Wyszukaj

27 października 2014

Recenzja: Sarcofago - Hate


Witam w kolejnej recenzji. Ach, brazylijski death metal. Czy może być coś bardziej uroczego? Rasowe riffy, piękno łączone z agresją, oraz precyzja gry. Nie tym razem drodzy czytelnicy, dzisiaj zajmę się grupą będącą hipsterami w dziedzinie brazylijskiego death metalu; mianowicie dosyć często korzystała ona z rozwiązań, na które pozostałe grupy by się nie skusiły. Szerzej o tym wypowiem się w trakcie recenzowania albumu. Owy krążek odkryłem stosunkowo niedawno, między innymi dlatego ostatnio Sarcofago zagościło na moim blogu w maju. Przed wami: Sarcofago - Hate.

Hate jest piątym albumem (w tym czwartym longplay'em) brazylijskiej grupy death/black metalowej Sarcofago. Został wydany w marcu w 1994 roku nakładem Cogumelo Records. Pamiętam jak recenzowałem jeszcze The Laws Of Scourge. Gdy opisywałem wstęp do albumu wstawiłem fragment wywiadu z Wagnerem Lamounierem bodajże z 1991 roku. Wokalista opowiadał o swojej decyzji zmiany stylu grania na lżejszy. W 1994 roku grupa postanowiła zadziałać wbrew swoim postanowieniom na przyszłość, i stworzyć album który będzie jeszcze mocniej kopał po dupie niż I.N.R.I.. W tym celu trzeba było zwolnić dotychczasowego perkusistę, i zastąpić go kimś (albo czymś) innym. Ponieważ Wagner co do tego albumu miał niecne plany, postanowił zatrudnić... automat perkusyjny! Wokalista uznał, iż stworzył takie utwory, których nie da rady zagrać człowiek, stąd jego decyzja. W porównaniu do poprzednich albumów, Hate został potraktowany negatywnie przez fanów.

Okładka została stworzona przez brazylijskiego fotografa, Andre Silvę. Przedstawia ona... oko. Aż mi się przypomina jak opowiadałem na temat okładek z oczami na albumie Kalyi Jag Ektomorfa. Cytuję: "Okładka przedstawia... oko. Oko Zoltana Farkasa. Bez żadnych fajerwerków, samo oko, czaicie bazę?! ". Tutaj jednak zwykłe ludzkie oko zostało przedstawione w naprawdę złowieszczy sposób. Zmrużenie, corpse paint i czerwono-niebieskie oświetlenie pokazują nam, iż album nie będzie żartem ze strony Sarcofago. Grafika dobrze się prezentuje, w każdym razie podoba mi się znacznie bardziej niż ta którą widziałem na okładce I.N.R.I., czy chociażby The Worst.


1. "Introduction / Song For My Death"
Intro do albumu nie odzwierciedla tego co się stanie za chwilę; słyszymy automat perkusyjny który pracuje najszybciej jak się tylko da; w tle słychać niezrozumiałe dźwięki, coś co przypomina jęki. Wprawdzie intro jest słabe, jednak po chwili zaczyna się właściwy utwór, "Song For My Death". Rozpoczyna się on "waleniem w werbel" automatu perkusyjnego (boże, jak to dziwnie brzmi). Następnie dochodzi jeszcze gitara, która zdecydowanie w tym utworze rządzi. Nisko nastrojona świetnie tworzy złowieszczy nastrój. Wszystko jednak psuje właśnie ten automat perkusyjny; utwór jest dosyć szybki, przez co owy automat brzmi jak strzały z karabinu automatycznego! Po chwili jest zwrotka; automat już nieco zwolnił, aczkolwiek dalej daje w uszy. Nawet nie mam czasu poskarżyć się na wokal, który jest przesterowany! Pomimo tego, ta część kojarzy mi się trochę z utworem "Necromancer" Sepultury. Refren? Szkoda gadać; pierwszy plan oczywiście automat perkusyjny. Utwór jest krytyką rasy ludzkiej; zarzuca się im obojętność, a także bezczelność (mówią o tym np. słowa "Money, power and blue sky, means nothing when people die").

Ocena: 6,25/10 (+2 za klimat, -4 za sztuczność, wraz z intrem)

2. "Pact Of Cum"
Tak samo jak w przypadku poprzedniego utworu, znowu słyszymy automat perkusyjny. O dziwo, w tym momencie brzmi o wiele bardziej naturalnie; podwójna stopa, + występowanie werbla co jakiś czas. Do tego słyszymy wokal; nie potrafię jednak powiedzieć co to jest (czy zwrotka, czy refren, nie wiem). Po chwili przez dłuższy czas nie słyszymy automatu, zamiast tego pogrywa przyjemny dla ucha, klimatyczny riff. Po chwili jednak ten automat niestety się odzywa. Podczas słuchania tego kawałka przypomina mi się utwór "Rotting" z albumu o tej samej nazwie. Pamiętam również, że owa ścieżka miała mniej więcej to samo tempo, pomimo tego że została zagrana przy pomocy żywego perkusisty (można?). Podobnie jak poprzednik, utwór kipi porządnym, mrocznym klimatem. Niestety, automat dalej wkurza sztucznością psując przy tym cały utwór. Utwór jest o parze która uprawia ostry seks. Wokalista przedstawia w utworze biczowanie, seks oralny i analny, oraz nieustające szatańskie pożądanie.

Ocena: 6,75/10 (+3 za klimat, -3 za sztuczność)

3. "The God's Feaces"
Na początku słyszymy riff kojarzący się nieco z albumem The Laws Of Scourge, a konkretnie z utworem "Screeches Through The Silence". W pewnym momencie wkracza automat perkusyjny, o dziwo brzmiący całkiem naturalnie. W tym momencie nie mam zastrzeżeń, czekam jednak na jakieś potknięcie. Po niedługim czasie zaczyna się zwrotka. Szczerze powiedziawszy tego się nie spodziewałem: ponury wokal, całkiem naturalny automat, oraz całkiem niezła gitara. Pomimo tego utwór dalej ma wady, brzmi trochę jak jakiś utwór demo z poprzedniego albumu: prosty schemat, żadnego klimatu... Dopiero po drugim refrenie coś zaczyna się dziać. Atmosfera zostaje podkręcona, przy okazji jest w tym nieco więcej agresji. Gdy utwór się kończy, pozostaje pewien niedosyt. Jeżeli już Sarcofago postawiło w tym albumie na różnorodność, to niech chociaż ten utwór rodem z The Laws Of Scourge trochę dopracują, gdyż strasznie tu nudą wieje. A dopiero w cz Utwór jest o grupie ludzi która uważa się za "boże odchody". Osoby które siebie tak mianowały, uważają że powołani są do bycia satanistami. Utwór może być również o upadłych aniołach żyjących w piekle.

Ocena: 6,5/10 (-2 za nudę)

4. "Satanic Terrorism"
Gdy utwór się rozpoczyna, przypomina mi się czas gdy poznawałem album Rotting tej samej grupy. Pamiętam jak skarżyłem się na chaos na albumie. Ten kawałek pod względem chaosu przebija wyżej wymieniony album. Od początku słyszymy napierdalanie automatem perkusyjnym, nieludzkie (tym razem wkurzające) jęki z "Introduction", oraz niezrozumiały riff... rzecz jasna przez automat, oraz wyżej wymienione jęczenie. Po chwili rozpoczyna się zwrotka. Wreszcie jestem w stanie co nieco wyłapać. "Satanic Terrorism" ma w sobie jakiś tam klimat, przypomina nieco utwory z albumu Rotting... szczerze powiedziawszy myślałem, że Rotting będzie miało znacznie niższy poziom niż album Hate. Po budowie utworu słychać że coś z nim jest nie tak. Przez cały czas kawałek jest bardzo prosty (coś jak "Christ's Death" z albumu I.N.R.I.), w połączeniu z tekstem, "Satanic Terrorism" brzmi trochę jak pierwszy utwór metalowy stworzony przez bandę gimnazjalistów. "Necromancer" Sepultury był nieporównywalnie lepszy. W utworze grupa wychwala subkulturę satanistyczną. Sarcofago opisuje ich jak wielkich żołnierzy, którzy walczą o swój kraj.

Ocena: 6,25/10 (-2 za prymitywność)

5. "Orgy Of Flies"
Od początku zanosi się na coś całkiem ciekawego. Słyszymy przyjemny dla ucha klimatyczny riff, trochę w stylu "The Thing That Should Not Be" Metalliki. Następnie wkracza perkusja; brzmi całkiem realistycznie, chociaż trochę bez polotu. Jest to zdecydowanie inny poziom w porównaniu do poprzednich utworów. Słyszymy dobrą zwrotkę z klimatycznym wokalem, riffem... nawet refren brzmi świetnie, póki co najlepszy na albumie. Tak samo jak "The God's Feaces", utwór brzmi jakby był demówką z albumu The Laws Of Scourge; w przeciwieństwie do numeru trzeciego, "Orgy Of Flies" słucha się z przyjemnością. Wprawdzie wciąż czegoś tu brakuje, jednak nie śmiem więcej narzekać. Gitara pracuje naprawdę zajebiście, wokal również nie jest zły... jedyne na co muszę się poskarżyć, to tylko ta mdła perkusja. W utworze grupa przeklina boga o stworzenie ludzi różnych ras. Poniekąd utwór ma dobre przesłanie (nie chodzi o atak na chrześcijaństwo), mianowicie "Orgy Of Flies" jest również krytyką wojen na świecie.

Ocena: 8,75/10 (+2 za klimat, +1 za bardzo dobry refren)

6. "Hate"
Gdy usłyszałem ten utwór pierwszy raz, pomyślałem sobie: "co to kurna jest??". Słyszymy intro rodem z gospelu, tyle że w dosyć śmiesznym wydaniu. Pogrywające organki/pianino, czy co to kurna jest... a potem wgniatające w ziemię wokale męskie i żeńskie śpiewające "Jesus is the love, in my heart... <w tym momencie utwór jest przerywany przez głośne beknięcie, i wtargnięcie niepowołanych gości>. Tak samo jak wiele poprzednich utworów, "Hate" jest dosyć szybkim utworem, zaopatrzonym w świetny, klimatyczny riff. Jedyne co mi się tu nie podoba, to ten sztuczny automat który powraca do nas z impetem. To co z kolei naprawia sytuację, to bardzo dobra zwrotka, refren, solówka, + skomplikowana praca gitary. I jak już mówiłem, jedyną wadą tego utworu jest kiepska perkusja... no, poniekąd jeszcze prosty tekst. Utwór nie ma w sobie żadnego przesłania, jest on po prostu o kimś, kto nienawidzi wszystkiego co go otacza, al'a Kurt Cobain.

Ocena: 7,5/10 (-1 za sztuczność)

7. "The Phantom"
"The Phantom" jest kolejnym szybszym utworem. Ten jednak różni się w porównaniu do poprzednich, mianowicie automat perkusyjny brzmi tutaj bardziej naturalnie (wówczas jedynie w wolniejszych utworach brzmiał jak zwykła perkusja). Pomimo tej "naturalności", kawałek wydaje się być średnio zagrany. Słyszymy średnią zwrotkę, całkiem niezły, klimatyczny refren (przed którym automat się "usztucznia")... a potem głos rodem z utworu "The Vatican" nowej Sepultury. Dopiero po tym momencie utwór zwalnia zamieniając się w coś naprawdę zajebistego. Miałem przez chwilę wrażenie że słucham "Anal Vomit" (ten utwór pobrałem wcześniej), o którym wypowiem się za kilka chwil. Klimat, naturalna perkusja, oraz ciekawy wokal. Czasem zdarzają się jakieś zboczenia w postaci szybszego walenia w "werbel", aczkolwiek w tym momencie nie mam zamiaru się o nic czepiać. W utworze grupa krytykuje chrześcijaństwo. Wokalista uważa nauki Jezusa Chrystusa za bezużyteczne, Biblię uznaje jako zbiór bajek, a samych chrześcijan jako osoby słabe.

Ocena: 8/10 (+2 za dobre outro)

8. "Rhabdovirus (The Pitbull's Curse)"
Od razu na początku słyszymy całkiem niezły, klimatyczny riff. Pomimo tego jestem zaniepokojony, gdyż wiem że utwór będzie szybki. Po chwili moje obawy się spełniają; ba, automat perkusyjny tak napierdala, że cały utwór totalnie się rozlatuje. Nic z tego nie rozumiem, nie ma tu się z czego cieszyć, po prostu chaotyczny nonsens. Chce mi się przełączyć, jednak czekam do końca. Dopiero po jakimś czasie zaczynamy słyszeć outro wyprute z klimatu. Wprawdzie perkusja jest wolniejsza, aczkolwiek nadal brzmi strasznie sztucznie. Jak dla mnie zdecydowanie najgorszy utwór na albumie. Tekst oraz tytuł utworu wskazują na to, że utwór jest o osobie zarażonej rabdowirusem (wścieklizną) spowodowanej przez niezaszczepionego psa. Jakby dłużej się zastanowić, wścieklizna może zainspirować :)

Ocena: 1/10 (-6 za sztuczność, -2 za nudę)

9. "Anal Vomit"
Przyszedł czas, by opowiedzieć o swoim faworycie, "Anal Vomit". W intrze słyszymy dźwięki burzy, dzwony, oraz obniżone głosy kobiet znane z utworu "The Lust" z albumu Rotting. Potem jeszcze słyszymy śmiechy, i w końcu wkracza syntezator. Po chwili można się domyśleć, dlaczego "Anal Vomit" jest w tym przypadku moim ulubieńcem. Od tej złowieszczo brzmiącej gitary przechodzą silne ciarki po plecach. Poza tym, ten refren brzmi naprawdę zajebiście. W czasie zwrotki kawałek nieco się psuje, aczkolwiek nadal nie brzmi aż tak źle. Wokal Wagnera w tym przypadku nie robi na mnie większego wrażenia, znacznie lepiej brzmiał on na "Orgy Of Flies". Utwór jest dosyć prosty, aczkolwiek swoim klimatem wgniata w ziemię. Pod koniec drugiej zwrotki możemy usłyszeć riff znany z utworu "The Phantom". Nie jest to jednak outro. Po raz ostatni usłyszymy refren. Grupa w utworze zachęca fanów do walki o to, co im się należy.

Ocena: 9/10 (+3,5 za klimat, +1,5 za dobry refren)

10. "The Beggar's Uprising"
"The Beggar's Uprising" jest ostatnim utworem, za razem outrem albumu. Główną rolę na tym albumie odgrywa automat perkusyjny, który gra z najszybszą jak to możliwe prędkością. Do tego słyszymy w tle różne dźwięki, typu jęczenie, bekanie, czy piski. Jako outro brzmi całkiem nieźle, chociaż tak naprawdę nie nadaje się jako oddzielna ścieżka. Można powiedzieć że tutaj nic nie ma.

BRAK OCENY

Podsumowując Hate jest raczej słabym albumem. Trudno jest mi w to uwierzyć, że Sarcofago tak bardzo obniżyło swój poziom. Po całkiem ciekawym "The Laws Of Scourge" można było stwierdzić że grupa jest w stanie się wybić. Sam pomysł na powrót do brzmienia z lat 80-tych był całkiem niezły, w teorii album miał potencjał: nisko nastrojone gitary tworzące złowieszczy nastrój, agresywny wokal, + całkiem ciekawe kompozycje. W praktyce? Wagner postanowił zastosować automat perkusyjny który bardzo często brzmiał jak karabin maszynowy, i to zgubiło ten album. Z drugiej jednak strony, nie tylko automat perkusyjny był wadą. Niektóre utwory same w sobie były bardzo prymitywne ("The God's Feaces", "Rhabdovirus (The Pitbull's Curse)"). Z tekstami było podobnie; raz zdarzały się lepsze, raz gorsze. Automat perkusyjny jednak dawał w kość, przez co dobry materiał na album został po prostu zepsuty.

Zalety:
- Złowieszczy klimat
- Świetne brzmienie gitar
- Bardzo dobra okładka
- Wokal
- Różnorodność
- Przekaz w niektórych utworach ("Orgy Of Flies", "Rhabdovirus, "Anal Vomit")

Wady:
- Automat perkusyjny (duża wada)
- Kiepskie intro i outro albumu
- Obniżenie poziomu w stosunku do poprzednika


Okładka: 9,5/10
Teksty: 7,25/10
Kompozycje: 6,75/10

Ogólna ocena: 6,5/10

23 października 2014

Konfrontacja: Soulfly - Prophecy vs Ektomorf - Destroy


Witam w kolejnej konfrontacji. I znowu wpis związany z recenzją dwóch albumów... ostatnio nie miałem ochoty na robienie jakiejkolwiek, pomimo tego że miałem pomysł na aż 3. I tak, dwie są akurat w fazie pisania wstępu do pierwszej recenzji, ta właśnie wyszła. W końcu po długim czasie słuchania innych grup przyszedł czas by odkopać niegdyś moją ulubioną grupę groove metalową z Węgier: Ektomorfa. Ponieważ jedyną konfrontacją jaka wpadła mi do głowy była ta, nie czekałem - zacząłem po prostu ją pisać. Początkowo album Destroy Ektomorfa miał zostać skonfrontowany z trzecim albumem Soulfly, Commando jednak się pospieszył i postanowił że wyżej wymieniony album zostanie skonfrontowany z Instinct Ektomorfa (jakże by inaczej, to ja zabrałem się za recenzję tego albumu). Tak więc skoro już tak się stało, przed wami: Soulfly - Prophecy vs Ektomorf - Destroy.


Soulfly - Prophecy


Prophecy jest czwartym albumem amerykańskiej grupy groove metalowej Soulfly. Został wydany 30 marca 2004 roku nakładem Roadrunner Records. Grupę czeka kolejna zmiana składu; w tym samym czasie z Soulfly odchodzą wszyscy dotychczasowi członkowie, oczywiście z wyjątkiem lidera, Maxa Cavalery. Niedługo przed zapowiedzeniem najnowszego albumu do grupy dochodzą Marc Rizzo, Joe Nunez i Bobby Burns. Na moment zostaje również zatrudniony David Ellefson, znany z Megadeth. Wokaliście powoli nudzą się plemienne klimaty, wkrótce ma zamiar przerzucić się na muzykę którą nie zajmował się od 1991 roku. Zanim jednak taki czas nastąpi, trzeba zakończyć ten rozdział z hukiem. Ilość plemiennego grania była ogromna, jeszcze większa niż w przypadku każdego podobnego albumu; tak naprawdę to w pewnym momencie trudno jest powiedzieć czy to jest metal, czy zwykły folklorystyczny albumik dla cyganów. Prophecy dostał się na 306 pozycję w rankingu Top 500 Greatest Rock & Metal Albums, zyskiwał pochlebne oceny, dostał się na 82 pozycję rankingu Billboard 200, a także uważany jest za współczesnego klasyka groove metalu.

Okładka przedstawia Lwa Judy, symbol ochrony duchowej i zwycięstwa. Można o nim poczytać w Biblii, w Księdze Rodzaju (49,8-10). Bóg w czasie dokonywania błogosławieństwa na Judzie, nazwał go "lwem" (chodzi o nieustraszonego). Lew Judy jest również symbolem ruchu Rastafarian; według tej religii sam lew jest utożsamieniem Jezusa Chrystusa. Ogólnie mówiąc okładka nie prezentuje się źle, aczkolwiek wiem że widziałem lepsze. Tak naprawdę to w tym przypadku potrafię zrozumieć dlaczego okładka wygląda tak, a nie inaczej. W mniemaniu Maxa Cavalery, Prophecy miał być przede wszystkim o tematyce religijnej, album miał ocierać się o Christian Metal (!). Tak więc do okładki nie mam większych zastrzeżeń, pasuje tu jak ulał. Przynajmniej w przeciwieństwie do poprzedniego albumu nie jest wykonana w 3D.


1. "Prophecy"
Utwór rozpoczyna się trochę dziwnym samplem; nie wiem szczerze co to jest, gitara rytmiczna, czy coś zagranego na konsoli? Nie wiem... w wersji koncertowej ten fragment brzmi kiepsko. Po chwili zaczyna się właściwe "Prophecy". Riff który słyszymy przypomina nieco ten jaki słyszeliśmy na "Roots Bloody Roots", ma jednak w sobie znacznie więcej tego plemiennego klimatu. Czyżby szykował nam się powrót Roots? Kawałek z budowy kojarzy mi się nieco z Grip Inc., mianowicie przez dłuższy czas słyszymy ten sam riff, zwrotki są w miarę prosto zbudowane, nie ma też wiele zwrotów akcji. "Prophecy" jest bardzo dobrym początkiem, mam nadzieję że grupa tego nie zmarnuje w następnych numerach. Utwór jest o prorokach, którzy przepowiadają ogromną, światową wojnę. Te osoby to mogą być Prorocy Kościoła Jezusa Chrystusa Świętych w Dniach Ostatnich. Bardzo często ich wizje dotyczyły tych samych, katastrofalnych wydarzeń (typu wojny, ogromne katastrofy naturalne, krachy na giełdach itp).

Ocena: 9,75/10 (+2 za kompozycję)

2. "Living Sacrifice"
Od razu na początku słychać że "Living Sacrifice" będzie czymś bardziej dynamicznym w porównaniu do poprzednika, także nieco bardziej skomplikowanym. Tempo przez cały czas nie spada, w czasie zwrotki "Living Sacrifice" nadal pędzi, dopiero refren nieco spowalnia tempo. Soulfly często gra ten utwór na koncertach, najprawdopodobniej dlatego że utwór jest po prostu prosty do zaśpiewania, a także zagrania. Jak już mówiłem, w porównaniu do poprzednika "Living Sacrifice" jest trochę bardziej skomplikowane - raz na jakiś czas zdarzy się jakiś zwrot akcji, tu mamy również do czynienia z melodyjną solówką; nowo zatrudniony gitarzysta Marc Rizzo udowadnia nam, że jest idealnym kandydatem na gitarzystę tej grupy. Po jakimś czasie utwór się uspakaja, i mamy do czynienia z długim, aczkolwiek przyjemnym w słuchaniu outrem.Utwór jest czymś w rodzaju dopingu; Max Cavalera zachęca nas do walki z przeciwnościami, a także niepohamowanej radości z życia.

Ocena: 9,5/10 (+1 za żywiołowość i kompozycję)

3. "Execution Style"
"Execution Style" jest czymś bardziej agresywnym w porównaniu do dwóch poprzednich utworów; jest to coś w stylu albumu Conquer, niezbyt pasuje do tego co usłyszeliśmy wcześniej. Ten kawałek ma moc, agresywne riffy, świetne partie gitarowe, oraz wściekły wokal Maxa. Tak samo jak w przypadku poprzednika utwór jest dosyć skomplikowany, aczkolwiek krótki. Nie wciąga jednak tak dobrze jak "Living Sacrifice", pamiętam że po jakimś czasie mi się po prostu znudził. Nie zmienia to jednak faktu, że "Execution Style" jest bardzo dobrze wykonane, pod tym względem nie mam zastrzeżeń. Utwór jest o twórczości Maxa Cavalery; wokalista opowiada fanom o grupie ludzi, którzy zazdrościli mu sławy (może chodzić o wielu ludzi, np. o Andreasa Kissera po 1998 roku, czy chociażby Wagnera Lamouniera z Sarcofago). Kieruje jednocześnie przesłanie, by fani traktowali tych ludzi jako kogoś, kto motywuje do sukcesu.

Ocena: 8,5/10 (+1 za agresję i żywiołowość)

4. "Defeat U"
Utwór został zagrany wspólnie z Dannym Marianino, przyjacielem wokalisty. Podobnie jak poprzedni utwór, "Defeat U" jest dosyć agresywnym kawałkiem, słychać to już od początku (głośny bas, a także potężna, nisko nastrojona gitara). Utwór jest całkiem prosto skonstruowany: króciutkie intro, zwrotka, refren, zwrotka, zwolnienie, solówka i końcówka. Poza tym, jest całkiem dobrze skomponowany, nie mam większych zastrzeżeń. Z tekstem tak samo. W moim przypadku utwór dosyć szybko się znudził, po jakimś czasie słuchania go po prostu omijałem go szerokim łukiem. Pomimo tego nie wątpię że i w ten kawałek chłopaki włożyli serce. W "Defeat U" grupa krytykuje osoby nieuczciwe; w utworze nazywane są one tchórzami, i szumowinami. Tym samym w "Defeat U" kryje się przesłanie: "bądź uczciwy aż do śmierci".

Ocena: 8,25/10 (+0,5 za agresję)

5. "Mars"
Przyszedł czas na kolejny ostrzejszy kawałek, "Mars". Początek utworu jest tym samym pierwszą zwrotką. Słychać że to nie będzie głaskanie po główce, usłyszymy solidnie skonstruowane riffy, bardzo dobry refren który tak naprawdę składa się z ostatnich słów utworu "Orgasmatron" który można było usłyszeć na Arise Sepultury ("I am Mars, the god of war!"). Po drugiej minucie utwór niestety zwalnia, przez co mamy chyba najdłuższe outro na albumie (ponad 3 minuty!). Wiem że grupa często gra ten utwór na koncertach (przede wszystkim z outrem). Tak naprawdę to nie wiem co jest w tym ciekawego, spokojny bas, perkusja i gitara flamenco. Nie wiem czym tu tak naprawdę się rajcować, słyszałem o wiele lepsze (np. w "Frontlines", czy chociażby "Living Sacrifice"). Grupa krytykuje ludzkość za brak opamiętania w prowadzeniu wojen. W "Mars" omówiony jest koniec świata spowodowany przez wzajemne wybicie się rasy ludzkiej.

Ocena: 7,5/10

6. "I Believe"
Wracamy do lżejszych utworów; "I Believe" jest typowym jak na ten album dosyć lekkim kawałkiem. Wprawdzie znajdują się tu ostrzejsze części, typu refren, jednak w porównaniu do takiego "Defeat U" kawałek jest naprawdę lekki. W czasie zwrotek utwór się uspakaja; słyszymy żeńskie chórki, delikatne brzmienie gitary, prawie niesłyszaną perkusję, oraz coś w rodzaju mowy. Utwór nie jest czymś strasznym, aczkolwiek dosyć szybko mi się znudził. Możliwe że dlatego że za takimi lekkimi kawałkami nie przepadam. "I Believe" bardzo pasuje do ogólnej tematyki albumu, chociaż nie jest dla mnie czymś świetnym (być może dlatego polubiłem ten album najpóźniej ze wszystkich z Soulfly). Wokalista kieruje swoje słowa do fanów, by ci kierowali się głosem serca. Z tego powodu również zachęca ich do wiary w boga, by ten pomógł im w chwilach wątpliwości.

Ocena: 6,5/10

7. "Moses"
Cholera... tego utworu się obawiałem. "Moses" jest jednym z najlżejszych kawałków Soulfly. Utwór został zagrany z Eyesburnem. W tym przypadku mam wątpliwości czy to na pewno jest metal. Właściwie to jest coś w rodzaju reggae, coś jak "Fajdalom Koennyei" z albumu I Scream Up To The Sky Ektomorfa z którym miałem do czynienia ponad miesiąc temu. Po prostu nie mogłem się powstrzymać od porównania. Co do samego brzmienia, jest ono tak lekkie, że myślałem że umrę przed monitorem! Od początku do połowy utworu słyszymy przez większość czasu... trąbki. Tak, beznadziejne trąbki! Na albumie metalowym, no dajcie spokój! Potem słyszymy spokojny wokal Eyesburn'a, agresywny refren, znowu spokój, i w końcu utwór się rozkręca. Tak naprawdę "Moses" brzmi dobrze jedynie w wersji koncertowej, w szczególności na koncercie w Warszawie z 2005 roku. Przyjemna koncertowa atmosfera zdecydowanie dobrze działa na ten kawałek. Utwór "Moses" skierowany jest do boga. Eyesburn i Max Cavalera pytają się go czemu ludzkość zamiast żyć w pokoju (tak jak im kazał) zaczęła prowadzić wojny.

Ocena: 4/10 (+2 za dobrą wersję koncertową, -3 za pomysł na utwór) 

8. "Born Again Anarchist"
Soulfly wraca na właściwy tor; "Born Again Anarchist" jest kawałkiem nieco przypominającym "Living Sacrifice", jest jednak od niego znacznie szybsze, i bardziej agresywne. Utwór opiera się głównie na słowach tytułowych, w każdej zwrotce to zdanie musi znaleźć się przynajmniej 2 razy. Nie ma tu praktycznie żadnych zwrotów akcji, przez cały czas "Born Again Anarchist" brzmi tak samo; agresywna gitara, wokal i ostre walenie w perkusję. Cała akcja utworu trwa minutę, cała reszta to (jak można się domyśleć) outro. Trochę podobne do tego z "Living Sacrifice", aczkolwiek swoje słuchanie "Born Again Anarchist" zakończyłem właśnie na nim. Pomimo tego kawałek jest całkiem przyzwoity. Nie wiem za bardzo o czym jest "Born Again Anarchist"; być może to utwór skierowany do kogoś kto wszystkich traktuje z góry.

Ocena: 8,25/10 (-1 za długość utworu, -0,25 za prostą budowę)

9. "Porrada"
"Porrada" jest moim faworytem na tym albumie; najostrzejszy kawałek, kojarzący się z dawną Sepulturą i Soulfly z czasów Conquer. Na początku słyszymy kiepskie intro; gitarę w stylu flamenco, i kiepską perkusję. Co to jest, wstęp do hiszpańskiego teatrzyka? Dobra, zamiast pastwić się nad intrem zajmę się resztą utworu. "Porrada" zostało zaśpiewane po portugalsku. Ogólnie kawałek jest thrashową bombą: szybka perkusja, agresywna gitara i wokal. W tym utwór zmienia swój bieg dopiero po drugim refrenie; słyszmy krótką solówkę, zwolnienie i znowu solówka. Potem refren, i znowu długie outro. W porównaniu do poprzednich utworów, outro utworu "Porrada" jest dosyć krótkie. I dobrze, gdyby zajmowało 3/4 utworu, popełniłbym sepuku. Jak dla mnie obok "Prophecy" i "Living Sacrifice" najlepszy kawałek na płycie; jest nie tylko szybki, ale także świetny na koncerty. "Porrada" jest utworem wulgarnym, najprawdopodobniej kogoś obraża; patrząc na poprzednie utwory tego typu ("Eye For An Eye", "Bumbklaatt"), "Porrada" może być skierowane albo do Andreasa Kissera, albo do Wagnera Lamouniera; ewentualnie do kogoś innego na kim Cavalera się zawiódł.

Ocena: 9,25/10 (+2 za agresję)

10. "In The Meantime"
Utwór jest coverem grupy Helmet. Został zagrany bardzo podobnie do oryginału; słyszymy tak samo nastrojoną gitarę, a także podobnie brzmiącą perkusję. Pamiętam że w oryginale brzmiało to epicko, zobaczymy jak będzie tutaj. Jak już mówiłem, wersja Soulfly jest bardzo podobna do oryginału; aż mi się przypomina cover Death'u "Zombie Ritual" zagrany przez nową Sepulturę na Mediatorze. Wprawdzie utwór został dobrze odwzorowany, ma klimat, i jakieś tam życie. Po usłyszeniu oryginału "In The Meantime" wykonane przez Soulfly momentalnie mi się znudziło. Początkowo w "In The Meantime" nie spodziewałem się żadnego outra. A tu, niespodzianka! Soulfly i tutaj postanowiło nam je zaserwować. W porównaniu do poprzednich, to wydaje mi się znacznie przyjemniejsze w słuchaniu. Słyszymy spokojną perkusję, pogrywanie basu i dudy, które bardzo dobrze się tutaj wpasowują. Outro zdecydowanie w stylu albumu Conquer. "In The Meantime" jest o osobie, która w walce o przetrwanie zabiła drugiego człowieka.

Ocena: 7,5/10

11. "Soulfly IV"
Utwór instrumentalny; słysząc inne wersje tego utworu mam wrażenie że "Soulfly IV" nie będzie się niczym wyróżniało. Poza tym, te wszystkie outra; ukazały mi że "Soulfly IV" będzie najprawdopodobniej nudnym przygrywaniem. I miałem rację. Nie minęła minuta, a zacząłem przewijać by się dowiedzieć co będzie dalej. Totalna nuda, zdecydowanie najgorsze "Soulfly" jakie słyszałem.

Ocena: 1/10 (-8 za nudę)

12. "Wings"
Tego utworu obawiam się tak samo jak obawiałem się "Moses". Kawałek został zaśpiewany przez Ashę Rabouin, wokalistkę która wcześniej udzielała się na albumach Primitive (w utworze "Flyhigh") i 3 (w "Tree Of Pain"). Utwór jest czymś w rodzaju rockowej ballady. Słyszymy nienaturalnie spokojną kompozycję (brzmi jakby była zapętlona); spokojna stopa, delikatna gitara i dziwny bas. W tym przypadku najprawdopodobniej jedyną zaletą jest świetny wokal Ashy, taki kojący i miły w słuchaniu. Początkowo myślałem że ta część to intro do reszty utworu (pamiętacie "Tree Of Pain"?). Następnie w pewnym momencie utwór gwałtownie się kończy. I słyszymy... orkiestrę dętą?! Ja pierdole, co to jest?! Słyszymy zwykłe bębny, trąbki, puzony, rogi, suzafony i inne gówno wpierdalające mózg. Moje uszy krwawią czarną krwią! Boże, to nawet nie jest metal, kawałek jest jeszcze gorszy niż "Moses"! Utwór jest czymś w rodzaju modlitwy; wokalistka Asha Rabouin modli się do anioła stróża. Całe szczęście jest to ostatni kawałek, więcej nie chcę cierpieć!

Ocena: -1/10 (-9 za orkiestrę dętą, -2 za nudę, +0,5 za przyjemny głos Ashy)

Prophecy jest całkiem niezłym krążkiem zawierającym parę dziwnych rozwiązań... tak można podsumować album. Usłyszałem tutaj dobre utwory mające ważne przekazy; większość z nich jest bardzo dobrze skomponowana, teksty nie odstają od kompozycji: są dobrze napisane, zawierają ważny przekaz... jedynym mankamentem był utwór "Born Again Anarchist" na którym tekst wydał mi się dosyć słaby. Jednak na zaletach tutaj nie zamierzam poprzestawać, Prophecy zawierało również kilka utworów których nie spodziewałbym się w tamtych czasach. Niestety album zawiera świętą trójcę najgorszych utworów jakie napisał wokalista ("Moses", "Soulfly IV" i "Wings"), niektóre utwory z Morbid Visions przy nich to małe piwo. Albumu Prophecy nie polecam... w całości. Naprawdę, zazwyczaj zdarzy się na albumie zajebista muzyka, jednak czasem mamy też do czynienia z istną kakofonią której nowa Sepultura za czasów A-Lex by się nie powstydziła.

Zalety:
- Przyjemna dla oka okładka
- Dobrzy goście
- Różnorodność
- Teksty z ważnym przekazem

Wady:
- Słabe kompozycje
- Bezsensowne zapychacze
- Dwa ostatnie utwory (duża wada)
- Orkiestra dęta której wręcz nienawidzę w metalu (no chyba że jest to black metal)

Okładka: 7,25/10
Teksty: 7,75/10
Kompozycje: 7,5/10

Ogólna ocena: 7,75/10


Ektomorf - Destroy


Destroy jest piątym albumem (w tym trzecim studyjnym) węgierskiej grupy Ektomorf. Został wydany 8 marca 2004 roku nakładem Nuclear Blast. Rok 2002: zostaje wydane I Scream Up To The Sky, album przyjmuje się na scenie międzynarodowej dosyć kiepsko. Zoltan z paczką próbują stworzyć album, który będzie odpowiadał wymaganiom fanów, którzy zdążyli polubić koncepcję na której było oparte Kalyi Jag. Postanowiono dopasować się jednak do bardziej współczesnych (jak na tamte czasy) standardów. Muzykę grupy unowocześniono, a utwory stały się bardziej ociężałe poprzez obniżenia wysokości brzmienia gitary, i przesterowania perkusji. Album został bardzo ciepło przyjęty przez fanów, i do 2005 roku (do wydania albumu Instinct) był uważany za najlepszy album grupy.

Okładka przedstawia hinduską boginię Kali. W owej religii jest ona boginią czasu, i śmierci, uważana jest za pogromczynię wszelkiego zła i demonów. Okładka przypomina trochę tą jaką miałem okazję recenzować na albumie Prophecy (układ znaków jest ten sam, jedyne co się różni to tylko obraz w tle). Artwork jest nieczytelny, wygląda jakby został stworzony w GIMPie przez początkującego grafika ze zlepek kilku zdjęć. Zastanawiam się jaki był cel przedstawienia tej postaci po lewej i po prawej stronie okładki, nie powoduje to żadnego ciekawego efektu; bardziej zapełnia puste miejsce na okładce.


1. "I Know Them"
Słyszymy pierwsze dźwięki albumu wydawane przez bębny. Niedługo potem dochodzi sampel w postaci wokalu Piroski Faragó. Po chwili słyszymy grę gitary która tworzy swego rodzaju napięcie. Niedługo potem pojawia się refren, dosyć dziwny; składa się z kilkukrotnie powtórzonych słów "I Know Them". Następnie jest króciutka zwrotka. Ektomorf często korzysta jednak z tego typu zabiegów, więc raczej nie jestem zdziwiony: krótkie zwrotki i dziwne refreny to norma na takich dziełach jak I Scream Up To The Sky, Outcast, czy Redemption. Potem znowu jest zwrotka, jakiś zwrot akcji... ogólnie utwór jest taki sobie: kompozycja dupy nie urywa (jej największą zaletą jest przebojowość); tekst tak samo. Wiem że słyszałem lepsze kawałki tej grupy. Jak to zazwyczaj w utworach Ektomorfa bywa, utwór jest o osobie dyskryminowanej przez społeczeństwo ze względu na kolor swojej skóry. Postać ta domaga się od ludzi szacunku, chciałaby by inni ludzie nie patrzyli na nią jako odmieńca.

Ocena: 7,75/10 (+1 za dobre intro)

2. "Destroy"
Utwór od razu rozpoczyna się brutalną grą. Przez dłuższy czas utwór nie robi większego wrażenia. Słyszymy zwrotkę z przerwą, potem jest refren... ogólnie utwór wydaje mi się być czymś na równi z poprzednikiem. Tak naprawdę nie da się o nim zbyt wiele opowiadać, jest to typowy, niewyróżniający się wśród tłumu kawałeczek metalu. Ma jakiś tam klimat, utwór został skomponowany nie najgorzej, jednak powiedzmy sobie szczerze: do Instinct temu daleko. Co do tekstu, to ten tak naprawdę jest on lepszy w stosunku do poprzedniego utworu. Grupa w utworze krytykuje społeczeństwo, i ich obojętność na cierpienie innych.

Ocena: 7,75/10

3. "Gypsy"
Wyraźnie słychać że "Gypsy" będzie czymś innym w porównaniu do poprzedników. Słyszymy nisko nastrojone gitary, przy okazji przyjemną dla ucha, przebojową kompozycję. Chłopaki z Ektomorfa pokazują fanom, że w razie gdyby album Destroy się nie spodobał, jest w stanie zagrać jak dawniej. Kawałek kojarzy mi się trochę z wieloma kompozycjami z I Scream Up To The Sky. W porównaniu do wielu utworów z tego albumu, "Gypsy" jest o wiele bardziej rozbudowane. Ma ciekawą zwrotkę, przebojowy refren, ogólnie bardzo ciekawy kawałek. Ma więcej zwrotów akcji, oraz w miarę dobry tekst. Oprócz tego, kawałek przypomina mi trochę "You Get What You Give" z albumu Instinct (sam początkowo myślałem że "Gypsy" jest z albumu Instinct). Oprócz niczemu nie wadzących wyżej wymienionych elementów utworu, słyszymy również dobre outro, moje ulubione obok tego z "If I Weren't". Utwór jest czymś w rodzaju piosenki pojednawczej; wokalista uświadamia cyganom, iż nie muszą być nieszczęśliwi ze względu na to jaki mają kolor skóry. Według Zoltana, najlepszą receptą na bycie szczęśliwym, jest samoakceptacja.

Ocena: 8,5/10

4. "No Compromise"
Patrząc na poprzedni utwór, wydaje mi się że Ektomorf zaczyna się rozkręcać; wiem że w "No Compromise" grupa nie straci swojego tempa, i dalej będzie nas raczyć ciekawszymi momentami. Słyszymy bardzo dobrze zagrane intro: agresywna współpraca gitary i perkusji, następnie rozpoczyna się zwrotka. Słychać że "No Compromise" to nie ten sam poziom co poprzednie kawałki. Utwór jest rytmiczny, przyjemny w słuchaniu; przy okazji brzmi bardzo nowocześnie jak na tamte czasy. Bardzo podoba mi się w tym utworze praca gitary prowadzącej, słychać że chłopaki pierwszy raz postarali się stworzyć coś porządniejszego. W pewnym momencie słyszymy również bardzo dobrą solówkę. Taka gra na jedno kopyto niezbyt mi się podoba w takich przypadkach, Ektomorf powinien grać coś tego typu. Kawałek wprawdzie nie jest perfekcyjny, aczkolwiek wydaje mi się że jest on jednym z lepszych na albumie. Utwór jest o osobie, która wie, że z pomocą wiary w siebie można zdziałać cuda (np. wyjść z najgorszych kłopotów).

Ocena: 9/10 (+1 za żywiołowość i bardzo dobre intro)

5. "Everything"
W porównaniu do poprzednich utworów, "Everything" nie wydaje się już tak ciekawe. Kompozycja jest średnia - z budowy przypomina nieco "Destroy". Słyszymy średnią zwrotkę, potem jest całkiem przyjemny refren... schemat się powtarza chyba 2 razy, i słyszymy outro. "Everything" jak dla mnie jest jedną ze słabszych pozycji na albumie, między innymi z powodu tej skrajnej prostoty. Podobnych utworów słyszałem mnóstwo, ten schemat jest zwyczajnie nudny i oklepany. Wiem że słyszałem o wiele lepsze utwory na dwóch poprzednich albumach. Co do tekstu, to ten tak samo jak kompozycja, jest banalnie prosty, i słaby. Słuchałem ten kawałek parę razy, znudził mi się po kilku przesłuchaniach. Najprawdopodobniej największą zaletą utworu jest refren. "Everything" jest jednym z wielu utworów Ektomorfa pod względem tematyki. Mianowicie kawałek jest skierowany do pewnej osoby, która kieruje się w swoim życiu wyłącznie zazdrością.

Ocena: 5,75/10 (-2 za nudę, -0,5 za oklepany schemat)

6. "From Far Away"
"From Far Away" jest już nieco spokojniejszym utworem; w czasie intra słyszymy sampel w postaci sitar. Nadaje całkiem ciekawego, wschodniego klimatu dla utworu; następnie utwór wyostrza się. Tak samo jak w przypadku "Gypsy", utwór ma pewne cechy albumu Instinct. "From Far Away" ma niepokojący klimat, jest ociężałe niczym Chaos A.D. Sepultury. Utwór ma dosyć prosty schemat, pomimo tego nie zanudza. Wprost przeciwnie - słucha się go naprawdę zajebiście. Słyszymy dwie krótkie zwrotki, refren, następnie jest długa przerwa w postaci ociężałej gry na gitarze, i powolnej perkusji. Bardzo przyjemny moment, zwłaszcza dlatego że słyszymy świetne solo, i zajebisty riff. Dopiero potem słyszymy outro; jednak i w tym przypadku nie mam nic do zarzucenia, no może prócz sampla słyszanego w tle. Na początku brzmi on drętwo, dopiero po jakimś czasie ten sampel w postaci wokalu Piroski Faragó się wpasowuje tworząc całkiem niezłe outro. "From Far Away" jest utworem skierowanym do ludzi będących rasistami. Ma im to udowodnić, iż człowiek dyskryminowany wciąż jest człowiekiem.

Ocena: 9/10 (+2 za klimat)

7. "Painful But True"
Spośród tych siedmiu w miarę wolnych utworów, "Painful But True" jest drugim szybszym (obok "No Compromise"). Po wstępie, słyszymy krótką zwrotkę. Jest dosyć krótka, niezbyt przypadła mi do gustu. Wiem że na tym albumie słyszałem o wiele lepsze. Następnie jest długi refren, składający się tylko ze słów "Painful But True". Pomimo tego refren wydaje mi się jednym z ciekawszych momentów w utworze. Kawałek trwa pięć minut; można więc się domyśleć, że będzie to coś bardziej skomplikowanego. Poniekąd tak; "Painful But True" lepiej się słucha niż takiego prostego "Everything", czy "Destroy". Aczkolwiek nadal jest to dosyć prosty kawałek zawierający kilka zwrotów akcji. Utwór jest o osobie, która jest rozczarowana społeczeństwem. Postać występująca w "Painful But True" uważa ludzkość za bandę hipokrytów i pustaków lecącą jedynie na kasę.

Ocena: 8/10

8. "Only God"
Początkowo po tytule spodziewałem się jakiejś ballady, czy rockowej piosnki dla mas. Byłem zaskoczony, gdy "Painful But True" połączyło się z iście rasowym, thrashowo-hardcore'owym kawałkiem zatytułowanym właśnie "Only God". Początkowo utwór skojarzył mi się z "Downstroy" Soulfly i "Troops Of Doom" Sepultury - osoby które nie wiedzą na czyjej twórczości opierał się przede wszystkim Ektomorf (o ile słuchają tej grupy), mogą to rozpoznać w tym momencie. "Only God" to szybka, niespełna 3 minutowa napierdalanina. Krótkie zwrotki, bardzo dobry, koncertowy refren i agresja. Grupa po raz kolejny pokazuje nam, iż na albumie Instinct nie będzie żartów. Pomimo tego że kawałek jest dosyć krótki, jest również skomplikowany; takie granie w stylu Sepultury za czasów Arise. Ponieważ Ektomorf jest bardzo znane z inspiracją projektami Maxa Cavalery, pozostawię ten aspekt bez komentarza. Utwór jest skierowany do osoby, która w swoim życiu kieruje się jedynie zazdrością.

Ocena: 8,5/10 (+1 za agresję i przebojowość)

9. "You Are My Shelter"
Początek nieco skojarzył mi się z "From Far Away", mianowicie słyszymy sitar. Po chwili jednak dołączają gitara i perkusja (a raczej walenie w werbel). Ogólnie cały utwór kojarzy mi się z "From Far Away". To samo tempo, niepokojący nastrój i przyzwoita kompozycja. O dziwo, mamy do czynienia z długą zwrotką, i refrenem. Tekst jest znacznie bardziej skomplikowany niż w przypadku poprzednich utworów. "You Are My Shelter" wydaje mi się czymś w rodzaju powrotu do czasów Hangoka i Ektomorfa. Słuchając dłużej tego kawałka, mam wrażenie że był poniekąd inspirowany utworem "One Nation" Soulfly. Utwory tak naprawdę niezbyt wiele się od siebie różnią: to samo tempo, podobne riffy, oraz outro niemalże identyczne. Wprawdzie wydaje mi się to czymś w rodzaju plagiatu, aczkolwiek jak już mówiłem, grupa jest z tego znana. Ba, fani ją za to uwielbiają! Zdecydowanie utwór należy do zakresu lepszych ścieżek z albumu, polecam. Pod względem tematyki, "You Are My Shelter" przypomina nieco album I Scream Up To The Sky. Utwór jest o osobie, która pokłóciła się z kimś bliskim, po czym sięgnęła dna. Następnie, gdy zdaje sobie sprawę że coś jest nie tak, chce to naprawić.

Ocena: 8,5/10 (+0,75 za klimat)

10. "A.E.A."
Na początku "A.E.A." wydaje się być typowym utworem z Destroy; agresywny, lekko ociężały, i dosyć prymitywny. Gdy jednak się wsłuchuję, słyszę że utwór jest czymś w rodzaju wykastrowanego Machine Head. Tytuł może i fajny, ale kompletnie tego nie rozumiem. Przez cały czas słyszymy ten sam riff, wydaje się że utwór ciągnie się w nieskończoność. Do tego słyszymy co chwilę te "A.E.A." dosyć irytujący, i niedopasowany element do utworu. Dopiero druga minuta przynosi pewną nowość. Utwór przyspiesza, pojawia się solówka... ogólnie od tej pory "A.E.A." jest całkiem przyzwoitym kawałkiem. Słyszymy dobrą, rasową solówkę, i całkiem przyzwoity riff. Potem słyszymy znowu refren, i dłuuugie outro które zdecydowanie wybija się ponad resztę. "A.E.A." ("Aggression, Energy, Adrenaline") jest ogólnie o twórczości Ektomorfa. Grupa omawia swój pozytywny przekaz dla fanów, a także dziękuje im za wsparcie.

Ocena: 7,5/10 (+3 za dobre outro)

11. "From My Heart"
"From My Heart" jest utworem instrumentalnym zagranym na sitar i gitarze akustycznej. W porównaniu do utworów "Soulfly" grupy kierowanej przez Maxa Cavalerę, "From My Heart" ma coś w sobie, że aż chce się tego słuchać. Przyjemny, odprężający klimat + klasyczne naparzanko akustykiem. W porównaniu do "Forgotten Fire", czy "Fly" z Kalyi Jag kawałek jest znacznie bardziej rozbudowany, ma w sobie typowy, wschodni klimat. Równie dobrze "From My Heart" mogłoby się znaleźć na Instinct. Jeden z moich faworytów na tym albumie, tym samym mój ulubiony instrumental zagrany na akustyku. Właściwie to jedyne tego typu słyszałem u Ektomorfa, warto się z nimi zapoznać.

Ocena: 9/10 (+2 za odprężającą atmosferę)

12. "Tear Apart"
Po lekkim akustycznym graniu przyszedł czas na to by na koniec albumu dolać oliwy do ognia. Utwór od początku pędzi tak szybko jak się tylko da. Akcja zmienia się co chwilę. To speed-up, to zwolnienie, to zwrotka, to refren... po przesłuchaniu wszystkich poprzednich utworów można się nieźle zdziwić. "Tear Apart" jest jednym z ostrzejszych utworów na albumie, zdecydowanie zapowiada Instinct. Zero sitaru, wschodniego klimatu, nie ma też cygańskiego grania, tribal metalowych wstawek... tylko brutalność. Całkiem porządny kawał muzyki, szkoda jednak że utwór trwa niespełna 2 minuty. Pod względem tematyki, utwór przypomina wiele kawałków stworzonych przez Soulfly. Mianowicie, grupa opisuje cyganów, którzy są dyskryminowani ze względu na ich kolor skóry. Wokalista opisuje pracę bez wynagrodzenia, ogólną niesprawiedliwość i biedotę.

Ocena: 8/10

13. "A Romok Allatt"
Utwór bonusowy nagrany przez grupę w czasie prób do tworzenia albumu. Nie muszę chyba mówić że w porównaniu do utworu zagranego na Hangoku [wiem że niegramatycznie opisałem album], wersja z Destroy jest w znacznie lepszej jakości. Jednak w porównaniu do wszystkich poprzednich kawałków z albumu, ten został nagrany w gorszej jakości. Utwór jest o człowieku jako istocie zagrażającej naturze.

Ocena: 8,5/10 (-0,5 za jakość)

14. "Nem Engedem"
Tak samo jak w przypadku "A Romok Allatt", kawałek został nagrany w czasie prób. Ta wersja utworu ma jednak gorszą jakość niż oryginał z albumu z 1998 roku. Nie jest też tak dobrze zagrane. Kompozycja wydaje się być trochę bardziej przesadzona, poza tym Zoltan brzmi jakby śpiewał jak na koncercie. Poza tym, wprowadzone są tutaj zbędne ewolucje na perkusji... osobiście tego nie kupuję. W utworze grupa krytykuje osobę zapatrzoną w siebie.

Ocena: 7/10

15. "Kalyi Jag"
Zastanawiam się co ten kawałek robi na tym albumie jako bonus; przecież "Kalyi Jag" samo w sobie jest nie dość że w dobrej jakości, to jeszcze nic jemu nie potrzeba. Tak samo jak w przypadku "Nem Engedem", utwór brzmi jakby został zagrany na koncercie. Poza tym, kawałek brzmi bardzo drętwo, zupełnie jakby pochodził on z wersji studyjnej albumu Hangok! Tak samo jak w przypadku "Nem Engedem", nie kupuję tego. Tekstu do utworu nie znalazłem.

Ocena: 5/10

Podsumowując, album Destroy jest nawet niezłym albumem. Krążek wręcz kipiał różnorodnością; raz na jakiś czas można było znaleźć jeden utwór podobny do drugiego, aczkolwiek nie przeszkadzało mi to, album jest różnorodny i koniec kropka. Teksty wprawdzie miały ważny przekaz, ale widać że Zoltan nie potrafił ich dobrze skonstruować. Chciał nam coś powiedzieć, jednak czasem z tego wychodziło nie wiadomo co. Jednak jak to mówią, liczą się chęci. Album został lepiej skonstruowany w porównaniu do poprzedników, ma znacznie więcej nowoczesnych, cieszących ucho elementów (w teorii), aczkolwiek nie wszystkie rozwiązania które znalazły się na albumie były dobre. Czasem zdarzył się do przesłuchania utwór wyjątkowo kiepski, czasem też można było znaleźć jakąś rzecz przy której można na długi czas się zatrzymać. Wiem jednak, że ta grupa którą znamy dzisiaj dopiero uczyła się tego stylu. Poza tym, dopiero po wydaniu tego albumu fani grupy zaczęli dawać jej jakieś wymagania. To napędziło ich do wydania takich cacuszek jak Instinct, czy Outcast.

Zalety:
- Różnorodność
- Rozwój dobrego stylu
- Ciekawy klimat (miejscami)
- Teksty z ważnym przekazem
- Bardzo dobry instrumental pod numerem 11

Wady:

- Kiepskie bonusy
- Beznadziejnie zbudowane teksty
- Powtarzalność schematów w utworach
- Ilość utworów

Okładka: 6,5/10
Teksty: 5,25/10
Kompozycje: 8/10

Ogólna ocena: 7,75/10

11 października 2014

Recenzja: Suicide Silence - You Can't Stop Me


Witajcie w kolejnej recenzji. Ostatnio zajmowałem się przede wszystkim albumami wydanymi w latach 80-tych (nie licząc Graveyard Classics, chociaż to zawierało utwory oldschool'owe). Ostatni album z aktualnej dekady oceniłem 14 sierpnia biorąc na warsztat Havoka i Incite. Pora to przerwać, i wreszcie zająć się za recenzję albumu wydanego w tym roku. Suicide Silence - grupa którą znam z nazwy od bodajże 2010 roku, nie chciałem jednak zagłębiać się w nią. Miałem do tej grupy dystans, pomyślałem że nie będzie to w moim stylu, i po prostu tego nie polubię. Ponieważ jestem zarejestrowany na facebook'u, zauważyłem wpis dotyczący Suicide Silence pod tytułem "Najnowszy album grupy już dostępny!". Wysłałem link z albumem do MrCommando1995, i co z tego wynikło? Przed wami: Suicide Silence - You Can't Stop Me.

You Can't Stop Me jest czwartym albumem amerykańskiej grupy deathcore'owej Suicide Silence. Został on wydany 14 lipca 2014 roku nakładem Nuclear Blast Records. Gdyby obecnie był rok 2012, i gdybym był fanem grupy nie spodziewałbym się że plany wydania nowego albumu przesuną się o rok. Dlaczego? 1 listopada 2012 roku ginie w wypadku motocyklowym frontman Suicide Silence, Mitch Lucker. Fani spodziewali się rozpadu grupy, do czasu gdy nowym wokalistą zostaje Eddie Hermida. Wszyscy dobrze wiedzieli że You Can't Stop Me nie będzie tak dobry jak jego poprzednicy. Co do czego, You Can't Stop Me został przyjęty dość ciepło. Album nie dostał się do jakichś specjalnych rankingów typu Billboard 200, czy chociażby top 10 albumów wydanych w 2014 roku; zyskiwał za to pochlebne recenzje.

Tak samo jak w poprzedniej konfrontacji nie potrafię dokładnie określić co konkretnie przedstawia okładka.  W centrum znajduje się duży sześcian świecący się na czerwono, na nim z kolei stoi jakaś postać z wyciągniętymi rękami ku górze. Jak bliżej się przyjrzymy, zobaczymy że obok znajduje się dwoje ludzi, najprawdopodobniej odepchniętych przez siłę tego sześcianu; co do tego obiektu to można rozważać różne możliwości co to może być: puszka Pandory, skrzynia skrywające szatańskie moce... albo wielki, świecący się na czerwono sześcian :) Cała okładka została wykonana w mrocznym stylu, kojarzy mi się trochę z grafiką albumu The End Complete grupy Obituary, tyle że z doklejonym wyżej wymienionym obiektem. Grafika spodobała mi się niemalże od początku, między innymi dlatego zdecydowałem się posłuchać tego albumu. Widać po niej że na albumie będzie coś naprawdę poważnego.

1. "M.A.L."
"M.A.L." jest intrem do albumu. Słyszymy szumiący wiatr, pogrywającą gitarę, pianino... Intro kipi mrocznym klimatem, świetnie nakręca do posłuchania albumu. Aż włosy na plecach stają dęba :) Wiemy już że ten album to nie będzie bezsensowne popierdywanie, grupa nie miała zamiaru tego ukrywać.

2. "Inherit The Crown"
Wraz z rozpoczęciem utworu swój pokaz rozpoczyna nowy wokalista grupy. Prezentuje nam swoją najlepszą stronę, czyli wokal - agresywny, krzykliwy, odpowiedni dla tego gatunku. W tle pogrywa świetna kompozycja. Kojarzy mi się to trochę z kilkoma utworami grupy Cannibal Corpse - wokal Eddiego przypomina trochę ten George'a Fishera. Słucham tego albumu dopiero drugi raz, a czuję się jakbym słuchał tego wszystkiego po raz pierwszy. Nie potrafię za tym nadążyć, co chwila jest jakiś zwrot akcji, Eddie miesza w głowie. Tak samo jak intro, utwór kipi klimatem. Poza tym jest bardzo agresywny. Dla kogoś kto słucha muzyki popularnej - bezduszne darcie ryja. Nie oszukujmy się, niby Eddie darł się jakby występował w Anal Cunt, ale robi to bardzo umiejętnie. Nie znam się na death growlu, ale jest to fajny styl wokalny. Utwór jest o pewnym człowieku, którego marzeniem jest odziedziczenie tronu po zmarłym królu. Początkowo myślałem że tekst dotyczy aktualnej sytuacji Suicide Silence (wiecie, śmierć Mitcha Luckera i dołączenie Eddiego Hermidy), jednak po dokładnym przeczytaniu tekstu wydaje mi się że dotyczy to bardziej osoby która ma złe zamiary wobec "królestwa".

Ocena: 9,5/10 (+4 za klimat, +2 za agresję, wraz z intrem)

3. "Cease To Exist"
Od razu na początku "Cease To Exist" wita nas intrem w stylu "Dead Walking Terror" grupy Cannibal Corpse z albumu Kill. Po tym klimatycznym intrze, słyszymy szybki riff w stylu "As Diehard As They Come" grupy Hatebreed, po chwili kawałek "zaczyna na nas nacierać"; słychać już że będzie to coś naprawdę szybkiego. Świetnie to buduje napięcie do dalszego słuchania. Nie ma bata, "Cease To Exist" ma porządnego pałera; agresywny, zmienny wokal, świetna sekwencja riffów, co refren breakdown, totalny chaos! Wiem jednak że chaotyczna gra jest typowa dla tego gatunku. Ba, w "Cease To Exist" wydaje mi się być to całkiem sporą zaletą. Co do wokalu, to podobają mi się jedynie momenty gdy Eddie po prostu drze się, niski growl w jego wykonaniu jest raczej kiepski. Co do kompozycji nie mam żadnych zastrzeżeń, rządzi i tyle. Utwór jest skierowany do pewnej osoby. Główny bohater kieruje naprawdę brutalne słowa do swojego wroga, życzy mu śmierci w najgorszy możliwy sposób.

Ocena: 10/10 (+5 za agresję, +3 za klimat, -0,25 za wokal)

4. "Sacred Words"
Tak samo jak w poprzednikach, wita nas klimatyczne intro. W tym przypadku nie jest to coś al'a "pan pianista", czy Cannibal Corpse. To intro kojarzy mi się trochę z utworem "Defeatist" grupy Hatebreed. Kawałek jest czymś w rodzaju mieszaniny metalcore'owego grania ze Slipknotem. Nie zaprzeczam że ten utwór jest słabszy od poprzedników, nie wciąga do siebie tak mocno. To nie jest to samo napierdalanie co mieliśmy wcześniej. Zdążyłem się przyzwyczaić do tego chaosu który świetnie pasował do tego gatunku. Skoro już słucham You Can't Stop Me, to liczyłbym na coś co mnie zgniecie na miazgę, a "Sacred Words" przy poprzednich utworach przypomina raczej głaskanie. Pomimo tej wady, jak na ten gatunek utwór jest rasowy - ciekawa praca kompozycji zmieszana z przyjemną dla ucha grą na gitarze, do tego wysoki wokal. Utwór jest o wyższości ateizmu nad religią. Jako przykłady grupa przytacza nam między innymi to, że ateista jest wolny duchowo, i by być szczęśliwym nie potrzebuje pewnego rodzaju religijnych praktyk.

Ocena: 8,5/10 (+2 za rasowość, +2,25 za klimat)

5. "Control"
Przyszedł czas na utwór na który czekałem; kawałek wykonany wspólnie z Georgem Fisherem z Cannibal Corpse, wydaje mi się że z Eddiem Hermidą będą ciekawym duetem. Od razu na początku jesteśmy witani przez klimatyczne intro w postaci riffu wziętego z "Time To Kill Is Now" grupy Cannibal Corpse z albumu Kill. Kawałek jest szybką, brutalną napierdalaniną (jakbym nazwał to nawalanką najprawdopodobniej obraziłbym tą grupę). Nie jest to jednak aż tak dobre jak "Cease To Exist", klimat owszem - był, agresja tak samo. Chociaż tutaj nie zrobiło to na mnie takiego wielkiego wrażenia. Kawałek jest chaotyczny, czasem zdarzy się jakiś zwrot akcji w postaci breakdown'ów, jednak mam wrażenie że po prostu czegoś w nich brakowało. I Eddie i George ładnie się popisali w "Control", pomimo tego perfekcyjnym duetem bym ich nie nazwał, Eddie wypadł zdecydowanie lepiej niż George (nie dlatego że wokalista gości z Buffalo growlował, po prostu zrobił to słabiej niż w swojej grupie). Utwór jest o osobie która dostała choroby psychicznej (najprawdopodobniej schizofrenii) spowodowanej przez długotrwały, silny stres. Do tej osoby przemawiają dwa głosy, jeden będący wewnętrznym głosem zdrowego rozsądku (Eddie Hermida), drugi z kolei - choroby (George Fisher). Tekst jest jednym z ciekawszych jakie zdołałem usłyszeć :)

Ocena: 9,25/10 (+3 za agresję, +1,5 za klimat, +1 za tekst)

6. "Warrior"
Po raz kolejny słyszymy intro w stylu Cannibal Corpse. Praktycznie od razu utwór rozpoczyna się od breakdownu. Niedługo potem utwór przyspiesza, w tym momencie przypomina "Inherit The Crown". Utwór ma bardzo ciekawą kompozycję, całkiem spójną z tytułem. Tak samo jest z mrocznym klimatem kojarzącym się z wojnami. Tak samo jak w przypadku "Inherit The Crown", często zmieniają się zwroty akcji; jest speed-up, zwolnienie, znowu speed-up, i breakdown. Utwór jest o młodym, niedoświadczonym człowieku, który został wysłany na wojnę. Pod wpływem doświadczeń na linii frontu, z biegiem czasu typowy młody człowiek stał się ponurym zabójcą.

Ocena: 8,75/10

7. "You Can't Stop Me"
Utwór tytułowy, za razem jedyny napisany przez Mitcha Luckera na tym albumie. Słychać że "You Can't Stop Me" jest czymś zupełnie innym, jest to kawałek bardziej oryginalny od swoich poprzedników. Pomimo dosyć wolnego tempa jest bardziej skomplikowany, równie agresywny jak poprzednie utwory... pomimo tego nie ma tutaj tego klimatu co atakował znienacka. Tak naprawdę ta inność tego utworu nie do końca mi pasuje. Jak już mówiłem, jest to skomplikowanie, agresja, tylko widocznie czegoś tutaj brakuje. Nie wiem, może odkryłbym to gdybym miał zaliczone wcześniejsze albumy? Zresztą, jak mówiłem na wstępie: "kiedyś nie przepadałem za tą grupą myśląc że gra coś w stylu emo rock". To na pewno za jakiś czas. Największą zaletą wydaje się jednak przebojowy tekst, obok "Control" najlepszy na albumie. Utwór jest kierowany do fanów, Mitch Lucker chciał by nie porzucali oni marzeń, i walczyli o to co słuszne w ich życiu.

Ocena: 8,5/10 (+1 za tekst)

8. "Monster Within"
Ten kawałek został wykonany wspólnie z Gregiem Puciato z The Dillinger Escape Plan oraz Killer Be Killed. Utwór rozpoczyna się od przebojowego riffu i słów: "The monster within will never let you in!". Swoim brzmieniem kawałek przypomina trochę "You Can't Stop Me". Wydaje mi się jednak od niego lepszy; jest agresywny, jest bardzo dobrze skomponowany, a na dodatek ma ciekawy klimat. Wydaje mi się że udział Grega Puciato sam w sobie również jest zaletą, mianowicie na tym utworze zaśpiewał zajebiście. W porównaniu do tego co miałem okazję usłyszeć na Killer Be Killed, mógłbym spokojnie stwierdzić że na "Monster Within" wypadł lepiej. Utwór nie ma wielu zwrotów akcji, przez dłuższy czas ciągnie się ten sam riff. Pomimo tego utwór jest bardzo obiecujący. Nie jestem w stu procentach pewien o czym jest ten utwór. Mam jednak wrażenie że w "Monster Within" może chodzić o osobę chorą na schizofrenię, która chce się pozbyć się swojej choroby.

Ocena: 9/10 (+2 za agresję, +1 za wokal i klimat)

9. "We Have All Had Enough"
Utwór rozpoczyna się klimatycznym, spokojnym intrem. Początkowo ma się wrażenie że "We Have All Had Enough" będzie balladą, następnie brzdąkanie na gitarze przyspiesza. I oczywiście zaczyna się ostra jadka. Kawałek przypomina nieco intro do utworu "Cease To Exist". Tak naprawdę to po raz kolejny aż się prosi porównać ten utwór do Cannibal Corpse. Tak naprawdę gdyby nie Eddie Hermida i Alex Lopez (perkusista), pomyślałbym że jest to najnowszy utwór ekipy z Buffalo. Tak samo jak w początkowych utworach, w słuch rzucają nam się: ciekawy klimat, oraz kompozycja godna uwagi. Co chwilę słyszymy inny riff, co jakiś czas zdarzy się ciekawa solówka i breakdown'y. Utwór jest skierowany do pewnego człowieka który w swoim życiu się poddał. Grupa próbuje mu udowodnić, że popełnił błąd, i że z wiarą w siebie można pokonać każdą przeszkodę.

Ocena: 9/10 (+3 za agresję, +1,25 za klimat)

10. "Ending Is The Beginning"
Na początku ma się wrażenie że nie będzie to nic wyszukanego. Grupa próbuje nas oszukać czterema walnięciami w werbel. Następnie rozpętuje się chaos; kawałek jest czymś zupełnie innym w porównaniu do poprzedników. Jest bardzo chaotyczny, pomimo tego nie jest aż taki zły - ma ciekawsze zwroty akcji; częste speed-upy, breakdown'y, przy okazji jest bardzo agresywny, czasem też zdarzą się elementy żywcem wyjęte z Cannibal Corpse. Nie dziwo - "Ending Is The Beginning" oryginalnie znalazł się na EP-ce zatytułowanej Suicide Silence EP. To co najbardziej mnie razi to ta prymitywność, a także sam wokal. Raz Eddie wydrze się bardzo wysokim głosem, innym razem będzie kwiczeć jak świnia. Nie pasuje mi to. Nie potrafię powiedzieć o czym jest ten utwór, podobnie jak w przypadku kawałków z albumu Cause Of Death grupy Obituary "Ending Is The Beginning" wygląda jakby został napisany przez psychola. Tekst jest niezrozumiały, pomimo tego da się w jakiś sposób go zinterpretować. Wydaje mi się że w utworze jest mowa o kobiecie, która na co dzień jest bita / torturowana psychicznie przez swojego męża, ewentualnie chłopaka.

Ocena: 8,25/10 (-0,5 za prymitywność i za wokal, +0,5 za ciekawe zwroty akcji i agresję)

11. "Don't Die"
Po raz kolejny mamy początek rodem z Cannibal Corpse; kawałek rozpoczyna się dosyć szybko, agresywnym riffem. Niedługo potem dochodzi nijak ułożona zwrotka. Z czasem zaczynam się wczuwać w ten utwór. Dostrzegam to że jest prostszy od poprzedników, gitary pracują stosunkowo spokojnie; pierwsze skrzypce grają tu perkusja, i wokal. Riff jest trochę nijaki, ale bardzo pasuje do tekstu i wokalu. Czasem zdarzy się jakiś ciekawszy zwrot akcji, czasem też zmieni się jakoś riff. Po prostu im brniemy dalej w ten kawałek, tym staje się on lepszy, słucha się go całkiem przyjemnie. O dziwo, poniekąd kojarzy mi się z Ektomorfem, nawet pomimo tego że są to dwa odrębne style. Nie wiem czy to w deathcore jest normą, ale czytając tekst dostrzegam że jest on skierowany do fana. Grupa kieruje swoje słowa do wszystkich fanów, którzy uważają się za innych niż wszyscy, przez co czują się wyrzutkami społeczeństwa. Na to grupa ich pociesza, mówiąc że nie są w tym wszystkim sami, potwierdzając przy tym motto: "w jedności siła".

Ocena: 9/10 (+1,5 za agresję)

12. "Ouroboros"
Utwór rozpoczyna się łagodnym brzdąkaniem na gitarze. Słucham sobie tej kompozycji, i czekam na pierdolnięcie. W pewnym momencie pomyślałem sobie że "Ouroboros" może być balladą. Do czasu - delikatny riff natychmiast się wzmacnia, przy tym pojawia się wokal Eddie'go. Po zwrotce zauważam, że kawałek jest znacznie lżejszy od poprzednich (nawet pomimo tego że to nie ballada); ma mroczny, całkiem ciekawy klimat, przy tym jest bardzo ustabilizowany (jak na ten album). Czasem zdarzy się że grupa walnie jakimś breakdown'em, czy chociażby speed-upem, ale to jest oczywiste. Jest to gatunek deathcore, i nie oczekujmy od nich że chłopaki z tej grupy będą śpiewali chociażby jak James Hetfield w latach 90-tych. Wydaje mi się że "Ouroboros" jest idealnym kawałkiem na zakończenie wersji oryginalnej albumu. Utwór jest o ludzkości, która w pogoni za bogactwem podąża donikąd. Według Suicide Silence, przez całe nasze życie uczestniczymy w procesie, w czasie którego skazujemy samych siebie na wyrok.

Ocena: 8,75/10 (+1 za klimat)

13. "Blue Haze"
Numer trzynasty jest utworem bonusowym. Tak samo jak w przypadku poprzednich kawałków nie trzeba być Einsteinem żeby domyśleć się że grupa po raz kolejny zagrała w stylu Cannibal Corpse. Tak samo jak "Ouroboros", czy chociażby "Don't Die", "Blue Haze" jest dosyć proste w budowie, przez dłuższy czas słyszymy ten sam pogrywający riff; tak samo jak w "Don't Die" akcja zmienia się dosyć rzadko, kawałek jest bardzo ustabilizowany... jak na deathcore. Oczywiście najważniejsza jest tu perkusja, Alex Lopez odwala kawał dobrej roboty. W utworze grupa krytykuje obecną epokę komputerów, a konkretnie komputerowych trolli i hejterów. Suicide Silence wyzywa ich od tchórzy, i zamroczonych patafianów którzy nie mają pojęcia o świecie. Nie ma bata, krytyka godna podziwu :)

Ocena: 9/10 (+1 za tekst)

14. "Last Breath"
Utwór jest coverem grupy Hatebreed z albumu Satisfaction Is The Death Of Desire. Dobrze słychać że jest to coś zupełnie innego. Z intra może nieco przypomina oryginał, następnie słyszymy agresywny riff który w oryginale nie brzmiał tak efektownie. "Last Breath" jest najlepszym przykładem na to że cover może być lepszy od oryginału. Dlaczego mi się to bardziej podoba? Jest bardziej przebojowe, kipi agresją, i nie jest tak prymitywne. O oryginale opowiem kiedy indziej. Niby opowiadam o tym kawałku w superlatywach, jednak tak naprawdę nie do końca na nie zasługuje. Na utwór bonusowy nadaje się bardzo dobrze, chociaż nie nadaje się na dłuższe posłuchanie (podobnie jak oryginał). Zresztą, właśnie dlatego jest bonusem. Utwór jest o pewnej osobie, która umiera w czasie wojny.

Ocena: 7,25/10

Podsumowując You Can't Stop Me jest całkiem niezłym albumem. To co dosyć mocno mnie zaskoczyło, to kompozycje - bardzo brutalne, skomplikowane i niekiedy chaotyczne. Często miałem również deja vu, grupa inspirowała się Cannibal Corpse. Ten efekt wzmacnia również gitara prowadząca, taki sam model jak u Pata O' Briena. Do tego całego zestawu brakowało mi jeszcze Paula Mazurkiewicza na bębnach, Alexa Webstera na basie i George'a Fishera (pomyłka, słyszałem go w "Control"). Dodatkową sieczkę z mózgu robiła mi atmosfera na albumie, w szczególności w pierwszych sześciu utworach. Potem zrobiło się trochę bardziej nijako, przez co pod koniec miałem dosyć tego albumu. Do tego jeszcze ta ilość ścieżek, plus czas trwania; to było dosyć męczące. Za to teksty były całkiem przyzwoite, dosyć proste aczkolwiek chaotycznie rozmieszczone w kompozycji. Często teksty miały ważną tematykę, np. spełnianie marzeń, czy chociażby hejt na internautów z bólem dupy. Wiem że w pewnym momencie znów wrócę do Suicide Silence po większą dawkę wrażeń.

Zalety:
- Brutalność
- Klimat
- Bardzo dobre teksty i kompozycje
- Okładka
- Pierwszoligowi goście
- Przyzwoite bonusy

Wady:
- Ilość utworów + ich długość = męcząca mieszanka
- Lekki powiew prymitywności
- Wyraźna inspiracja Cannibal Corpse

Okładka: 8,5/10
Teksty: 9/10
Kompozycje: 8,5/10

Ogólna ocena: 8,5/10

5 października 2014

Konfrontacja: Sepultura - Arise vs Obituary - Cause Of Death (remake)



Witam w kolejnym remake'u. Jak już wielokrotnie wspominaliśmy, recenzje, które zostały stworzone na początku istnienia tego bloga, nie są na zbyt wysokim poziomie - gdy je czytam, aż śmiać się chce z naszej nieudolności. Nie mogłem ścierpieć myśli, że konfrontacja albumów, które są tak ważne w historii thrash i death metalu, została tak beznadziejnie napisana. Zatem przerobiłem ją raz, a dobrze. Przed wami Sepultura - Arise oraz Obituary - Cause of Death.

Sepultura - Arise


Arise jest czwartym albumem studyjnym brazylijskiej grupy thrashmetalowej Sepultury. Został wydany 2 kwietnia 1991 roku nakładem Roadrunner Records. Warto wspomnieć, że krążek został wyprodukowany przez tego samego producenta, który pracował przy Cause of Death Obituary - Scotta Burnsa. Jak można było zauważyć na poprzednim albumie - Beneath The Remains - Sepulturze udało wyrobić się własny styl, gdy inspirowała się Slayerem, Metalliką i przy okazji dodawała coś od siebie. Właśnie wtedy świat po raz pierwszy usłyszał o tej grupie. Beneath The Remains został uznany za bardzo dobry album, a to był dopiero początek - dwa lata po jego premierze brazylijska ekipa zaprezentowała nam coś jeszcze lepszego - Arise.

Okładka została wykonana w stylu surrealistycznym, stworzył ją Michael Whelan, w latach 80-tych i 90-tych dosyć popularny artysta. Nie mam zielonego pojęcia, co ona przedstawia, wygląda to jak forteca bądź jakiś dziwny stwór. W każdym razie bardzo mi się podoba - lubię styl surrealistyczny, gdyż bardzo często pasuje do tematyki albumów metalowych, pokazuje z czym mamy do czynienia. W przypadku Arise właśnie tak jest. Moim zdaniem najlepsza okładka Michaela Whelana, zaraz obok tej, która zdobi album Dark Ages Soulfly.

Wybrane oceny z Metal Archives

- 10/10 - DethMaiden
- 9,5/10 - morbert
- 9,5/10 - panteramdeth
- 9/10 - orbitball
 



Lista utworów:

1. Arise
2. Dead Embryonic Cells
3. Desperate Cry
4. Murder
5. Subtraction
6. Altered State
7. Under Siege (Regnum Irae)
8. Meaningless Movements
9. Infected Voice
10. Orgasmatron
11. Intro/C.I.U. (Criminals In Uniform)

Arise brzmi o wiele lepiej od Beneath The Remains, oprócz bogatszych kompozycji mam na myśli także jakość nagrania, dojrzalsze brzmienie czy też budowę tekstów. Na poprzedniej płycie w większości kawałków Sepultura upychała w wersy tyle wyrazów, ile się tylko dało, co sprawiało, że utwory były trudniejsze do zrozumienia. Na Arise teksty są zbudowane nieco oszczędniej, są bardziej wyraziste. Kolejną dużą zaletą jest świetne brzmienie gitar, kompozycje brzmią naprawdę agresywnie, jednak nie brakuje im też melodyjnych elementów, które dodają całości uroku. Album wydaje się być dopieszczony pod każdym względem. Nie ma absolutnie niczego, czego mógłbym się doczepić, płyta zdecydowanie zasługuje na miano klasyka thrash metalu.  Pierwszy utwór - Arise - po prostu wgniata w ziemię, to czysta agresja. Może się wydawać, że lepiej być nie może, jednak po chwili słyszymy niesamowite Dead Embryonic Cells, jeden z największych klasyków Sepultury. W przypadku Desperate Cry, wcale nie jest gorzej. To bardzo dobry, rytmiczny utwór, któremu ostrości nie brakuje.  Kolejne kawałki, Murder i Subtraction, należą do najlepszych z tej płyty. Nie ma na Arise miejsca na spokojne pogrywanie, agresja i moc wprost wylewają się z głośników, a przy tym nie brakuje tu piękna. Kończy się Subtraction, a zaczyna się Altered State, czyli następny świetny utwór, w którym Sepultura ponownie pokazuje na co ją stać. Under Siege (Regnum Irae) to jeszcze jeden świetny kawałek, w którym trochę zawiewa mrocznym klimatem. Wyraźnie widać, że zespół inspirował się tu Orionem Metalliki. Wersję podstawową płyty kończą Meaningless Movements i Infected Voice, czyli kolejne bardzo dobrze skomponowane utwory. Jeżeli komuś jest jeszcze mało, w edycji limitowanej znajdują się także dwa świetne kawałki. Pierwszy z nich to Orgasmatron, cover Motorhead. Został świetnie wykonany, moim zdaniem przebija nawet oryginał. Drugim z tych utworów jest C.I.U. (Criminals In Uniform), którego poprzedza bardzo dobre Intro.. Nawet na koniec albumu Sepultura nie zawiodła mnie ani na sekundę, ostatni kawałek brzmi idealnie.

Jeśli chodzi o warstwę liryczną, to nie jest gorzej niż w przypadku kompozycji. Jak wspominałem wyżej, w porównaniu do Beneath The Remains, tym razem Sepultura pakuje mniej słów w wersy, co sprawia, że teksty są bardziej wyraziste. Są o wiele prostsze do zapamiętania niż te z poprzedniego albumu, co jest dużą zaletą np. na koncertach. Prosta budowa tekstów wcale nie zmniejsza ich sensu czy przesłania. Trzeba przyznać, że zostały bardzo dobrze napisane, brzmią dojrzale. Większość utworów dotyczy polityki (Desperate Cry, Murder, Subtraction, Altered State, Meaningless Movements oraz Criminals In Uniform), zespół krytykuje w nich propagandę i kłamliwych przywódców narodów. W Under Siege (Regnum Irae) i Orgasmatron Sepultura krytykuje fanatyzm religijny. Utwór tytułowy - Arise - przedstawia okropieństwa wojny, Dead Embryonic Cells jest krytyką aborcji, a Infected Voice mówi o człowieku, który z całych sił pragnie, by inni usłyszeli jego głos. Jak widać, większość tekstów dotyczy głównie polityki. Można powiedzieć, że to trochę monotematyczne, jednak dla mnie nie jest to wada - w końcu najważniejsze jest to, jak zostały napisane.

Podsumowując, Arise to świetny album. W pełni zasługuje na miano klasyka thrash i death metalu. Jest to zdecydowanie szczytowe osiągnięcie brazylijskiej Sepultury, zachwalany przez wielu Roots z 1996 roku nawet nie jest w połowie tak dobry jak ta płyta. Arise to ideał, nie ma tu ani jednego złego utworu. Wszystko stoi na wysokim poziomie, zarówno kompozycje, jak i teksty. Jest to jeden z najlepszych albumów metalowych, jakie miałem okazję usłyszeć (stawiam Arise obok Reign In Blood Slayera, Master of Puppets Metalliki oraz Painkiller Judas Priest). Sepultura połączyła wiele aspektów ze sobą: brutalność, rasowość, piękno i tym podobne. Szkoda, że obecna grupa Maxa Cavalery - Soulfly - nie gra obecnie na takim poziomie. W każdym razie - każdy kto kocha metal, powinien się zapoznać z tym albumem. Polecam!

Zalety:
- świetne kompozycje
- bardzo dobre teksty
- łączenie piękna z brutalnością
- rasowość
- brak nudy

Wady:
- nie znalazłem

Okładka: 10/10
Teksty: 10/10
Kompozycje: 10/10

Ocena ogólna: 10/10 (album idealny)

Obituary - Cause Of Death



Cause Of Death jest drugim albumem amerykańskiej grupy deathmetalowej Obituary. Został wydany 19 września 1990 roku nakładem Roadrunner Records. Krążek jest uważany za klasykę death metalu lat 90-tych, wprowadza do gatunku własny koncept muzyczny. Jak już wspominałem, Cause of Death wyprodukował Scott Burns - ten sam, który pracował przy Arise, co może tłumaczyć podobne brzmienie obu albumów. Czy płyta Obituary jest godnym konkurentem dla krążka Sepultury?

Zaskakujące jest to, że autorem okładki okazał się być ten sam Michael Whelan, który stworzył oprawę graficzną albumu Arise. Podobnie jak w przypadku płyty Sepultury, grafika Cause of Death przedstawia surrealistyczny obraz - zgniłe drzewo, sterta czaszek, jakieś kolce i ogromne oko na niebie. Tak samo jak w przypadku Arise, okładka bardzo miło się prezentuje, aż chce się rozpakować album i tego posłuchać!

Wybrane oceny z Metal Archives:

- 10/10 - Roffle_the_Thrashard 
- 10/10 - orbitball
- 10/10 - enigmatech
- 5/10 - morbert

 

Lista utworów:

1. Infected
2. Body Bag
3. Chopped In Half
4. Circle of the Tyrants
5. Dying
6. Find The Arise
7. Cause of Death
8. Memories Remain
9. Turned Inside Out

Album od samego początku brzmi całkiem nieźle. Moją uwagę zwróciła natychmiast perkusja. Brzmi ona dość charakterystycznie, inaczej niż w większości zespołów metalowych. Zaletą Cause of Death jest także gitara - przypomina bardzo album Arise Sepultury. Jest tu pełno też zjawiskowych riffów, wydaje się, że to będzie świetna płyta. Niestety wszystko rujnuje okropny, totalnie przesterowany wokal Johna Tardy'ego. Po prostu brzmi to jak wycie gościa, który siedzi na kiblu dwa tygodnie i nie może się wysrać. Gdy słuchałem tej płyty pierwszy raz, byłem sfrustrowany, że tak dobre kompozycje instrumentalne zostały spieprzone przez beznadziejny wokal. W pierwszym utworze, Infected, ten jazgot jest tak głośny, że trudno usłyszeć co się dzieje z gitarą, okropne. Zdecydowanie lepiej by to brzmiało w wersji instrumentalnej - wokal w ogóle nie zgrywa się z riffem. W Body Bag i Chopped In Half wcale nie jest lepiej. Wszystko jest super, dopóki nie ma wokalu. Perkusja i gitary brzmią bardzo dobrze, w utworach panuje ciekawa atmosfera, jednak gdy słyszę to okropne wycie, to aż odechciewa się dalej słuchać tej płyty. Następny jest cover Celtic Frost, Circle of the Tyrants. Wokal wprawdzie jest beznadziejny, jednak w tym utworze nie irytuje tak, jak w poprzednich. W Dying na szczęście nie ma zbyt dużo słów, dlatego przez większość czasu możemy delektować się świetną kompozycją instrumentalną. Kawałki Find The Arise i Cause of Death są moimi ulubionymi z tej płyty. Zostały świetnie zagrane, a wokal nie drażni tak jak na początku albumu. Gorzej sprawy się mają w Memories Remain, John Tardy ponownie drze się, jakby nie mógł wysrać się od kilku miesięcy. Płytę kończy całkiem przyzwoity kawałek Turned Inside Out, którego największą wadą jest oczywiście wokal. Zdecydowanie wolałbym usłyszeć ten album w wersji instrumentalnej.

Jeśli chodzi o teksty, to jest to po prostu porażka. Debilizmem przebijają nawet to, co Max Cavalera pisze w swoim Soulfly, a to już naprawdę wielki "wyczyn". Pełno tutaj wzajemnie niepowiązanych wersów, równoważników zdań. Mogłoby już tych tekstów w ogóle nie być. Nie mają kompletnie żadnego przesłania, zostały napisane tylko, żeby John Tardy mógł się podrzeć, jakby się najadł ogórków kiszonych, a potem zapił to mlekiem. Jedyny znośny tekst na tej płycie to Circle of the Tyrants. Dlaczego? Bo jest autorstwa Celtic Frost i członkowie Obituary na szczęście nie mieli udziału w pisaniu. Tekst opowiada o tyranach, którzy są gotowi poświęcić życie poddanych dla bogactwa i władzy. Przynajmniej coś z tego utworu wynika, a nie jest tak jak na przykład w Infected, gdzie jest pełno zwrotów typu "gnicie duszy", "rozcinanie światła", itp. Totalny bajzel, nie wiadomo o co chodzi! W Body Bag i Chopped In Half znowu jest jakieś pieprzenie o flakach, gniciu duszy i typ podobnych. Dying jeszcze da się zrozumieć, bo jest krótki i dzięki temu Obituary nie zdążyło popłynąć w pisaniu, tak jak w poprzednich utworach. Opowiada o ludziach skazanych na karę śmierci, którzy obecnie przebywają w więzieniu. Cóż, i tak nie da się tego nazwać "znośnym tekstem". Circle of the Tyrants wypadło o wiele lepiej. Następnie mamy totalnie bezsensowne Find The Arise i niejasne Cause of Death, które zdaje się mówić o mordercach psychopatach. Utworów Memories Remain i Turned Inside Out nie chcę nawet omawiać, jest to jakaś bezsensowna papka, w której mowa jest o jakichś powstaniach demonów czy czymś w tym rodzaju...

Podsumowując, album Cause of Death jest całkiem dobry. Kompozycje instrumentalne brzmią jakby zostały napisane przez Maxa Cavalerę i Andreasa Kissera - jak wspominałem, bardzo przypominają Arise Sepultury. Natomiast wokal to tragedia - dosłownie wbija gwoździe w uszy i niszczy przyjemność ze słuchania utworów. Tym wyciem to można przepędzać krowy czy straszyć kury. Nie jest w żadnym stopniu zgrany z kompozycją, porażka. Jest to zdecydowanie najgorszy wokal, jaki słyszałem (zaraz obok Derricka Greena z nowej Sepultury). Kolejną wielką wadą były teksty, po prostu nie wiadomo czy śmiać się czy płakać. Nie ma w nich ani grama sensu. Gdyby nie te aspekty, gotów byłbym postawić Cause of Death o wiele wyżsżą ocenę, Obituary mogłoby dorównać Sepulturze.

Zalety:
- bardzo dobre, rozbudowane kompozycje instrumentalne
- okładka
- brutalność
- brzmienie perkusji

Wady:
- PORAŻAJĄCO BEZNADZIEJNE TEKSTY
- okropny, przesterowany wokal
- czasem zdarzały się gorsze momenty (np. utwór Memories Remain)

Okładka: 9,5/10
Teksty: 0/10 (dałbym nawet -1)
Kompozycje: 8,5/10

Ocena ogólna: 7/10

Konfrontację wygrywa album Arise. Kompozycje i teksty Sepultury okazały się o wiele lepsze niż te z Cause of Death.

Obserwuj nas!