy spodziewałem się takiego death metalowego odpowiednika Master Of Puppets, jednak niestety nie wszystko bywa idealne. Mam nadzieję że na takim Symbolic mógłbym spodziewać się tego, czego nie dostałem na Leprosy. Wiem jednak że grupa nauczyła się na tych błędach.

Zalety:
- Pierwsze 2 utwory
- Bardzo dobre kompozycje
- Różnorodność
- Połączenie brutalności z pięknem
- Agresja i rasowość
- Wokal
- Okładka
- Teksty z ważnym przekazem

Wady:
- Po 2 pierwszych utworach poziom znacznie spadł


Okładka: 9,25/10
Teksty: 10/10
Kompozycje: 9/10

Ogólna ocena: 9,5/10

18 listopada 2014

Konfrontacja: Machine Head - The More Things Change... vs Slipknot - Vol 3: (The Subliminal Verses)


Witam po dłuższej przerwie w kolejnej konfrontacji! Przez praktycznie cały rok robię co tydzień lub dwa recenzje, nie miałem w ogóle przerwy. W końcu ostatnio wśród potwierdzonych recenzji mam dosyć męczące tytuły, więc mi się nie dziwcie. Pomysłodawcą tej konfrontacji był MrCommando1995, miał być przy okazji jej wykonawcą. Problem w tym że mój wspólnik ostatnio nie ma zbyt wiele czasu na prowadzenie bloga, przez co większą część roboty wykonuję niestety ja. Machine Head - The More Things Change... i Slipknot - Vol 3: (The Subliminal Verses); co te albumy mają ze sobą wspólnego? Odpowiedź jest krótka: nic. Album tej pierwszej grupy był ostatnim albumem groove metalowym po długiej przerwie na nu metal. Co do Slipknota... gdy The More Things Change... powstawało, w grupie nie było jeszcze nawet Corey'a Taylora. Można więc powiedzieć że szykuje nam się konfrontacja z najwyższą różnicą wieku albumów (7 lat różnicy). Zapraszam!


Machine Head - The More Things Change...


The More Things Change... jest drugim albumem amerykańskiej grupy groove metalowej Machine Head. Został wydany 15 marca 1997 roku nakładem wytwórni Roadrunner Records. Jak już mówiłem, drugi album chłopaków z Oakland jest ostatnim dziełem z gatunku groove metal wydanym w XX wieku przez ową grupę. Z Machine Head odchodzi Chris Kontos, bębniarz grający na Burn My Eyes; zostaje zastąpiony przez byłego perkusistę S.A. Slayera, Dave'a McClaina. Perkusista zajął się również pisaniem utworów, dopiero w 1999 roku Rob Flynn pozwolił mu na znacznie większą indywidualność. Album zyskał dosyć niskie, 138 miejsce w rankingu Billboard 200. Zyskiwał jednak całkiem wysokie pozycje w rankingach niektórych krajów w kategorii najlepsza sprzedaż. Album był oceniany pochlebnie, uznano jednak że nie jest tak dobry jak jego poprzednik.

Okładka została stworzona przez Josepha Cultice'a. Przedstawia ona ludzkie dłonie w stanie rozkładu leżące w gruzowisku. Właściwie to nie wiem co mógłbym tutaj zarzucić. Okładka ukazuje okropny obraz oddziałujący na wyobraźnię, czego tu jeszcze wymagać? Wygląda dobrze.


1. "Ten Ton Hammer"
Tytuł pierwszego utworu wydaje się być dosyć dziwny, kojarzy mi się trochę z "Bulldozer" z albumu Supercharger tej samej grupy. W rzeczywistości "Ten Ton Hammer" jest bardzo przyjemnym w posłuchu kawałkiem; czuć tutaj jeszcze ten klimat z albumu Burn My Eyes, słychać jednak że "Ten Ton Hammer" to zupełnie co innego. Utwór jest dosyć ociężały (co dziwne, ociężałe utwory mają zazwyczaj breakdown'owe tempo), nisko nastrojone gitary i ciężka perkusja świetnie kolidują z tytułem "Ten Ton Hammer", który jak wiadomo oznacza dziesięciotonowy młot. Refren utworu jest czymś wyjętym z kosmosu, utwór staje się lżejszy, klimat się wzmaga poprzez świetny riff, połączenie zwykłego śpiewu oraz krzyku. Zdecydowanie jeden z najlepszych refrenów jakie słyszałem. "Ten Ton Hammer" jest o osobie, która czuje ogromną urazę do byłego przyjaciela, który opuścił go w czasie gdy miał mu pomóc.

Ocena: 10/10 (+5 za bardzo dobry klimat i za świetny refren)


2. "Take My Scars"
Utwór rozpoczyna się od wysokich dźwięków zagranych na gitarze, następnie słyszymy budowanie napięcia. "Take My Scars" jest nieco szybsze od poprzednika, tym samym nie jest tak ociężałe. Utwór jest znacznie bardziej przebojowy, perkusja jest znacznie bardziej umiarkowana, często również zmieniają się riffy prowadzące, z których najlepszy (tym samym najprostszy) jak dla mnie jest w refrenie. Po drugim refrenie usłyszymy bardzo dobrą solówkę której przewodzi riff z refrenu. Ogólnie "Take My Scars" można uznać za jeden z najlepszych kawałków na płycie, utwór równie dobrze mógłby znaleźć się na Burn My Eyes. "Take My Scars" jest atakiem na kościół; wokalista zarzuca tej instytucji wyłudzanie pieniędzy od wiernych.

Ocena: 10/10 (+4 za bardzo dobrą kompozycję)


3. "Struck A Nerve"
Dla odmiany "Struck A Nerve" jest czymś bardziej thrashowym; słyszymy niepozorny początek, następnie szybki riff zagrany na basie. Potem jeszcze dochodzą gitary i perkusja. Wszystko jest bardzo szybkie, totalna odmiana! Co dziwne, "Struck A Nerve" jest raczej ustabilizowane. Słyszymy dobrą zwrotkę wyraźnie inspirowaną utworem "Wasting Away" grupy Nailbomb. Następnie słyszymy bardzo dobry, aczkolwiek krótki refren. Składa się on ze słów "The more things change, the more they stay the same". Po jakimś czasie utwór zwalnia, zmienia się również riff. Ma się wrażenie jakby się słuchało czegoś zupełnie innego (ta część jest zdecydowanie gorsza). Nie jestem pewien o czym jest "Struck A Nerve"; na początku słyszymy słowa "Give me power to end all of the strife, courage to kill the pro-life" co może sugerować że wokalista ma sprzeciw do pro-life, czy coś w tym stylu. Dalej jednak można przeczytać słowa w których osoba mówiąca twierdzi, iż pozostanie wierna swoim poglądom.

Ocena: 9,75/10 (+2 za kompozycję)


4. "Down To None"
Od razu słyszymy spokojny początek - delikatne, aczkolwiek klimatyczne pogrywanie na gitarze. Ten utwór dosyć często omijam, jakoś nigdy nie chciałem się z nim zapoznać na tym albumie. Po minucie utwór się wzmacnia, tworząc ociężały i klimatyczny kawałek z bardzo dobrym riffem. W przypadku grupy Machine Head nie zawsze przewidzimy co grupa nam przyszykowała; jak wiadomo, możemy się spodziewać ballady, cięższego utworu, ewentualnie czegoś takiego. To jest w tej grupie pociągające, groove metal grany w sposób bardzo oryginalny. Przez dosyć długi czas "Down To None" jest instrumentalne (pod niektórymi względami kojarzy mi się z Superchargerem), po jakimś czasie słyszymy jak perkusja gwałtownie wzmacnia kawałek, tworząc coś co zdecydowanie może się kojarzyć z "Death Church" z Burn My Eyes. Od tej pory w utworze nie ma większych zmian, tekst jest bardzo chaotyczny (pasuje jednak do utworu), przez co nie wiadomo gdzie jest refren, a gdzie zwrotka. "Down To None" jest o losach świata zniszczonym przez nienawiść.

Ocena: 9,5/10 (+3 za klimat)


5. "Frontlines"
"Frontlines" podobnie jak poprzednik będzie czymś wolniejszym. Rozpoczyna się jednak nieco szybciej; na początku słyszymy riff o wysokim tonie, a następnie rozpoczyna się właściwa część utworu. Podobnie jak poprzednik, "Frontlines" jest klimatycznym utworem, jest także dosyć nieregularny. Początkowo miałem problem ze słuchaniem tego utworu, nie wiedziałem gdzie konkretnie są refreny, zwrotki, itp. Miejscami kawałek jest również dosyć brutalny, i ociężały. Nie jest jednak tak dobry jak pierwsze cztery utwory, zdecydowanie czegoś mi tutaj zabrakło. Pomimo tego dalej jest dosyć ciekawą pozycją na liście. "Frontlines" jest o kraju zniszczonym przez wojny. O atak wrogów obwiniani są politycy, lub religia (napisane w tekście: "płonący wzorzec powiedział mi że..."

Ocena: 8,75/10 (+1 za tekst, +0,5 za klimat)


6. "Spine"
Od razu słyszymy intro zagrane na basie. Po nim można wywnioskować że "Spine" będzie raczej szybszym, przebojowym utworem. Zostaję jednak miło zaskoczony, jest to jakby połączenie utworów "A Thousand Lies" z albumu Burn My Eyes, oraz "Take My Scars". Kawałek jest klimatyczny, w szczególności w czasie zwrotki. Słyszymy bardzo dobry riff, oraz melodyjny wokal. W przypadku refrenu, nie jest on tak dobry jak w "Ten Ton Hammer", czy "Take My Scars". Równo w trzeciej minucie utwór zwalnia. W tym czasie słyszymy bardzo dobry riff, w połączeniu ze zjawiskową solówką Logana Mader'a. Moment inspirowany Metalliką z czasów Master Of Puppets. Wprawdzie "Spine" słucham pierwszy raz, aczkolwiek kawałek mi się spodobał, w szczególności zwroty akcji pod koniec utworu. Kawałek jest o pewnym wyrzutku społeczeństwa; najprawdopodobniej chodzi o żołnierza, który jest zmuszany przez rząd do zabijania. Ludzie go nie rozumieją, pomimo tego go osądzają.

Ocena: 9/10 (+1 za tekst)


7. "Bay Of Pigs"
"Bay Of Pigs" jest już nieco szybszym kawałkiem, ma w sobie lekko punkowy akcent. Słysząc zwrotkę mam wrażenie że "Bay Of Pigs" zapowiada zmianę stylu grupy; utwór kojarzy mi się trochę z "Desire To Fire" z albumu The Burning Red. Zwrotka utworu jest chaotyczna (styl ten kompletnie nie pasuje do Machine Head). Co do refrenu, jak dla mnie jest on słaby. Dopiero po drugiej minucie utwór zaczyna brzmieć przyzwoicie; "Bay Of Pigs" najpierw lekko zwalnia, następnie jest przerwa w postaci wersów z refrenu, po czym utwór kończy się niezłym breakdown'em (nie jest to taki odlot jaki mogliśmy usłyszeć w "Davidian" z albumu Burn My Eyes). W utworze "Bay Of Pigs" wypowiada się osoba, która zawiodła się na policji; krytykuje ich niesubordynację, oraz samowolkę.

Ocena: 7,75/10 (+2 za tekst)


8. "Violate"
Od początku wydaje mi się że "Violate" będzie czymś wolniejszym, i ociężałym; mam nadzieję że jeśli już grupa chce wykorzystać ten typ muzyki, to będzie to coś w rodzaju "Ten Ton Hammer". Po jakimś czasie zaczynam jednak się niecierpliwić, utwór brzmi jak jeden wielki loop. W pewnym momencie dochodzi jeszcze wokal. Po jakimś czasie domyślam się że "Violate" to w rzeczywistości spokojny utwór. Gdy przewijam dalej, niestety zawodzę się - przez cały czas słyszymy ten sam nudny riff, a wokalista ciągle śpiewa spokojnym wokalem. Kojarzy mi się to trochę z albumem Lulu Metalliki. Po raz kolejny można usłyszeć, że groove metal zaczyna nudzić się panom z Oakland, i mają po prostu chęć zagrać muzykę lżejszą, dla mas... "Violate" jest o dziewczynie, która została zgwałcona. Życzy ona gwałcicielowi najgorszego.

Ocena: 4/10 (-4 za nudę, -2 za sztuczność, +1 za tekst)


9. "Blistering"
Utwór rozpoczyna się iście sadystycznie (w najlepszym tego słowa znaczeniu). Na samą wspominkę o intrze z "Blistering" bolą zęby. Dosłownie (w intrze został nagrany dźwięk borowanie zęba). Następnie słyszymy utwór będący przeciwieństwem takiego "Bay Of Pigs" - klimatyczny, przyjemny dla ucha utwór który równie dobrze mógłby znaleźć się na Through The Ashes Of Empires. Po niedługim czasie słyszymy dosyć krótką, i nudną zwrotkę. Podobnie z refrenem. Całe szczęście są to jedyne rzeczy które mnie zawiodły, "Blistering" jest naprawdę przyzwoitym kawałkiem z mnóstwem ciekawych zwrotów akcji które ucieszą nie jednego fana. Utwór jest o osobie, która została zamordowana przez kogoś bliskiego; następnie została pogrzebana w niegodny dla człowieka sposób.

Ocena: 8,75/10

10. "Blood Of The Zodiac"
Od samego początku "Blood Of The Zodiac" wydaje się kipieć klimatem, podobnie jak w utworach "Frontlines" oraz "Down To None". Utwór w ten sposób rozkręca się przez minutę. Następnie kawałek traci ten klimat, przez co staje się dosyć niepozorny. Z początku spodziewałem się ociężałego utworu, usłyszałem jednak kawałek który z powodzeniem mógłby znaleźć się na Through The Ashes Of Empires (przypomina "Days Turn Blue To Gray"). Utwór ma wiele zwrotów akcji, jest bardzo chaotyczny; trudno jest przewidzieć co będzie dalej. W jednej chwili jest spokojny, w innej brutalny i ociężały. Owe rozwiązanie raczej się ze sobą nie klei. "Blood Of The Zodiac" jest o osobie, która popełniła samobójstwo na skutek molestowania seksualnego.

Ocena: 7,25/10


11. "The Possibility Of Life's Destruction"
Cover grupy Discharge, wcześniej już przez nas omawiany na pierwszym albumie grupy Soulfly. W porównaniu do grupy Soulfly, utwór rozpoczyna się piskami a nie "ułałałała". Od początku utwór ma typowo punkowe brzmienie, gitary są wysoko nastrojone, a Rob Flynn śpiewa trochę jak Phil Anselmo. "The Possibility Of Life's Destruction" przez większość czasu ma ten sam riff, raptem zmienia się tylko w czasie refrenu. Pod koniec możemy usłyszeć również solówkę; w porównaniu do utworu nagranego przez Soulfly, ta wersja podoba mi się bardziej; jest bardziej żywiołowa, ogólnie lepiej zagrana. "The Possibility Of Life's Destruction" jest o pewnym człowieku, który trafił do piekła.

Ocena: 6,75/10


12. "My Misery"
Kolejny utwór przypomina od samego początku połączenie "Old" z albumu Burn My Eyes, oraz "Take My Scars". "My Misery" jest jednak nieco spokojniejsze, w każdym razie w czasie zwrotki. Kawałek brzmi bardzo rasowo; nieco zawiewa mi tu The Burning Red, aczkolwiek więcej da się w tym wszystkim wyczuć Burn My Eyes, a to dobrze. Utwór jest trochę nieregularny, ma podobny układ do "Days Turn Blue To Gray": refren jest połączony wraz ze zwrotką, przez co przez cały utwór możemy niepotrzebnie doszukiwać się refrenu. Od drugiej minuty utwór nieco zwalnia, zaczyna nabierać pełnego niepokoju nastroju. Ogólnie kawałek całkiem przyjemny, dla kogoś komu było za mało utworów na Burn My Eyes, warto przesłuchać "My Misery". Utwór może mieć dwa znaczenia. Może to być zawierająca metafory opowieść o uciskanym kraju przez rząd; może też chodzić o kobietę, która została zamordowana przez seryjnego zabójcę.

Ocena: 8,25/10


13. "Colors"
Utwór jest coverem rapera Ice T... Co?! Rapsy?! Jak już to mam nadzieję że Machine Head wykorzystało sam tekst. Dobra, włączam. Na początku słyszymy wycie syren, a następnie pogrywanie basu. Póki co zapowiada się nieźle... do czasu. Po chwili słyszę typowe dźwięki dla gangsta rapu, bity zagrane na konsoli czy czym tam... Niedługo potem do akcji wkracza gangsta raper Rob Flynn. Wprawdzie utwór ma ten klimat z The More Things Change, wolałbym raczej żeby znalazł się na The Burning Red. Wydaje mi się gdy Rob Flynn postanowił nagrać ten utwór miał już ścięte włosy postawione na żel, które zaczęły uciskać mu łeb. Cholera, co to właściwie jest? Słychać że do wokalisty pasuje rap, jednak jak dla mnie wolałbym żeby dla tego gatunku poświęcił oddzielną grupę. Rap zagrany całkiem nieźle, ja na tym blogu oceniam jednak metal, tak więc won mi z tym! Utwór jest o wojnach gangów w Los Angeles.

Ocena: 1/10 (+1 za całkiem niezłe wykonanie rapu)


Podsumowując The More Things Change... jest płytą całkiem dobrą. Szczerze powiedziawszy od początku spodziewałem się czegoś prawie tak dobrego jak Burn My Eyes (by nie było że ocena niewiele się różni od Burn My Eyes, pierwszy album Machine Head najchętniej oceniłbym 9,5/10); album ma swój znak rozpoznawczy, w porównaniu do poprzednika jego atmosfera wydaje się być znacznie bardziej podkręcona. Co do kompozycji, nie są one już tak dobre, nie zamierzam jednak na to narzekać zbytnio. Do tekstów jak zawsze nie mam zastrzeżeń w tym przypadku, Rob Flynn pisze tak dobre teksty że czasem nie zastanawiam się czy nie wprowadzić do Machine Head osobnej 11-sto stopniowej skali. Z utworami było różnie, płyta na samym początku dawała kopa, po takich kawałkach jak "Ten Ton Hammer", "Take My Scars" oraz "Struck A Nerve", "Down To None" każdy (nawet osoba nie słuchająca Machine Head) zapamięta sobie ten album. Niestety, pod koniec album nam się zepsuł, słyszeliśmy utwory napisane raczej w pośpiechu, a wśród bonusów znalazł się nawet cover Ice T. Słychać że w tamtym momencie grupa powoli zmierzała w stronę nu metalu, niestety.

Zalety:
- Dobre kompozycje
- Okładka
- Bardzo dobre teksty
- Klimat
- Różnorodność
- Pierwsze 4 utwory miażdżyły
- Kompromis między nowym stylem a Burn My Eyes
- Połączenie brutalności z pięknem

Wady:
- Album zapowiadał zmianę stylu grupy na gorszą
- Ilość utworów
- 4 ostatnie utwory z wersji bonusowej nieco zepsuły płytę


Okładka: 9,25/10
Teksty: 10/10
Kompozycje: 8,25/10

Ogólna ocena: 8,75/10


Slipknot - Vol 3: (The Subliminal Verses)



Vol 3: (The Subliminal Verses) jest trzecim albumem studyjnym amerykańskiej grupy nu metalowej Slipknot. Został wydany 25 maja 2004 roku nakładem Roadrunner Records. Album różnił się w porównaniu do poprzedników: był nieco spokojniejszy, bardziej ustabilizowany; grupa poszła bardziej w rockowe brzmienia, inspirację death metalem niemalże odrzuciła. Poza tym, Corey zdecydował się na zmianę stylu wokalnego, postanowił zamiast growlować, po prostu krzyczeć (tak jak zwykł to robić na pierwszych albumach Stone Sour). Podobno robił to tak dobrze, że wielu fanów wynosi Vol 3: (The Subliminal Verses) ponad wszystkie inne ze Slipknota. Album zyskał mnóstwo pochlebnych recenzji, oraz 4 platynowe i 3 złote płyty. W wielu krajach krążek był w top 10 najlepszych albumów roku 2004.

Okładka została stworzona przez Shawna Crahana, przedstawia ona skórzaną "maskę larwy" z zamkiem błyskawicznym na ustach (Slipknot nazywa "larwami" swoich fanów). Przedmiot ten pojawia się w teledysku do utworu "Vermilion". Z początku okładka mi się nie podobała; kilka lat temu gdy żyłem jeszcze twórczością Slipknota miałem wrażenie że jest to po prostu twarz jakiegoś fetyszysty ukazana na okropnej okładce. W tej chwili moja opinia nieco się zmieniła, mianowicie "maggot mask" wydaje się całkiem przyjemną dla oka okładką; w każdym razie jest znacznie lepsza niż ta z pierwszego albumu studyjnego grupy.



1. "Prelude 3.0"
Z Vol 3: (The Subliminal Verses) znałem kilka utworów, często będą się zdarzały utwory których kompletnie nie znam; "Prelude 3.0" jest właśnie tego typu kawałkiem. Z początku miałem wrażenie że jest to jakieś intro, ewentualnie utwór instrumentalny. Od razu od początku "Prelude 3.0" wali nas w mordę ciężkim i mrocznym klimatem rodem z horrorów z lat 80-tych. Rozpoczyna się zwrotka, i zauważam że ten utwór jest najprawdopodobniej czymś w rodzaju ballady. Spokojny rockowy wokal, niewielkie wzmocnienia tu i tam... ogólnie ballada na początku płyty jest dla mnie dosyć dziwnym zjawiskiem, chociaż nie powiem, słucha się jej całkiem przyjemnie. Corey Taylor wniósł tutaj wiedzę której nauczył się w grupie Stone Sour. Właściwie to nie wiem czy lepsze byłoby stwierdzenie że Corey chce zrobić ze Slipknota drugie Stone Sour... Utwór jest dobrze skomponowany, tekst jednak jest średni. Pomimo tego pasuje do utworu. "Prelude 3.0" jest o małżeństwie, które miało przed sobą tajemnice.

Ocena: 8,5/10 (+1 za klimat)


2. "The Blister Exists"
"The Blister Exists" jest już cięższym kawałkiem chleba. Pamiętam że nie do końca lubiłem ten utwór z powodu długiego, kiepskiego intra. Słyszymy nacisk na podwójną stopę, riff jest zagrany na niskich akordach. Gdy rozpoczyna się zwrotka, utwór się wzmacnia. Słyszymy wyraźnie krzykliwy wokal Corey'a (muszę przyznać bardzo do niego pasuje), przy okazji można usłyszeć w tle pogrywającą gitarę rytmiczną. Kawałek jest raczej prosty w budowie, ma w sobie raczej kiepskie zwroty akcji, w pewnym momencie po prostu się rozlatuje. Możliwe że "The Blister Exists" ma tak właśnie brzmieć, jak dla mnie jest to po prostu nierówna gra. Po intrze spodziewałem się tego, że dla tego kawałka 5 minut to o wiele za dużo (warto jednak doczekać outra, które jest naprawdę klimatyczne). W utworze wypowiada się osoba chora psychicznie zniszczona przez własną uniwersalność.

Ocena: 8/10


3. "Three Nil"
"Three Nil" jest z kolei zupełnie innym utworem, zdecydowanie nawiązuje do albumu Iowa swoim połączeniem brutalności death metalu z nu metalem. Od razu od początku utwór zachęca do tego by go posłuchać; zdecydowanie jest to coś czego bardzo chętnie posłuchałbym na poprzednim albumie. Po raz pierwszy pojawiają się różne industrialowe efekty, a nu metal w czasie zwrotki uderza z potężną siłą. Pamiętam jak kiedyś lubiłem ten kawałek, bardzo podoba mi się żywiołowo-rasowa kompozycja kipiąca agresją: gitarzyści grają naprawdę dobre riffy, perkusista również daje pokaz umiejętności; poza tym nu metalowe zwrotki kopią dupę (jak dla mnie jeden z ostrzejszych i lepszych utworów z tego gatunku). Warto dotrwać do epickiego outra. "Three Nil" jest o osobie która jest otoczona przyjaciółmi. Zastanawia się jednak, czy aby warto im ufać, głównie z tego powodu że dawniej została i tak przez kogoś skrzywdzona.

Ocena: 10/10 (+2 za żywiołowość, rasowość i agresję)


4. "Duality"
Ten utwór jest uznawany za jeden z najlepszych stworzonych przez Slipknota. Rozpoczyna się od klimatycznego intra zagranego na fortepianie czy tam pianinie... Słyszymy również spokojny, klimatyczny wokal Corey'a. Następnie wkraczają perkusja i gitara; utwór bardzo dobrze buduje napięcie, brzmi naprawdę rasowo, w szczególności w części przed zwrotką. Utwór jest idealny na koncerty; zwrotka może i jest średnia, jednak refren to co innego (spokojnie mogę go porównać do tego jaki słyszałem w utworze "Ten Ton Hammer" Machine Head). Właściwie to cały utwór brzmi jakby był inspirowany dokonaniami grupy z Oakland. Jak dla mnie bardzo dobry kawał metalu, wprawdzie inny od reszty, jednak daje kopa. W "Duality" Corey Taylor opisuje swoje problemy związane z przeszłością, np. to że chciał kiedyś popełnić samobójstwo.

Ocena: 9,75/10 (+3 za agresję i rasowość, +2 za klimat)


5. "Opium Of The People"
Od początku "Opium Of The People" skojarzyło mi się z albumem Burn My Eyes grupy Machine Head oraz z utworem "Propaganda" Sepultury; następnie kawałek się rozkręca zmieniając się w połączenie albumów Iowa, oraz pierwszego albumu Slipknot; nie trzeba być geniuszem żeby odnaleźć podobieństwa. Samo "Opium Of The People" jest kawałkiem przyjemnym w posłuchu, agresja i niespokojny nastrój dodają temu wszystkiemu pikanterii, po prostu kawałek ma coś w sobie. Grupa w utworze krytykuje religię, uznaje ją za coś ogłupiającego. Przykładowo Corey Taylor opisuje umowny dzień końca świata, w czasie którego ludzie z niewiadomych (dla ateistów) przyczyn biegają przerażeni.

Ocena: 8,75/10 (+2 za stary styl Slipknota)


6. "Circle"
Utwór rozpoczyna się od niewytłumaczalnych dźwięków. Następnie zaczynamy słyszeć... gitarę akustyczną! Cholera, wydaje mi się że grupa za mocno troszkę zaszalała, przez co utwór brzmi jakby został żywcem wyjęty z grupy Stone Sour. Corey śpiewa spokojnym głosem, gitara akustyczna cały czas pogrywa, a w tle pogrywa perkusja. Nic nie wskazuje na to że "Circle" będzie czymś ostrzejszym. Jest to po prostu łagodna, przyjemna w posłuchu ballada. Jedyne co mi nie pasuje to właśnie fakt, że Slipknot po prostu zagrał utwór który powinien znaleźć się na którymś z albumów Stone Sour. Nie ma tu nic budującego napięcie, kawałek brzmi jak zwykłe pogrywanie przy ognisku; to co zdecydowanie najlepsze w tym utworze to dobry tekst. W utworze Corey opisuje cykl ludzkiego życia, udowadnia że starość przychodzi niezwykle szybko.

Ocena: 7/10


7. "Welcome"
Po łagodnym "Circle" przyszedł czas na kawałek przypominający nieco "Opium Of The People"; kawałek jest bardzo szybki, kojarzy się z pierwszym albumem tej grupy. Jak dla mnie jest również jednym z ostrzejszych z płyty (obok "Three Nil" oraz "Opium Of The People"). W porównaniu do poprzednich utworów z tej płyty refren jest czymś z innej beczki, jest to po prostu agresywny, Slipknotowy kawałek. Agresywna kompozycja i wokal robią swoje, utworu słucha się nawet przyjemnie, w każdym razie wydaje mi się że jest to jeden z bardziej docenionych kawałków przez kogoś nieprzepadającego za tą grupą. Utwór jest o trudach rzeczywistości w jakiej żyją ludzie.

Ocena: 9/10 (+2 za stary styl Slipknota)


8. "Vermilion"
Utwór "Vermilion" jest jednym z najbardziej lubianych przez fanów Slipknota; początkowo wydawało mi się że jest to ballada. Gdy tak się wsłuchuję, wydaje mi się że ten kawałek najłatwiej jest mi porównać z "Left Behind" z albumu Iowa. Utwór od samego początku próbuje walić nas po mordzie klimatem. Niestety, w jego przypadku nic się nie udaje, przez co podczas słuchania się zanudzam. Jedyne co robi na mnie wrażenie to spokojny, ponury wokal Corey'a. Kompletnie nie pasuje do rockowej kompozycji. W przypadku utworu "Vermilion", znacznie bardziej byłbym zadowolony gdybym usłyszał go w którymś albumów Stone Sour. Ze Slipknota wolę cięższy kawał mięsa. Z czasem przekonuję się że "Vermilion" w rzeczywistości nie jest aż taką porażką, kawałek ma zajebiste, klimatyczne zwroty akcji. Niestety, brzmi to jakby było zerżnięte z Machine Head. Utwór jest o samotnym człowieku, który zakochał się w wymyślonej przez siebie dziewczynie, która "nie reaguje na jego zaloty". Jest on w niej tak zakochany, że wydaje mu się że ona naprawdę istnieje.

Ocena: 6,75/10 (-1 za pomysł zerżnięty od Machine Head)


9. "Pulse Of The Maggots"
W przypadku tego utworu na początku miałem wrażenie że "Pulse Of The Maggots" jest w rzeczywistości utworem na żywo; rozpoczyna go intro iście w stylu Machine Head: wokalista krzyczy do fanów słowa które mają obudzić w nich wolę walki. Po tym intrze rozpoczyna się akcja, słyszymy ciekawie rozpędzający się utwór, podobnie jak w przypadku "Welcome", kawałek brzmi jakby został zagrany w stylu starego Slipknota. Z czasem rozpoczęcia zwrotki słyszę kawałek który zdecydowanie nadaje się na koncerty: agresywna kompozycja z nienagannym, skomplikowanym riffem, porządną perkusją oraz z charyzmatycznym wokalistą. W połowie drugiej minuty Slipknot zdecydowanie zaszalał, mocno zbliżając się do swoich korzeni. W "Pulse Of The Maggots" wokalista przekonuje fanów by ci byli ludźmi na których warto liczyć.

Ocena: 9,25/10 (+2 za przebojowość, +1 za stary styl Slipknota)


10. "Before I Forget"
Kolejny utwór: "Before I Forget" jest kolejnym podejściem do nowej formuły, pod względem kompozycyjnym bardzo przypomina "Duality". Tempo jest bardzo podobne, ogólnie jest dosyć podobnie skomponowany. "Before I Forget" ma jednak pewną różnicę: jest bardziej przebojowy, jest bardziej melodyjny i kipi agresją. Kompozycja lekko odstaje poziomem od poprzednich kawałków, nie prezentuje się już tak ciekawie jak w "Welcome", czy "Duality". Jest to kawałek zagrany mocno na luzie, widać że tak naprawdę jest dolna granica Slipknota. Corey nad komponowaniem kawałka się nie męczył, pomimo tego efekt końcowy cieszy. Slipknota nie da się oceniać pod względem prymitywności, znacznie bardziej wolę taki styl gry niż w "Vermilion". Utwór jest o pewnym człowieku zamkniętym w sobie ("szczelnie"). Znajduje usprawiedliwienie w tym, że świat zewnętrzny jest nieprzyjazny dla niego.

Ocena: 9,5/10 (+2 za żywiołowość, rasowość i agresję)


11. "Vermilion - part 2"
Podobnie jak "Circle", utwór został zagrany na gitarze akustycznej. Od samego początku kawałek brzmi całkiem nieźle. W porównaniu do części pierwszej, drugi "Vermilion" jest zdecydowanie smutniejszym kawałkiem; tak samo jak w przypadku części pierwszej tego utworu, oraz "Circle", ten kawałek znacznie lepiej brzmiałby na Stone Sour; do Slipknota ten styl kompletnie nie pasuje. Nie licząc tego, część druga "Vermiliona" jest zagrana całkiem nieźle, wręcz kipi tym smutnym klimatem. Nie ma bata, Corey musiał naprawdę się postarać aby takie coś napisać. Wydaje mi się że Slipknot został znienawidzony przez wielu fanów właśnie przez te trio albumu ("Circle", "Vermilion" oraz "Vermilion - part 2"). To co powiem wyda się trochę dziwne, ale pamiętam że znacznie bardziej profesjonalnie został zagrany kawałek "From My Heart" z albumu Destroy Ektomorfa którego nie tak dawno recenzowałem. "Vermilion - part 2" jest to po prostu część pierwsza ze zmienioną kompozycją; tak więc tekst jest ten sam.

Ocena: 7,5/10


12. "The Nameless"
Od początku słyszymy klimatyczne intro; kawałek zdecydowanie kojarzy mi się z albumem Iowa. Wydaje mi się że on mógł zostać napisany gdzieś w okolicach 2001 roku; w czasie zwrotki trochę się zawodzę, wolałbym żeby Corey zaśpiewał to jak za dawnych czasów. Kompozycją grupa to wszystko spokojnie nadrabia. Gdy słyszę refren, mój mózg wybucha. Co to właściwie jest? Słyszymy spokojne pogrywanie na gitarze akustycznej, oraz wokal w stylu Stone Sour. Kompletnie mi to tutaj nie pasuje. Całe szczęście refren jest krótki. Pomimo niezbyt szybkiego tempa "The Nameless" jest strasznie chaotyczne; grupa bardzo szybko przechodzi od jednego momentu do drugiego (przykładem jest ten cholerny refren). W połowie drugiej minuty utwór nabiera trochę więcej cech typowego utworu z tego albumu. "The Nameless" jest o pewnym zakochanym człowieku, który bardzo kocha swoją partnerkę. Jedyne co mu w tym przeszkadza to jego choroba, przez którą pragnie ją "uwięzić".

Ocena: 7,5/10 (-1 za refren)


13. "The Virus Of Life"
"The Virus Of Life" wydaje mi się być moim faworytem na tym albumie; na początku słyszymy intro przypominające brzęczenie komara. Następnie słyszymy instrumenty perkusyjne na których gra Chris Fehn. Utwór wręcz kipi złowieszczym i niepokojącym klimatem. Utwór jest bardzo ociężały, od poprzednich kawałków Slipknota dzieli je ogromna różnica. "The Virus Of Life" szokuje w najlepszym tego słowa znaczeniu, brzmi jak soundtrack z "Piły"; jak niektórzy z was wiedzą, "Piła" jest to całkiem porządna dawka przemocy w jednym filmie. Wokal, praca gitary, bas oraz te instrumenty podkręcające klimat. Ma się wrażenie że "The Virus Of Life" zostało napisane i zagrane przez ludzi opętanych. "The Virus Of Life" opowiada o odczuciach człowieka chorego na schizofrenię. Poznaje on dziewczynę, z którą spędza cały dzień. Pod koniec dnia (w czasie gdy jego choroba się objawia), bohater staje się niebezpiecznym gwałcicielem. Warto przeczytać ten tekst, jest on naprawdę bardzo dobry.

Ocena: 10/10 (+5 za klimat, +3 za tekst)


14. "Danger - Keep Away"
Początkowo miałem wrażenie że "Danger - Keep Away" będzie czymś podobnym do poprzednika; jak można usłyszeć, utwór również kipi klimatem. W porównaniu do poprzednika utwór brzmi jakby był soundtrackiem do jakiegoś katastroficznego filmu który przedstawia miejsce skażone radioaktywnie; co dziwne, "Danger - Keep Away" jest balladą, został jednak wykonany jednak w stylu Slipknota. Zdecydowanie wolę słuchać takiej ballady Slipknota zamiast takiego "Circle", czy "Vermilion". Przyjemny dla ucha kawałek idealnie pasuje na koniec płyty. Utwór jest balladą miłosną; wypowiada się w niej człowiek chory na groźną, psychiczną chorobę, który bardzo kocha wybrankę swojego życia. Zdaje sobie sprawę, że jest dla niej zagrożeniem, przez co na czas leczenia chce odejść.

Ocena: 9,25/10 (+2 za klimat)


15. "Don't Get Close"
"Don't Get Close" jest utworem bonusowym. Początkowo istniał w wersji ze słabą jakością, ja jednak znalazłem po remasterze. Utwór brzmi jakby został wyjęty z albumu Iowa. W jego trakcie słyszymy agresywny, klimatyczny riff. Zwrotka wydaje mi się lekko spieprzona, nie jest jednak aż tak źle. Zdecydowanie w przypadku "Don't Get Close", Slipknot postawił na agresję. Utwór jest rasowo zagrany, wydaje się całkiem ciekawym rozwiązaniem na koncerty. W porównaniu do poprzednich utworów, "Don't Get Close" jest dosyć prosty w budowie; pomimo tego ma całkiem sporo zwrotów akcji. Utwór jest o osobie będącej samotnikiem; odtrąca od siebie wszystkich, którzy chcą się zaprzyjaźnić.

Ocena: 8,5/10


16. "Scream"
No wreszcie, ostatni kawałek. Utwór brzmi jak jakiś kawałek nagrany w czasie sesji z albumem Iowa; jest dosyć prosto zbudowany (wydaje mi się to być najprostszy utwór grupy). Kawałek jest agresywny, w szczególności w czasie zwrotek. Nowszy fan nie spodziewałby się że "Scream" pochodzi z albumu Vol 3: (The Subliminal Verses); to po prostu bardzo mocno różni się od innych utworów. Kawałek wydaje mi się całkiem niezłą jazdą, jednak niestety Slipknot zaoferował nam tyle kawałków, że słuchanie tego stało się niezwykle męczące. W utworze "Scream" wypowiada się osoba, która jest szczęśliwa z powodu rozwiązania trudnego problemu.

Ocena: 8,5/10


Podsumowując CAŁĄ tą konfrontacją jestem zawiedziony, jest to zdecydowanie najgorszy wpis na tym blogu jaki napisałem. Już lepiej się bawiłem pisząc recenzję Earth A.D./Wolfs Blood grupy Misfits! Co do tego albumu, Vol 3 (The Subliminal Verses) jest niezwykle męczącym albumem, jest to zdecydowanie jego największa bolączka. Slipknot postawił i na jakość, i na ilość, jednak w pewnym momencie dostawałem szału. "Kurwa, ile to utworów mam jeszcze opisać?" <opisałem 7>: "Jeszcze 9, ja pierdole". Jak już mówiłem, Slipknot również postawił na jakość, wiele utworów było naprawdę przyjemnych w słuchaniu, chociaż też zdarzały się dosyć słabe kawałki, w tym "Vermilion". Inną wadą tego albumu jest to, że Corey Taylor za dużo rzeczy zaczerpnął ze swojego drugiego projektu, Stone Sour; zauważyłem też parę elementów z którymi zetknąłem się podczas słuchania Machine Head (niestety, kolejna wada). Nie dziwi mnie to dlaczego Slipknot przestał być w wielu kręgach lubiany.

Zalety:
- Dobre kompozycje
- Bardzo dobre teksty
- Różnorodność (przede wszystkim)
- Klimat
- Wokal Corey'a Taylora
- Agresja
- Rasowość

Wady:
- Próba pogodzenia ilości z jakością (duża wada)
- Słabe ballady
- Zbyt dużo elementów zaczerpniętych ze Stone Sour
- Elementy zaczerpnięte z Machine Head


Okładka: 7,5/10
Teksty: 10/10
Kompozycje: 9/10

Ogólna ocena: 7,75/10

2 listopada 2014

Recenzja: Megadeth - Countdown To Extinction

Witam Was! Ostatnio tylko Adi666 zajmował się pisaniem recenzji, zatem uznałem, że czas, abym ja dodał coś od siebie. Zrecenzuję album "Countdown To Extinction" Megadeth. Pomysł na tą recenzję pojawił się w mojej głowie tak nagle, znikąd. Zwykle uważałem, że za nic w świecie nie zrecenzuję żadnego albumu Megadeth, gdyż to strata czasu i tak dalej. Przesłuchałem kilka pierwszych albumów tej grupy, w tym bardzo lubiany przez fanów "Rust In Peace". Jednak w ogóle mi się to nie podobało, po kilku utworach znudzony włączyłem sobie Slayera czy też Sepulturę. Kilka tygodni temu postanowiłem dać Megadeth ostatnią szansę - przesłuchać jeszcze jeden album. Wybrałem "Countdown To Extinction". No i tym razem się nie zawiodłem! Zaprezentuję swoją opinię i opiszę wrażenia, jakie towarzyszyły mi podczas poznawania tej płyty.

"Countdown To Extinction" został wydany w 1992 roku. Wspomnę, że album był największym sukcesem komercyjnym grupy. Żaden inny nie sprzedał się w takiej ilości. Zajął 2. miejsce na liście Billboard 200. To już sugeruje, że płyta może być naprawdę interesująca. Jednak z drugiej strony oprawa graficzna nie wygląda tak zachęcająco - nie pasuje do tytułu płyty oraz to co przedstawia niekoniecznie nadaje się jako okładka albumu Megadeth, a przedstawia człowieka, który prawdopodobnie popełnił samobójstwo w celi (powiesił się). Kolory sprawiają, że nastrój tego obrazu jest naprawdę przygnębiający. Taka oprawa graficzna pasowałaby bardziej do albumu jakieś grupy deathmetalowej niż dla Megadeth. Ale jak wszyscy wiemy - muzyka jest ważniejsza niż okładka. Zatem przejdę do opisu utworów.



1. "Skin O' My Teeth"
W niczym nie przypomina to gry Metalliki i Slayera. Z początku słuchając tego utworu pomyślałem "eee tam... standardowy nudny utwór Megadeth w stylu tych innych, które niczym nie zaskoczyły", jednak po chwili "Skin O' My Teeth" zaczęło mi się naprawdę podobać. Ciężkim brzmieniem tego nie można nazwać, ale rytm i melodyjność sprawiają, że opierać długo się nie mogłem - naprawdę dobry utwór. Zdecydowanie polecam. W tekście podmiotem lirycznym jest człowiek, który próbuje popełnić samobójstwo na różne sposoby - rzucając się pod samochód, pociąg i tak dalej. Tekst dobrze został zbudowany, jednak jego wadą jest to, że nie pasuje do radosnego rytmu utworu.

Ocena: 8,5/10

2. "Symphony of Destruction"
W tym utworze zespół zagrał już ciężej niż w poprzednim przypadku. Od początku trwania "Symphony of Destruction" jestem pozytywnie zaskoczony. Megadeth mnie nie nudzi, brzmi bardzo ciekawie. Słyszymy właściwie dwa-trzy riffy w całym utworze, a mimo to jak mówiłem - ani trochę się nie nudzę. Ważny jest tutaj też wokal Mustaine'a, bez którego "Symphony of Destruction" nie byłoby tak dobre, jak jest. Jako ciekawostkę dodam to, że utwór został wykorzystany jako ścieżka dźwiękowa do gry FlatOut 2. A teraz powiem o tekście. Jest w nim mowa o zagrożeniach płynących z władzy absolutnej, władzy w rękach jednego człowieka. Podmiot liryczny uważa, że nieważne jak piękne założenia będzie mieć taki człowiek, to i tak będzie tak jak zwykle - dojdzie do wojny, czy też zamieszek. Podsumowując, utwór bardzo dobry. Nie mam kompletnie niczego do zarzucenia.

Ocena: 10/10

3. "Architecture of Aggression"
 Można powiedzieć, że jest to ciąg dalszy poprzedniego utworu. Podobne tempo, riff, a nawet i tekst (ale o tym standardowo na koniec). Tym, co mnie też bardzo do tego utworu przyciąga jest też jego budowa - w odróżnieniu od innych utworów Megadeth nie jest to kilka prostych riffów na krzyż, ale też ciekawa solówka w okolicach refrenu. Naprawdę przyjemnie się tego słucha i nie mogę uwierzyć, że to ten "gówniany Megadeth". Tekst jak wspominałem, jest podobny do tekstu "Symphony of Destruction". Również jest w nim mowa o zagrożeniach płynących z władzy absolutnej, jednak tym razem zespół porusza problem wojen domowych, rewolucji - gdy poddani zbuntują się przeciwko władcy, może dojść do walk, w których zginie wielu niewinnych ludzi. Utwór niemal idealny, jednak czegoś tutaj zabrakło do maksymalnej oceny.

Ocena: 9/10

4. "Foreclosure of a Dream"
Mamy coś w rodzaju ballady. Numer czwarty na płycie i ballada... - albo przypadek, albo zrzynanie z Metalliki (czego po Megadeth można się spodziewać). Ale dobra, nieważne. Brzmi to całkiem ciekawie, jednak nie dorównuje poprzednim utworom. "Foreclosure of a Dream" ma klimat, jednak zdarzają się też nudne elementy. Rekompensują nam to za to niesamowite solówki (jedna w wykonaniu Mustaine'a, a druga Friedmana). Tekst potępia polityków obiecujących wielkie zmiany w państwie. Ci ludzie nie zrobią dla kraju absolutnie nic, gdy już dostaną władzę. Tekst bardzo dobry i tylko kilka elementów kompozycji jest wadliwych.

Ocena: 8/10

5. "Sweating Bullets"
Ten utwór nieco mnie zaskoczył. Posłuchajcie zwrotek, które brzmią naprawdę nietypowo - jakby wstęp do jakiegoś utworu. Jednak, gdy trochę się osłuchałem z tym utworem, przestało mnie to tak razić. No i zwrotki to też nie są całym utworem. Jest tutaj też świetnie zagrany refren i solo.  Co do tekstu, to wypowiada się w nim człowiek, który prawdopodobnie jest chory psychicznie. Słyszy różne głosy, czuje niepewność, ma amnezję, nie wie co robił poprzedniego dnia. Ma krew na rękach i boi się, że mógł kogoś zabić. Pasuje to wszystko do kompozycji. Jeden z ciekawszych utworów na płycie.

Ocena: 9/10

6. "This Was My Life"
W tym momencie pomyślałem, że płyta zaczyna się psuć. Utwór jest gorszy od pozostałych. To brzmi jak jakiś hard rock, a nie metal. Takie bezpłciowe, nie wiadomo co. Bez klimatu. To są po prostu zmarnowane cztery minuty na płycie. Naturalnie "This Was My Life" nie jest kompletnym zerem. Ma niby też kilka zalet, kilka momentów jest ciekawych, jednak blado wypadają wobec reszty utworu. W tekście podmiotem lirycznym jest osoba skazana na śmierć. Opisane są jej ostatnie wrażenia. Fani Metalliki najpewniej powiedzą, że to kopia "Ride The Lightning", hehe.

Ocena: 3,5/10

7. "Countdown To Extinction"
Nadszedł czas na mojego faworyta. Utwór tytułowy zaskakuje niemal w każdej sekundzie. Mamy tu naprawdę klimatyczne zwrotki i refren. Nie mam kompletnie do czego się przyczepić, a wydaje mi się, że jestem osobą, która jest krytyczna, jeśli chodzi o muzykę. Każda sekunda tego utworu brzmi dosłownie idealnie. Prawdopodobnie za jakiś czas album mi się znudzi, z wyjątkiem tego utworu. Solówka zrobiła na mnie naprawdę wielkie wrażenie. Jest to bezkompromisowo najlepszy utwór na płycie. Tekst jest równie dobry jak kompozycja. Możemy rozumieć go na dwa sposoby - dosłownie i metaforycznie. Dosłownie: jest w nim mowa o tym, jak ludzie mordują zwierzęta, które są zagrożone wyginięciem. Robią to dla skór, aby robić z nich różne rzeczy i tak dalej. Jednak może to być pewna metafora i może to być tekst potępiający rasistów, prześladujących innych z powodu skóry, narodowości, czy też wyznania. "Countdown To Extinction" - utwór bardzo dobry.

Ocena: 10!/10 (dałbym nawet 11)

8. "High Speed Dirt"
Od początku przypomina to jakąś przeróbkę "Skin O' My Teeth". Podobny riff, jednak o wiele gorszy. Ten utwór już melodyjnością i rytmem nie wciąga. Jest to po prostu nudne. Taki szajs na miarę "This Was My Life"... chociaż w sumie gorszy. Bo tutaj nie ma ani jednego ciekawego momentu. Zdecydowanie NIE polecam. Tekst prawdopodobnie jest gloryfikacją spadochroniarzy, którzy bez strachu skaczą z samolotów, z bardzo dużej wysokości. Ciekawy temat - nareszcie nie ma nic o polityce, chaosie i wojnach. Przynajmniej pod względem tekstowym jest nieźle.

Ocena: 2,5/10

9. "Psychotron"
Po tym szajsie, jakim było "High Speed Dirt", dobrze będzie posłuchać czegoś ciekawszego. No i moje życzenie się spełnia - "Psychotron" jest utworem, który dorówna tym z pierwszej części płyty. Niezły riff, wokal, zero nudy. Właściwie jedyną wadą utworu jest bardzo infantylny tekst. Jest w nim mowa o jakimś robocie "Psychotronie". Podmiot liryczny opowiada o zniszczeniach, jakich ten cały "Psychotron" dokonuje, jak to gasi życie i tak dalej... Coś takiego by bardziej pasowało na "Kill 'Em All" albo na jakiś inny debiutancki album. Poza tekstem, utwór bardzo dobry.

Ocena: 8/10

10. "Captive Honour"
"Captive Honour" to jeden z bardziej efektownych utworów na tej płycie. Mamy spokojny wstęp, a gdy utwór się już rozkręci, to daje się słyszeć rozmowę jakby z sądu - sędzia skazuje pewnego człowieka na więzienie do końca życia. Wydaje mi się, że w przypadku tego utworu tekst jest ważniejszy niż kompozycja, która naturalnie - jest dobra - ale to tekst w tym wypadku ma robić wrażenie. Opowiada o człowieku, który choć był niewinny, został skazany na więzienie. Opisywane są okropności, jakie ta osoba przeżywała. Dave Mustaine pisząc tekst inspirował się doświadczeniami Johna Bocanegra, jego terapeuty, który w młodości siedział w więzieniu.

Ocena: 8,5/10

11. "Ashes In Your Mouth"
Powoli zbliżamy się już do końca albumu. "Ashes In Your Mouth" to ostatni utwór z wersji podstawowej płyty. Wygląda na to, że Megadeth się już wypalił - niczym ciekawym nie zaskakują. Utwór jest bardzo monotonny. Jednak jeszcze nie jest aż tak źle, jak w przypadku "High Speed Dirt". Marną kompozycję ratuje tekst - zespół potępia wojny, na których giną miliony niewinnych ludzi.

Ocena: 4/10

12. "Crown of Worms"
Utwór z wersji bonusowej. Coż, beznadzieja. Nie pasuje do reszty albumu. Grupa w tym wypadku poszła zbyt bardzo w hardrockowe rejony i wyszło im naprawdę coś beznadziejnego. Wyłączyłem to coś już po minucie. Za lekkie, monotonne... nic ciekawego. Jeśli chodzi o tekst, to roi się tu od nawiązań do Biblii - Legion, Kain, Sąd Ostateczny i tak dalej. Prawdopodobnie podmiotem lirycznym jest szatan. Opowiada o cierpieniach, jakie sprowadza na świat i chełpi się nimi. Ogólnie mówiąc, "Crown of Worms" to taka popierdółka. Nic ciekawego.

Ocena: 2/10

Podsumowując, album "Countdown To Extinction" naprawdę mnie zaskoczył. Spodziewałem się kolejnej kaszanki w stylu "Megadeth". Jest to płyta, którą naprawdę warto poznać. Kilka utworów co prawda było wadliwych, jednak niektóre (szczególnie "Countdown To Extincton" i "Symphony of Destruction") na długo zostaną mi w pamięci. Polecam ten album każdemu fanowi metalu. Naprawdę dobre tekst w połączeniu z kompozycjami utworzyły kawał naprawdę dobrej muzyki. Na zakończenie wymienię wady i zalety albumu, a potem przejdę teraz do oceny końcowej.

Zalety:
- bardzo dobre teksty
- bardzo dobre kompozycje
- żywiołowość
- brak nudy (z wyjątkiem utworów 6, 8, 11 i 12)
- niesamowity klimat
- utwór tytułowy

Wady:
- utwory 6, 8, 11 i 12

Okładka: 6,5/10
Teksty: 10/10
Kompozycje: 9/10

Ocena końcowa: 8,5/10

Obserwuj nas!